Nie pamiętam swojej pierwszej ryby. Pamiętam za to swoją pierwszą dużą rybę – wielkiego okonia z Żarnowca, przy zacięciu którego spadłem z ławki na łódce a resztę holu odbyłem z kolan mamy w asyście porad ukochanego dziadka. Miałem wtedy trzy lata. Tyle samo miał mój syn Szymon, kiedy wyciągnął swoją pierwszą rybę. Ta okazała się również mieć ciemne paski na oliwkowej, uzbrojonej w kolczaste płetwy zbroi z twardych łusek. Nie był okazały, żeby nie powiedzieć malutki. Okonek mieszczący się w mojej dłoni, dla swego łowcy był prawdziwym trofeum. Z resztą wyobraźni mu nie brakowało przy gorączkowych opowieściach jak dzielnie z nim walczył i jakież chytre wywody ryby przyszło mu przezwyciężyć. Prawdziwy Lewiatan z jeziora Dybrzyk. Już wtedy wiedziałem, że trafiło ziarno na podatny grunt. A na moich oczach narodziło się wtedy kolejne wędkarskie pokolenie w naszej rodzinie. Krew z mojej krwi.

Gdzież by można było odświeżyć te jakże ważne chwile? Wznowić niewypowiedziane nigdy ślubowanie? Uspokoić ojcowsko-synowskie nadzieje? Doświadczyć coś co będzie ważne i będzie tylko nas dwóch?

Znam takie miejsce! To ziemia obiecana jeziorowych wędkarzy polujących na drapieżniki – region środkowej Szwecji – Jämtland 🙃

Moje dwa wcześniejsze tam wyjazdy udowodniły, że chcąc połowić dużych okoni doznać można tam pełni satysfakcji a i innych ichtiologicznych niespodzianek tam nie brakuje.

Zatem po odebraniu świadectwa szkolnego (z czerwonym paskiem – a jakże💪😋) przez Szymona, jeszcze tego samego dnia stawiliśmy się na gdańskim Westerplatte na prom zmierzający do Nynäshamn.

Nie jest to zaskakujące ale zawsze uderzające ilu wędkarzy można spotkać na pokładzie tego promu. Roześmiana, żeby nie napisać rozhulana wesoła brać cieszy i oko i ucho. Wszyscy pełni nowych nadziei, nieustannie łasy na słuchaczy, którzy jeszcze nie słyszeli o ich wędkarskich dokonaniach, przy kuflu piwa spędzają kupę czasu przy otwartym barze na przedostatnim pokładzie, na rufie statku. Chcąc nieco odpocząć od tej roześmianej gawiedzi, przy dobrej pogodzie można spędzić równie miłe chwile w nieco kameralniejszym gronie, bądź w towarzystwie książki na górnym, ostatnim dostępnym i otwartym pokładzie.

Zachód słońca zawsze przyciąga tam rzesze ludzi wydających się bardziej opornymi na rybie wdzięki.

Bo nie codziennie można patrzeć na ten bezmiar wody i tą dosłowną „kropkę nad i”, która podgrzewa nie tylko estetyczne doznania ale u takich jak my poczucie, że kolejny zachód podziwiać będziemy już na łowisku, robiąc to co kochamy najbardziej.

Kolejny dzień to dotarcie do wybrzeży Szwecji, przedarcie się przez zakorkowane tunele Sztokholmu i długa, bo siedmiogodzinna jazda na północny zachód.

A że dzięki Eventur Fishing przed laty poznaliśmy tam ich człowieka do zadań specjalnych, wiedziałem że gdy poproszę Go o pomoc w logistyce spływu jaki zaplanowaliśmy to stanie na wysokości zadania i nie zawiedzie. Jeśli tylko macie ochotę powędkować w rejonie Bräcke albo Kälarne to zapamiętajcie to imię i nazwisko – Marcin Marciniewski. Mieszka tam od lat i zapewnia wędkarzom wszystko co potrzeba do spełnienia ich marzeń – dysponuje świetną bazą noclegową, zadbanymi łódkami i niezawodnymi do nich silnikami; no i co jest niemniej ważne – chętnie dzieli się doświadczeniami i radami – co? gdzie? jak? kiedy? i na co?

Tak też – zajął się naszym autem, zabierając je na swój parking a my, pełni beztroski mogliśmy skupić się na przebiegu zaplanowanego spływu jedną z rzek regionu Jämtland.

Rzeczka nie była trudna. Wielkość i charakter górnej Brdy. Niestety bez pstrągów i lipieni. Za to tego forsownego dnia mieliśmy dotrzeć do pewnego jeziorka rozlanego na jej biegu. Co najważniejsze to, że było ono odcięte i od góry i od dołu szybkimi, płytkimi zwężkami, z wycięciami w zwalonych drzewach tylko na kajak albo canoe. Dojazdu choćby dla quadów do tego jeziora nie ma żadnego, zatem wiedzieliśmy choćby od Marcina, że woda ta jest ekstremalnie mało nękana przez wędkarzy a już ogóle wcale, przez wędkarzy z łódkami zaopatrzonymi w najnowsze wynalazki, jak np. livescope.

Widziane podczas spływu rzeką okoniska napawały nas radochą i niecierpliwością, jako że wędki mieliśmy ciągle w pokrowcach. Chcieliśmy po prostu dotrzeć do jeziora, znaleźć miejsce, rozbić obóz i ugasić głód. Wszystko się udało, choć łatwo nie było! Brzegi jeziorka okazały się zarośnięte i mało dostępne a miejsca na rozbicie namiotów praktycznie nie było wcale – same wykroty, kamloty, korzenie albo bagna. Gdy już dość parszywe ale możliwe miejsce znaleźliśmy, jeszcze przy rozbijaniu namiotów przyszła ulewa. Na kolację miała być kiełbasy z ogniska ale nie było miejsca na jego bezpieczne rozpalenie, zatem „poleciała” gotowana kiełbasa z patelni w środku nocy, jak tylko deszcz nieco ustał. Komary i zmęczenie level max.

Pierwsza szamka w terenie. W sam raz, żeby nie było za dobrze😅

Zakładałem, że ów obóz będzie na jedną noc a kolejnego popołudnia/wieczora popłyniemy dalej.

Zgodnie stwierdziliśmy, że to chyba najbrzydsze obozowisko w naszym życiu 😅

Nim się wywlekliśmy z namiotów kolejnego dnia, słońce było już wysoko, choć za zasłoną chmur. I dobrze.

Co było najważniejsze to pierwsza ryba wyprawy złowiona w pierwszym rzucie, w drugim siedziała podobna, w trzecim podobna, w czwartym chyba ryba spadła ale zaraz siedziała kolejna i w piątym i szóstym!

Obiad i kolację złowiliśmy  w pierwszych kilkunastu minutach.

No i okoń 46cm w pierwszej godzinie łowów dawał pełne prawo do zadowolenia!

To było to o co chodziło!

Południe pochmurne ale w sercach świeciło słońce i śpiewały ptaki! Wszystko co mieliśmy wokół, tego dnia istniało tylko dla nas. Tego i kolejnego i kolejnego…

Kolejne dni miały zweryfikować, że najsmaczniejsze okonie to te nieprzekraczające 30cm, choć o te na tym jeziorku było generalnie wcale nie tak łatwo.

Tura poobiednia miała się odbyć już w słonecznej aurze. Szymon upodobał sobie SIEK’owego woblera w kolorach okonia. Ja najwięcej łowiłem na gumowe rippery 8cm-12cm

Ale brały na wszystko – na obrotówki, obrotówki z rybką minnow, wirujące ogonki, gumowe raczki, radiatory od Honky Lures a nawet niewielkie popperki.

Nie zawsze chciały współpracować tylko podczas sesji zdjęciowych🤪

Pasiasty portrecik.

Niestety stratę wielkiego szczupaka, który połakomił się na okoni owego woblerka musiał ukoić taki osobliwy duet. Dwa dobre oksy na podobnego woblera i to na raz!🤩

Późny wieczór też dał tego dnia mnóstwo okoni.

Toporek Fiskars to nieodzowne narzędzie podczas tego typu wypraw.

Kiedy padaliśmy już ze zmęczenia na pysk, ryby ciągle harcowały. No nic – mimo białych nocy, kiedyś trzeba się wyspać.

Pogoda w nowy dzień od początku wydawała się mniej sprzyjająca. Obawiałem się, że pełna lampa popsuje nam łowy.

Na szczęście nie było tak źle. Choć też od ryb w pierwszych rzutach się wcale nie zaczęło.

Ale dwa 40-taki pod rząd już tak naprawdę robią cały dzień!

A wcale nie było to nasze ostatnie słowo, bo odkąd obczaiłem, że łowione okonie wypluwają wcale niemałe płotki, zmieniłem gumę na większą i kaliber jakby się zwiększył

Drugi dzień i drugie 46cm! I to jakże poważne w kłębie! Gdybym był tam dla okoni, to po tej rybie mógłbym już wracać do domu. Mega satysfakcjonujący oks!💪

Nie było rywalizacji – była radość z każdego lądowanego okonia z okolic 40cm. Ale gdybyśmy rywalizowali to szliśmy łeb w łeb.

Okonie polują w stadach. Swoją techniką łowów przypominają watahy wilków. Tu portret podwodnego, jämtlandzkiegjo wilka.

No a że każda praktycznie woda w Szwecji jest „zainfekowana” zębatymi, tych też nie mogło zabraknąć i na naszym wyjeździe. A że naszym celem były okonie i to w starym stylu – bez elektroniki, czytając wodę i ukształtowanie terenu wokół, wszystkie szczupaki były dosłownie przyłowem.

Tak było z tą 80-ciocentymetrową chudziną.

I tym szczupakiem 95cm. A jakie nam poobcinały okoniowe przynęty!!! Bluzgi potrafiły wtedy na wietrze polecieć przynajmniej mało wychowawcze😅

Nie ma to jak okonie🙃

Spływaliśmy w „złotej godzinie”, czyli o tej porze roku ok. 21:00-23:00

Ostatnie śniadanie „w krzakach”. Miejsce tyleż rybodajne co parszywe do obozowania. Z perspektywy czasu… wróciłbym tam choćby natychmiast!

Poza kilkoma późniejszymi posiłkami liofilizowanymi w chwilach złej pogody, okonie były głównym składnikiem naszej diety.

Pod koniec wyprawy miałem wrażenie, że zaraz na grzbiecie wyrosną nam kolczaste płetwy!😅 Prawda jednak jest taka, że mało co potrafi przebić ten smak!

Mimo, że wyniki na tym niewielkim jeziorku były prześwietne, opuszczaliśmy je bez żalu, ciekawi co też przyniesie kolejny odcinek rzeki, albo kolejne rozlane na niej jezioro.

Przełom rzeki poniżej „zrobiliśmy” wzorowo. Tzn. dobiliśmy do brzegu jeszcze powyżej, z wędkami obeszliśmy szerokim łukiem przez dziewiczą gęstwinę i obławialiśmy odcinek od dołu, poruszając się w górę do pływadeł.

Szału nie było. Kilka małych okoni i jeden, bardzo poważny bo ponad metrowy szczupak, który sponiewierał Szymona, zostawiając go ze smętnie zwisającą z wędki żyłką. Bolesna obcinka.

Dalej czekał nas odcinek mega zarośnięty.

Ale jakże piękny! Z tataraków i trzcinowisk nieustannie słyszeliśmy śpiewające potrzosy czy zgrzyt trzciniaków. Raz po raz jakiś złowieszczy plusk świadczył o jakimś podwodnym dramacie. Ilość „pstrykającej” drobnicy była fantastyczna. Płynęliśmy przez swoisty matecznik nawleczonych na rzekę jeziorowych paciorków. Syciliśmy wszystkie zmysły i nawet podgrzana świerkowa żywica wręcz odurzała na spółkę ze śmierdzącym siarkowodorem spod zruszonych wiosłem namułów.

Było kojąco i przepięknie i wszystko to na naszą wyłączność! Najlepszy czas kiedy podążaliśmy z biegiem nurtu, w rytmie rzeki. Ugoszczeni jej muzyką, spektaklem przyrody i ucztą z ryb, które nam darowała. Jeden młodzieniec, po wakacjach mający rozpocząć klasę maturalną, drugi starszy, zachwycony że może wszystko to pokazać, wypalić w młodym sercu, które może kiedyś mocniej jeszcze zabije na wspomnienie tych wspólnych chwil. Chwil rozigranych, roześmianych i swawolnych. Promienie i radość tryskały z tej rzeki, blask spływał z powietrza i z nieba. Wielkich okoni już połowiliśmy i kolejnych dobrych ryb złowić jeszcze mieliśmy niemało. Ale to nie o nie tak naprawdę chodziło. Łowiliśmy cenniejszą zdobycz: łowiliśmy słońce i jego twórczą jasność, wraz z każdym przefiltrowanym łykiem wody piliśmy rozkosz świata. Jaki piękny był on wtedy, a tym dla nas piękniejszy, że odkrywaliśmy go razem, Syn i ja, ramię w ramię, jeden przy drugim. Serca biły nam tym samym wzruszeniem i tak bardzo i bezgranicznie czuliśmy się sobie bliscy. Polecam każdemu.

A rzeka kręciła swe charakterystyczne, wolne „esy – floresy”. Aż wędek wcale nie chciało się używać.

Nie przejmowaliśmy się wtedy niczym. Najważniejszym „zmartwieniem” było znaleźć dobre miejsce na rozbicie namiotów i nocleg i złowienie kolacji. Kolejny dzień miał mieć swoje „problemy” zatem żyliśmy chwilą. A że miejsce na obóz znaleźliśmy obłędne (oczywiście wcześniej podpowiedziane przez Marcina!🤝) mieliśmy kolejny powód do radości. Do tego w trzcinach znaleźliśmy starą łódź pełną wody. Może nieładnie bo bez pytania ale też kogo zapytać o zgodę nie mieliśmy, wodę wybraliśmy i łódkę po zimie wyczyściliśmy na glanc – nie ciekła. Godzinę później byliśmy na wodzie. W końcu trzeba było złowić kolację!

Kolejny czterdziestak!😎 Z nieznanej wody i bez echa – podwójna satysfakcja.

Don’t worry. Nie oburzajcie się. Większość z nich wróciła do wody. Zachowaliśmy te najmniejsze. Czemu zatem pakowaliśmy je wcześniej do siatki? Wędkujący powinni wiedzieć – wypuszczane na bieżąco okonie potrafią odciągnąć stado z obławianej miejscówki.

Jedyny „trójkącik” na jaki mogę sobie pozwolić🤪

I kolejna ryba pod 45cm! I love this game! Znów Savage Gear, znów Cannibal, tyle że mniejszy, bo 6cm.

Na koniec dnia, na dużego longa przyłoił jeszcze ten szczupaczek i to by było na tyle z łowów tego dnia.

Jak wspomniałem, miejsce na obóz było znacznie bardziej wygodne od poprzednich „krzaków”. Jeszcze gdyby nie te komary…😅

Jan Paweł II kiedyś powiedział „Za dobrych czas liczyłem wakacje według ilości ognisk, liczyłem wakacje według ilości nocy przespanych pod namiotem. Jeżeli była odpowiednia ilość, to wtedy były też dobre wakacje.”

„Ognisko jest czymś niezwykłym zawsze, gdziekolwiek zapłonie. Ściąga ludzi, skupia i ludzie czują się w jego kręgu dobrze”. U nas niewielu miało do ściągnięcia😅 A gdy tylko Szymon skończył konwersację ze swoją❤️ (bo niestety znalazł kreskę zasięgu, która skutecznie go zajęła na dobrą godzinę, przez co stary był skazany na samotne szykowanie kolacji🤪), ognisko skupiło na sobie w końcu naszą uwagę w pełni..

Choć nasze kiszki już głośno marsza grały😅

A na deser jedynie doznania estetyczne.

Bo kiedy wiatr milknie, las opowiada swoją historię dwa razy – raz nad wodą, drugi raz w jej odbiciu. W tym odbiciu znaleźć można i ciszę.

Dynamika światła i kolorów tego wieczora była prawdziwą ucztą dla oka.

Życie pod wodą wydawało się równie poruszone tym osobliwym spektaklem na niebie.

Tak wygląda jämtlandzkie „Dobranoc”🤩

Kolejnego dnia obóz przyszło nam zwijać w deszczu. Na szczęście Marcin okazał się jak zwykle niezawodny i jak ze szwajcarskim zegarkiem na ręku przyjechał wielkim busem, tym samym oszczędzając nam spuszczania i potem ponownego pompowania pływadeł. Półtorej godziny później byliśmy na miejscu startu spływu na kolejnej rzece. Niestety do tego czasu rozpadało się już na dobre ale i na takie okoliczności byliśmy przygotowani. Odziani z góry na dół w Gore-texy mogliśmy bez względu na aurę skupić się na spływaniu i oczywiście wędkowaniu. Rzeka była czystsza i szybsza od poprzedniej. W duchu liczyłem na pstrągi i lipienie.

No ale pierwszą (i drugą, i trzecią i… dziesiątą!) złowiona tam rybą był… znów… okoń😅

Aż do tego zakrętu. Po niecałym kilometrze spływu stanęliśmy przed zakrętem, zeszliśmy w dół obchodząc go łukiem i wyciągnęliśmy kilkanaście (!!!) jazi z jednego dołka. Natychmiast lepiej zrobiło się na sercu a i deszcz przestał padać! Widzicie tą rzekę za Szymkiem?😍

Kilkanaście metrów wyżej zdjąłem tego szczupaka, którego wcześniej wypatrzyłem, dobrze podszedłem i zaprezentowałem niewielką obrotówkę, bo już mi się nie chciało zmieniać przynęty. Skasował ją na moich oczach i do końca walczył ciesząc oczy w tym krystalicznie czystym „akwarium”.

Rozbójnik pewnie prześladuje te jazie tam dalej.

Tu miałem na krótko na kiju niewielkiego lipienia. Odpadł. I niestety żaden inny więcej nie zameldował się ani na wędce ani nawet nie pokazał w wodzie.

Konsumpcyjny ale pływa dalej.

Każdy głębszy dołek, z resztą tak jak mówił Marcin był zamieszkany przez jazie. Świetna rzeka.

Spływ był mega relaksujący. Krystaliczna woda sprawiała, że się miało wrażenie że płynie się po obłędnym akwarium. Widać było wszystko. Zwalone niczym rozrzucone bierki drzewa, warkocze roślin, głazy wielkości samochodu a między tym wszystkim okonie i jazie. Te ostatnie masowo zamieszkiwały każde głębsze doły a te nierzadko były głębokie na 7-8 metrów!

Z jednego dołka potrafiło wyjechać do kilkunastu jazi, zatem zabawy było co nie miara.

Rzeka złotych orf😍 A te, mimo że mieliśmy całe pudełko smużaków, tekli, chrabąszczy, os, pędraków czy wioślaków najlepiej brały na maleńkie garbatki od Kacpra Danickiego.

Na rzece byliśmy znów sami. A ta w odróżnieniu do wielu znakomitych tras kajakowych w Polsce nie uraczyła nas ani jedną puszką, ani jednym innym śmieciuchem, które mam u nas w zwyczaju zbierać do siaty, by na końcu wywalić do śmietnika, jak przyzwoitość ludzka nakazuje.

Długie, płytkie odcinki zostawialiśmy ale każdy głębszy, najczęściej zakręt skrupulatnie obławialiśmy stając wcześniej i obchodząc by nie spłoszyć ryb.

Ale zdarzało się coś i zapiąć z płynącego canoe. Było potem trochę ciekawej zabawy bo należało i wiosłować i nawijać a ręce tylko dwie😅

Packraft to doprawdy prześwietne pływadełko, które waży jedyne 3,5kg. Jedyny jego minus to brak trzymania jednego toru płynięcia. Na wodzie stojącej😬 przerąbane.

No a naszym celem było jeziorko połączone z rzeką niewielkim kanałem, ukrytym w trzcinach. Wcale nie tak łatwo było go znaleźć. Jak zwykle przydał się dron.

Rzeka nie była wybitnie mała ale morze drzew niemal całkowicie potrafiło ją pochłonąć.

Nas zaś jak to morze drzew pochłaniało rzekę, pochłaniała właśnie ona i jej mieszkańcy. W całym życiu nie nałowiłem się tak jazi jak tego dnia tam.

I co fajne to wieczór sprawił, że poranny deszcz był już daleko we wspomnieniach za nami.

Po odnalezieniu oczekiwanego kanału, godzinę później dotarliśmy na miejsce kolejnego obozu, gdzie mieliśmy pozostać na kilka dni.

Palava też niestety nie dysponuje statecznikiem, więc na wodzie stojącej majta nią przy każdym pociągnięciu wiosła albo pagaja. No ale za to z górską, szybką wodą radzi sobie świetnie.

Generalnie to bardzo dzielna jednostka a dętego niemal niezniszczalna. Niestraszne jej skalne progi, ostre kamienie czy kikuty twardych drzew. A jej nośność 250kg pozwoliła na zabranie naprawdę wielu gratów.

No i co najważniejsze, to pływadła te są pneumatyczne, czyli bez problemu zapakować je można do auta, a nawet, co wcześniej przetestowałem w ukochanych borach tucholskich, do rowerowych sakw.

„Nasza” plaża była osiągalna tylko kajakiem albo ewentualnie quadem, którego stare ślady z resztą znajdowaliśmy. Jednak jedynymi żywymi duszami tam wtedy mieliśmy być tylko my.

Kolejnego dnia obudziliśmy się w genialnych okolicznościach przyrody.

A bez żurawiny mojej ukochanej Mamy Łucji do Skandynawii nie ruszam się nigdy. Żadna herbata tak o poranku nie smakuje jak ta gęsta i słodka żurawina.

Dopiero po śniadaniu z oszczędności zalewało się herbatę ale też nie byle jaką, bo po zeszłorocznej Grenlandii pijamy tylko miętę z pomarańczą od Herbapolu. Nie próbowaliście to musicie! Rewelacja.

Wszystkim przebywającym w destynacjach pełnych komarów z czystym sercem też mogę polecić Thermacell – to ustrojstwo podgrzewa wkłady nasączone specjalnym repelentem, co w bezwietrzne dni skutecznie tworzy strefę chroniącą od krwiopijców o powierzchni prawie 20 m2! Od kilku lat używa tego i mój Tata na wszelkich camperowych polach, jak i ja sam. Działa! A w dni z wiatrem? Wiatr zabiera komary – tyle w temacie.

Samolotem tym razem nie lecieliśmy zatem swobodnie mogłem zabrać i stację zasilającą, którą z powodzeniem ładowałem tym przenośnym systemem paneli solarnych. I to w dzisiejszych czasach dopiero jest rzecz naprawdę niezbędna. Co prawda 2,5kg ale zgrabnie składane i 100W! To potrafi naprawdę szybko naładować power banka 20 000 mAh. Robiąc dużo zdjęć i do tego latając dronem rzecz wręcz niezbędna, bez możliwości innego zasilania.

No ale dość już tych nowinek technologicznych. Nieopodal plaży była niewielka wyspa z łagodnie schodzącymi blatami. To tam wg Marcina mieliśmy z powodzeniem połowić. I nie mylił się nic a nic! Co prawda okoni 45cm+ nie połowiliśmy ale pod 40cm nie brakowało a do tego i w samym jeziorze dość często brały jazie.

Obóz zdecydowaliśmy się rozbić nieopodal uroczego domku, widać było że od dawna nieodwiedzanego.

Po pierwszej sesji nie brakowało nam ryb na kilka ładnych posiłków.

Niestety – tym razem żaden z tych biedaków nie odzyskał wolności.

Smakowały wybornie!

Po obiedzie był czas i na kąpiel i na lekturę mało znanej ale prześwietnej książki Arkadego Fiedlera.

Popołudniowa tura była mega krótka. Zdołaliśmy tylko dopłynąć do wyspy jak napłynęły wielkie, ciemne chmury a z zachodu nadchodziła ściana deszczu. Tak szybko do brzegu jeszcze nie wiosłowaliśmy!😅

A na kolację znów okoń z siatki – spiżarki. Co ciekawe – jest to tak genialna ryba, że jej smak nie sposób by się przejadł. Kto próbował ten wie.

Miejsce na obóz pomogło wybrać również palenisko, które czekało nieopodal a i nacięte drewno było argumentem „za”.

Ogień ogrzewa ciało a ognisko ludzi.

Żeby jeszcze były one wodoodporne☝️ Niestety pogoda średnio nam sprzyjała na tym wyjeździe.

No ale jak przyjemnie było budzić się po deszczowej nocy, gdy poranek wyglądał tak🙃

Jämtlandzkie yin i yang🤓

Obóz szczęśliwych słowików🙂

 

W końcu nadszedł dzień pożegnania z obozem w sosnowym borze pachnącym żywicą przy plaży. No ale dobrze było się znów znaleźć na rzece pełnej orf.

A ta oczarowywała jak pogodne spojrzenie pięknej nieznajomej z sąsiedniego stolika w restauracji. Podwodne trawy falowały jak przepiękne rzęsy i człowiek się cieszył tą ulotną chwilą, bo za chwilę mieliśmy dotrzeć do mety spływu i prawdopodobnie nigdy więcej się nie zobaczyć. Życie.

Mieliśmy cholerne szczęście, bo ktoś do Marcina nie dojechał i zwolniło mu się jedno z mieszkań w domku w Bräcke. Pamiętam nawet, że przez moment się zawahałem, bo przecież nie ma to jak budzić się nad wodą, bez potrzeby dojeżdżania autem na łowisko ale ostatecznie wygrała chęć ciepłej kąpieli i snu w normalnym łóżku. Skorzystaliśmy.

A że cholerne było to szczęście miały pokazać kolejne trzy dni kiedy to miało rozdmuchać się na dobre i niestety mocno rozpadać! W namiotach dostalibyśmy po jajach ostro!

Korzystając z dostępu do internetu i prognozy pogody zdecydowaliśmy się na nocne wypłynięcie na znane mi jezioro, które obdarowało mnie i moich kompanów kilka lat wcześniej świetnymi rybami, co można było przeczytać w fotorelacji:

https://www.bayangol.pl/szwecja-2022-zapis-nasz-pan/

Wtedy jednak byliśmy tam we wrześniu i ryby zachowywały się zgoła inaczej.

Teraz nie mieliśmy echosondy, która wówczas wydawała się kluczowa; wyraźna aktywność powierzchniowa ryb też okazała się płonna, bo na wylatujących owadach żerowały… niewielkie okonie🤦🏻‍♂️; zielska, w którym kryły się wielkie szczupaki w ogóle jeszcze nie było. Jedyną sensowną rybą był ten średni szczupaczek.

No ale co innego wynagrodziło nam nasze nieskuteczne łowy. Takiego wschodu księżyca chyba jeszcze nie widziałem.

Kiedy padła decyzja, że spływamy, Szymon sterował a ja jak opętany pociłem to cudo pięknie wschodzące za wielkimi, jämtlandzkimi sosnami. Brakowało tylko wycia wilków albo choć huknięcia sowy.

I to jest to – co kocham w tych moich podróżach z wędką i aparatem najbardziej. Nawet jak ryby zawiodą (a jak wiemy z nimi bywa różnie) to zawsze można uwiecznić jakiś specjalny kadr🥰

Wyobraźcie sobie, że te kratery, powstałe głównie w wyniku uderzeń meteorytów, asteroid i komet mają miliony lat! Nie ma tam atmosfery ani wody, zatem ślady te nie ulegają zniszczeniu przez wiatr czy deszcz. Największe kratery widocznej strony księżyca mierzą ponad 500km! Największy leży jednak po ciemnej stronie a nazywa się basenem Bieguna Południowego – Aitken i ma średnicę 2500km i głębokość 13km. Co ciekawe to przyszłoroczna misja Artemis ma lądować właśnie w nim.

Ostatnie chwile przed wielkim sztormem.

Piękna cisza.

Końcówka wyprawy to smętne patrzenie jak wiatr gnie drzewa i słuchanie jak krople deszczu momentami walą w okno. I ta ulga, że na zewnątrz zawierucha a my w ciepłym, suchym domku spijamy sobie winko albo ciepłe kakałko😅

Nowa książka Jonathana C. Slaght’a o tygrysach syberyjskich rozpieściła mnie już do reszty. Szymon wsiąkł w kitrany dla Niego „Survival z ludzką twarzą” Bolka Uryna, którego egzemplarz właśnie Szymkowi dedykował💪 Książka, która zdefiniowała, można powiedzieć całe moje podróżnicze z wędką życie.

Po dniu czytania i totalnego kibla nie wytrzymaliśmy. Musieliśmy choć na chwilę jeszcze się wyrwać, by porzucać. Pojechaliśmy na metę spływu pierwszej rzeki, gdzie znów opróżniliśmy pełną wody opuszczoną łódź i wypłynęliśmy na „ostatnie tango”.

Szymon pożegnał się z Jämtlandem ostatnim okoniowy czterdziestakiem.

A ja średnim szczupaczkiem. Dobre i to. Niestety po dwóch godzinach byliśmy tak przemarznięci, że ręce aż zgrabiały. Jak dobrze było wrócić do domku Marcina w Bräcke i tą ostatnią noc znów spędzić w ciepłym łóżku.

Szwecki Jämtland opuszczaliśmy mając pełne prawo do zadowolenia. Sporych okoni i jazi nałowiliśmy co niemiara, zaliczyliśmy dwie prześliczne rzeki i kilka jezior na ich biegu w trakcie bardzo przyjemnych spływów, pojedliśmy pysznych i jakże zdrowych ryb, bywały chwile gdzie kiszki marsza grały równocześnie u jednego i drugiego, również jeden i drugi tak samo walczył z wiatrem na wodzie i zachwycał się podwójnym lasem, odbijającym w lustrze wody, a pewnie niejeden komar ugryzł i Szymka i mnie…  Ale co najważniejsze – ten swoisty zielony detox przeżyliśmy we dwoje, ramię w ramię. Trudy i w dużej przewadze chwile szczęśliwe. Ojciec i Syn. Krew z krwi. Tego nie zabierze nam już nic i nikt.

PONIŻEJ KRÓTKIE DWA FILMIKI RÓWNIEŻ JEDNEJ Z NASZYCH WAŻNIEJSZYCH WSPÓLNYCH CHWIL:

Szymona pierwsza ryba w życiu cz.1

Szymona pierwsza ryba w życiu cz.2

 

W wyprawie udział wzięli (od lewej):

Rafał Słowikowski i Szymon Słowikowski

Zdjęcia: Szymon i Rafał Słowikowscy

Tekst i opracowanie: Rafał Słowikowski