Najmłodszy ze wszystkich bayangołowców, jednocześnie z tak rozwiniętym warsztatem wędkarskim, że zawstydziłby niejednego wiarusa. Wychodzi czas spędzany nad polskimi wodami. Nikt jak On tak nie śpiewa i nikt jak on nie potrafi tak beczeć z owcami. Jak jest coś w garnku do dojedzenia, to przy Mirku można uznać, że tego już nie ma. Szczególnie jak jest „po domowemu”!
Wzięty krakowski architekt, niebojący się zakasać rękawów kiedy trzeba narąbać drewna, przetargać łódź przez dżunglę czy choćby skręcić papieroska. Mniej więcej w połowie wypraw linie lotnicze gubią Jego bagaż. A jeśli ma do wyboru ciepłą kąpiel w wypachnionej łazieneczce czy sadzawkę pełną icebergów pod cielącymi się lodowcami, zawsze wybierze opcję oryginalniejszą. Lubi szwendać się po obcych miastach nocną porą.
Człowiek, którego prawdopodobnie nie da się wyprowadzić z równowagi. No chyba, że madagaskarski rekin postanowi zwalić Go w trakcie holu na kolana albo ktoś zaproponuje kolejną zmianę przy wędce, na końcu której szaleje 200kg marlin. Specjalista od nalewek, mięsiw na ruszcie i koktajli w Barollo. W żadnym pudle nie znajdziesz tak jasnej przynęty jak Jego hollywoodzki uśmiech.
Gajusz – Zakochana w rzekach Półwyspu Archangielskiego ostoja spokoju i to spokoju udzielającego się całej reszcie. Niesłychanie zrównoważony kompan – z równowagi nie jest Go w stanie wytrącić nawet utrata największej ryby wyprawy. No chyba, że zobaczy gdzieś pasące się pod traktorem kury. Wyśmienity kompan i człowiek orkiestra – świetnie łowi na spinn’a i jeszcze lepiej na muchę.
Wędką posługuje się równie sprawnie jak sędziowskim młotkiem. Skutecznie rekontrując zrywy płetwiastego przeciwnika z wody nigdy nie schodzi „bez jednej”. Wyjazdom wędkarskim nigdy nie mówi „pas”, chyba że w innym miejscu naszej planety rozgrywany jest akurat brydżowy turniej. Nie ma się co dziwić – w końcu hostessy Pani Lavazza z pewnością uśmiechają się ładniej od payar.
Waldi – syn marnotrawny, który powrócił z banicji. Złotowska złota rączka, która na szczęście ma lepszą rękę do norweskich łososi niż do polskich kobiet czy organizacji wyjazdów. Nie wiadomo co gorsze – zobaczyć Go na lotnisku wybierającego się na wyprawę z kobietą czy jak na wyjeździe na Alaskę nie zobaczyć Go wcale! Serce na dłoni a w nie wbity Green Highlander.
Kryształ – nikt tyle nie gada sam ze sobą, z rybami, z przodkami i… z Wami. Jeśli wybieracie się na ryby by połowić w ciszy – nie z Nim. Ale przynajmniej połowicie! Ryby wytropi zawsze i wszędzie, śmiejąc się w twarz wszystkim użytkownikom sonarów, echosond, livescope’ów i innego elektronicznego ustrojstwa. Jeśli daje Wam przynętę do założenia to załóżcie! Jak idziecie w Nepalu na bazar to nikt nie wytarguje lepszej ceny. Na co dzień wyśmienity przewodnik Fishing Adventure Rong.
Gadżet – okulary w skórzanym pokrowcu z kaktusa? Ma. Jubileuszowy kołowrotek z japońskiej fabryki rzadszy od katany Honjo Masamune? Ma. Wędka z rękojeścią z ostatniej metasekwoji? Nie rozśmieszajcie Go. Sami nie wiemy jak się pakuje w limicie na wyprawy bo zastrzyków i innych medykamentów wozi więcej niż niejeden szpital polowy w krajach Trzeciego Świata.
Cichy, skromny, nieco z boku. Języka niepotrzebnie nie strzępi nigdy. Pytania zawsze w punkt, odpowiedzi jeszcze bardziej. Jak jest coś do zrobienia – po prostu to robi. Ponad wieczorne imprezowanie w obozie stawia „jeszcze te kilka rzutów”. Wie po co na wyprawy jeździ i dziwnym trafem największe ryby zawsze łowi On albo Jego kompan. Zatem dobrze się z Nim trzymać.
Mało kogo podwodny świat fascynuje do tego stopnia by na Kamczatce, nie zważając na siarczysty mróz „postanowić” ponurkować pod przewróconym pontonem. Za rzucony rybi czar i mokre ciuchy Zygmunt postanowił się zemścić na ichtiofaunie rzeki jeszcze tego samego dnia. Z resztą skutecznie mści się aż do dziś.










