Z pewnością większość z Was czytała „Piotrusia Pana”. Pamiętacie? Chłopcy, którzy uciekli od rodziców i obowiązków. Uciekli od dojrzewania, starzenia się. Dom znaleźli w zapomnianej, niedostępnej krainie – Nibylandii. My też uciekliśmy.

Tak naprawdę uciekamy od lat. Odrywamy się od obowiązków, codzienności, prozy życia. Zostawiamy rodziny, niektórzy pewnie kochanki; przestają istnieć zakłady pracy, sprawy… te poważne i poważne mniej. Czy odrywamy się od prozy życia albo prościej – od życia? Niezupełnie – te wyjazdy to nasze życie! Miesiącami się przygotowujemy; dajemy zarobić „kokosy” operatorom sieci komórkowych godzinami paplając do słuchawki i ustalając szczegóły. Miny naszych Pań stawiających oczy w słup na wieść kto dzwoni są nam doskonale znane. Czy się nakręcamy? Zdecydowanie!
Jest to mocno związane z naszymi marzeniami. Wielu jednak marzy, mało osób wierzy. My nauczyliśmy się wierzyć. Już nie tylko mówimy gdzie byśmy chcieli pojechać – my tam jedziemy! Pieniądze, układy w rodzinie, firmie, urlopy – to tylko punkty do odfajkowania z uwierzcie dużo dłuższej listy niż się wydaje. Najważniejsze uwierzyć. Chwilę później człowiek postanawia, kilka chwil później jedzie. Proste.
To nasz eliksir młodości! Tam jak w „Piotrusiu…” się nie starzejemy. Jedziemy zmęczeni, nierzadko schorowani, niektórzy w słusznym wieku, czasem słabi, bez kondycji. Wierzcie bądź nie – tam czujemy się jak młodzi bogowie! Bez wyjątku! Cud? Nie mam pojęcia… Możliwe… Na to wygląda.
Ruszamy tacy różni – starsi i poważni, także młodzi i niepokorni. Tam jesteśmy równi – prezesi, lekarze, sędziowie, burmistrzowie, także macherzy, grabarze, utrzymankowie i prości zbieracze runa leśnego;) Tam wszyscy jesteśmy po prostu… chłopcami.
Niektórzy powiedzą, że jesteśmy krnąbrni, egocentryczni- „nie myśląc o bliskich uciekamy się bawić i nic nas tam nie obchodzi”. Ci jednak co nas kochają wiedzą, że tak nie jest; nie mają nam tego za złe. Wiedzą, że tak już mamy, że tak trzeba. Co nas różni od bohaterów „Piotrusia…” to pewność, którą zostawiamy – wrócimy. Szczęśliwi, mocni, spontaniczni, uśmiechnięci i będziemy tym zarażać. Przesiąkamy tym wszystkim właśnie tam.
Gdzie?
W domu zaginionych chłopców… W Patagonii…
W naszej Patagonii!

Odkryliśmy ją już trochę lat temu i reasumując spędziliśmy tam już kilka miesięcy. Teraz zapraszam do wspólnego wspominania. Popatrzcie jak dom zaginionych chłopców był pełen wdzięku w tym roku.

Jak zwykle przylatywaliśmy do Punta Arenas – ostatniej na południe twierdzy cywilizacji w chilijskiej Patagonii, stolicy dystryktu Magellanes y Antarctica. Po noclegu w uroczym hoteliku, nieco męczących zakupach prowiantu i zapasów wszelakich, także pierwszych degustacjach najlepszych win świata ruszyliśmy. Najpierw przez ziemie pełne strusi, potem promem na Ziemię Ognistą, przez ziemie guanaco i co widać na zdjęciu jastrzębi chilijskich (Accipiter bicolor chilensis).

To młody osobnik, który siedział na tak popularnym tam płotku. Dał się podejść niezwykle blisko.

Jak każdy drapieżnik zajmował jeden z wyżej położonych punktów w pampie Ziemii Ognistej. Jak z ambony myśliwskiej lustrował okolicę, pewnie w poszukiwaniu potencjalnej ofiary.

Chyba każdy fotograf byłby zachwycony mogąc robić takie zdjęcia z bliska.

Nadmorski krajobraz w drodze na Rio Condor. Najpierw trzeba było podreperować nieco kładkę, naradzić się i po prostu przejechać.

O tak właśnie.

I dalej nadmorską drogą ku marzeniom.

Jeszcze nie wiedzieliśmy co nas wkrótce czeka. Spodziewaliśmy się eleganckiej drogi poza jednym punktem.

Bramka jakże bliska sercu wszystkich nas, którzy tam wracają – już powoli pachnie rzeką, przygodą i magellańską puszczą.

Jeden z postojów. Jak ja kocham te miny kolegów, którzy pierwszy raz wjeżdżają w las. Czegoś takiego nie widzieli i koparki cały czas opadnięte. W końcu jadą przez jurajski las.

Jastrząb ten siedział na słupku płotka tuż przy drodze. Nie wychodząc z auta chwyciłem za aparat a Piotrek zaczął skrzeczeć jak przydeptany szczurek. Ptak się nastroszył i gwałtownymi ruchami głowy zaczął szukać źródła dźwięku. To było świetne! Narobiłem mu pełno dobrych ujęć!

Stromy podjazd pod górę z wymytymi dziurami od spływających strug deszczu , który należy „wziąć z rozpędu”. Na szczycie po hamulcach i gwałtowny pełen najgłębszych wykrotów zakręt w prawo. Potem powolne obsuwanie w dół z modlitwą na ustach by nie było błota bo koła stracą przyczepność. Na dole zakręt w lewo i przejazd przez kładeczkę. Najgorszy odcinek tej drogi. Dalej już pikuś!

Czyżby?!
Widać ostatnio popadało bardziej niż nam się wydawało. Jak to zobaczyłem to nogi pode mną się ugięły! Na szczęście sądowanie kijem kałuży pokazało, że nie było tak źle. Sięgałem w końcu dna i, o dziwo było twarde.

Doświadczenie za kółkiem w terenie wymagającym napędu 4×4 miałem skromne – raptem pięć tygodni w Patagonii rok wcześniej i tyle co się nauczyłem obserwując kierowców w Mongolii. To była dobra szkoła – taki bonus w cenie wyprawy!;)

Niestety odcinki błota ciągnęły się setkami metrów a zatrzymanie w czymś takim wiązałoby się z utknięciem pewnie na wiele godzin. A co wówczas z popołudniową rybałką?

Była to jazda z duszą na ramieniu i z sercem w gardle.

Było zarąbiście! Yahooo!!!

Słabo widać ogromną wyrwę tuż przed poukładanymi balami drewna. To pewnie tu w drodze powrotnej zostawimy tablicę rejestracyjną jednego z aut i oberwiemy zderzak:P

Chwila odsapu na kawałku suchego gruntu. Odsapu dla nas bo Bartek akurat doświadczenie w takim terenie miał spore i wiele nas tego dnia nauczył. Rady Jego były nieocenione! Raz jeszcze- dzięki! Było już dobrze – z pomiędzy drzew wyłaniała się powoli rzeka. To ostatnie metry. Nawet jakbyśmy utknęli to przynajmniej blisko ryb!:)

Nie wyobrażacie sobie radości jaka towarzyszyła mecie! Gdy dojechaliśmy, każdy dosłownie wypadł z auta by po chwili wpaść sobie w ramiona! Miśków z radości tam uskuteczniliśmy tyle, że jakby ktoś to widział nieźle popukałby się w czoło. Była to jednak wzruszająca chwila. Rio Condor – znów jesteśmy!

Po rozbiciu obozu i wypiciu powitalnego kielonka niemal natychmiast ruszyliśmy na ujście. W końcu rok temu znaleźliśmy tam prawdziwe el dorado z walecznymi robalos!

Niestety – tym razem stada robalos gdzieś znikły. Co prawda kilka widzieliśmy, podobnie około metrowej długości troć, która wynurzyła się niczym delfin i popłynęła w górę Condor. Pognaliśmy zatem w górę.

I słusznie bo tam działy się znacznie ciekawsze rzeczy i nie mam na myśli tak małych pizdryków jak ten.

Jurek tuż powyżej obozu chwilę przed wielkim BUM!

Ryba wzięła tubowego uproszczonego Green Highlander’a a doświadczony łososiami na Gauli Jurek wyholował ją ze spokojem i klasą. Walczyła dzielnie!

Steelhead 82cm i około 7,5kg z końca świata!

I jak nie wymłodnieć w takiej chwili?! Jak wrócić wspomnieniem do domu?! Liczy się „tu i teraz” i nic nie jest się w stanie przez to przebić. Przy kibicujących przyjaciołach a przeżycie jakże osobiste, intymne. Z pewnością będzie pielęgnowane latami i w sercu i w myślach. Po to się właśnie jedzie taki szmat świata!

Szczęśliwa mucha. Dokładnie na nią pokusił się morski tęczak podobnie jak my na buteleczkę Santa Rity!

Kilka chwil później Andrzej ripostuje świeżutkim srebrniakiem troci wędrownej o długości 60cm.

Czego nas uczą wyprawy to nieobliczalności rzek, które w górze są znacznie inne niż blisko ujścia. Niby w tym nic niezwykłego ale one wielokrotnie są tam większe!

Za każdym zakrętem odkrywają przed wędkarzem swoje nowe tajemnice – zupełnie jak ukochane kobiety, które potrafią nawet po latach zaskakiwać. Te w Patagonii są jakże świeże, wiecznie młode, lecz nawet i tam mają swoje lepsze i gorsze dni.

To był zdecydowanie jeden z tych lepszych dni – przynajmniej dla Piotra!

Jakże okazały samiec troci wędrownej – podobnej długości co Jurkowy steelhead – 82cm.

Wszystkie złowione tamtego dnia ryby, podobnie jak ta odzyskały wolność! Tak trzeba – tym bardziej, że zapas świeżego mięsa czekał w obozie i musiał być zjedzony. Wszyscy jesteśmy zwolennikami zasady catch&release, z szacunku dla ryb, dla bezpieczeństwa ich populacji, bo wiemy jak sytuacja wygląda w Polsce, wielokrotnie wynikająca z działalności wędkarzy – lista jest długa i można by wymieniać tak w nieskończoność. Większość nas jednak od czasu do czasu lubi zjeść rybę i to robi. Jeśli już mamy zamiar, zabijamy najczęściej na łowiskach, gdzie uszczuplenie wody o jedną, dwie czy kilka więcej ryb nie zrobi jej krzywdy. Dalecy jednak jesteśmy od stawiania absurdalnych hipotez, że to nawet przyczyni się do polepszenia kondycji reszty ryb itd. Natura najlepiej kieruje wielkością populacji zwierząt a pojawienie się wędkarza uzbrojonego w wysokomodułowe blanki, kołowrotki o ultraszybkich przełożeniach, syntetyczne materiały muchowe, czy fluorocarbonowe przypony na dziewiczej wodzie to z pewnością nie rzecz naturalna. Mamy to zawsze na uwadze… nawet konsumując wspaniale przyrządzonego przez Andrzeja pstrąga w sosie sojowym.

Taki dzień warto okrasić czymś szczególnym. Panamski rum Abuelo – hołdowany przeze mnie w tylu relacjach dopiero za miesiąc przebije inny. Tym nie mniej ciągle jest to wybitny trunek, w sam raz w wybitne dni.

Zaginieni chłopcy w prastarym lesie Ziemi Ognistej – dodam, że głodni chłopcy.

Ale już niedługo – Mariusz zaraz uraczy wszystkich tak doskonałymi stekami, że ciężko będzie nie sięgnąć po najlepsze, chronione na koniec butelki czerwonego wina.

Grupa wędkarzy nad rzeką marzeń już z pełnymi żołądkami.

Jak zwykle tematy się nie kończą i stać tak gapiąc się w ogień można wiele godzin.

No i Krzyż Południa, za którym tak tęsknimy szykując się do wyjazdu do Ameryki Południowej. Te dwie dolne wyraźne gwiazdy wskazują linię wg, której powinniśmy wyżej szukać krzyża właściwego w orientacji poziomej.

Za tym ptakiem uganiałem się z aparatem już przez całe dwie wcześniejsze wyprawy. Niestety nie było mi dane sfotografować go. Na szczęście trafiło na Leona, a Ten nie marnuje podarowanych przez los okazji. To marna fotka, daleko odbiegająca od możliwości Leona – ale jest!

Występowanie tego gatunku dzięcioła uwarunkowane jest od obecności bukanów – buków patagońskich (Nothofagus). Na nich się żywią (głównie larwy, dorosłe chrabąszcze, pająki a także nietoperze, jaja i pisklęta wróblowatych). Dodatkowo jest to jedyny dzięcioł na świecie, który rozmnaża się jedynie co dwa lata. Samce takie jak ten zastępują zawsze samice w wysiadywaniu jaj ale tylko nocą.

Dzięcioł magellański (Campephilus magellanicus) w akcji!

Przed wyjściem na ryby w bukanowym lesie.

Rio Condor w drodze ku źródłom.

Dobre miejsce – najpierw ja, potem Janek. Niestety nie były tak duże jakbyśmy sobie życzyli. Wyszły z tej samej, usianej kamlotami szybkiej rynny.

Zdjęcie miejsca, w którym się zgubiliśmy. Oczywiście tylko ja dźwigałem aparat a chłopaki pognali w górę. Nie wiem jak to możliwe, że nie usłyszeliśmy swoich nawołań. Zdarza się. Przekonany, że wrócili do obozu ruszyłem samotnie w górę. Jak miało się później okazać, poprawiając przez kilka godzin rzekę po Mariuszu i Janku. Gdy w końcu ich spotkałem „pocieszyli” mnie informacją, że wspólnie złowili 11 troci! Największe 72cm, 71cm, 69cm, 65cm… Ponadto Mariusz przez 15min zmagał się z metrowym srebrniakiem. Przegrał…
A aparat miałem tylko ja!:( Wierzcie bądź nie – takie rzeczy jednak nie zdarzają się często nawet w Patagonii.

A to już po minięciu chłopaków, którzy postanowili ruszyć w morderczą drogę powrotną. Morderczą bo czekało nas kilkanaście kilometrów przez krzaki, powalone pnie, bagna, pagórki i wykroty. Tego pięćdziesiątaka złowiłem na pocieszenie i ruszyłem do obozu także. To był najgorszy powrót z ryb w moim dotychczasowym życiu!

Po drodze, niestety w rzęsistym deszczu znów miałem spotkanie oko w oko z dzięciołem magellańskim. I to nie jednym!

Samiec sprawdzał „stare” dziury i sprawnie dorabiał dziobem nowe. Ponieważ to wybitnie rodzinny gatunek, nierzadko spotyka się go w 2-3 parach. Tak było i tym razem.

Parka. Samiczka jak to w ptasim świecie skromniej ubarwiona (niemal cała czarna), samiec z imponująco czerwoną głową.

Gdy doczłapałem się ledwo żywy do obozu, niebo chwilowo przejaśniało a wszyscy nieco bardziej normalni byli już w obozie.

Ci co kręcili się w pobliżu obozu zadbali by deszczowa aura tak bardzo nam nie doskwierała rozpościerając plandekę nad „kuchniojadalnią”.

Jak co wieczór Jasiu dopieszczał ognisko. Ależ dym z mokrych gałęzi bukanów szczypie w oczy! Podobnie jak chilijska cebula ten po prostu zabija, wyciskając hektolitry łez.

W nocy tak zaczęło lać, że stało się to co dotąd wydawało się niemożliwe – popłynęła brudna woda, oczywiście też urosła. Ujście Condor nawet z wyglądu stało się małogoscinne.

Piotrek zapakował namiot w plecak i ruszył w górę rzeki w poszukiwaniu czystszej wody. Łudził się, że rzekę brudzi jakaś podmyta skarpa albo bobrowy strumyk niedaleko obozu. Niestety woda przelała się przez wszystkie tamy bobrowe na strumykach nawet tych daleko w górze blisko źródeł. Jak możecie to porównajcie to zdjęcie ze zdjęciem tytułowym (zrobionym dzień wcześniej) – zobaczycie jak nasza Rio Condor straciła humor. Zaczęły się „te” dni!

Piotr lubi mocne wrażenia więc udało się mu dzień wcześniej zgubić w tym lesie paszport. Zachęcaliśmy go, by wrócił się szukać a kolejnego dnia możemy pomóc. Totalnie nie wierzył w odnalezienie, tym bardziej że przechodził przez rzekę kilkukrotnie z otwartą kieszonką w kurtce. Jak patrzę na to zdjęcie to też tracę wiarę, że udałoby się znaleźć dokument.

Ciekawe ile takich drzew umiejętnie bądź nie musieliśmy przejść szukając na górze Condor troci. Teren jest tam dziewiczy, totalnie nie ruszony a leżaniny jest chyba najwięcej na świecie.

Jak mi Piotr opowiadał – te samotne noce tak zachodzą do czachy, że robiąc to zdjęcie czuł się jak McCandless. Chciał zostawić jakąś pamiątkę tym co być może odnajdą namiot! Ostatnie zdjęcie:P

Bukowy ent z lasu nad Rio Condor.

Piotr zafascynowany leśnym runem:P Jakby zamienić je na złoto i diamenty nie mógłby mieć innej miny. To się nazywa umiłowanie przyrody!;)

Widok z góry Rio Condor na Cieśninę Magellana.

W obozie czekaliśmy na zmianę aury i wody w rzece. Niestety aura może uległa poprawie jednak woda potrzebowała najwyraźniej jeszcze kilku dni. Nie mieliśmy czasu a obawy przed drogą powrotną też nie pozwalały na spokojne zwlekanie. Rozpoczęliśmy odwrót z Condor.

Karakara czarnobrzucha (Polyborus plancus)

Nie wyobrażacie sobie jaką ulgę poczuliśmy gdy wyrwaliśmy się z tych leśnych bagien. Rejestracja zgubiona, zderzak oberwany ale ogromny kamień z serca też spadł. Dalej droga już jak marzenie.

Powtórka z pierwszej wyprawy na Rio Condor sprzed 7 lat. Spektakl spławiających się delfinów.

Delfiny południowe (Lagenorhynchus australis). Szczególnie w latach 70-tych i 80-tych polowano na nie na mięso służące wabieniu do podwodnych klatek krabów królewskich. Niestety nawet dziś jest to spotykana praktyka.

Zrobiły nam tam niezły show. Skakały wspaniale! Kilometr dalej widzieliśmy coś podobnego – tam wyskakiwały całe nad powierzchnię jak w akwarium. Zrobiłem to zdjęcie i pognaliśmy focić tamte. Niestety po dojechaniu chwila się skończyła. Bywa.

Samiec wojaka długosternego (Sturnella loyca)

Popularne na Ziemi Ognistej magellanki zmienne (Chloephaga picta). Niegdyś wybitnie tępione, gdyż konkurowały z owcami o pastwiska, dziś mają się dobrze a ich populacji nic nie grozi.

Flamingi chilijskie (Phoenicopterus chilensis) zimują właśnie na Ziemi Ognistej. Zatem to jedne z pierwszych, których główne przyloty zaczną się za miesiąc, dwa. Zawsze je spotykamy na tych samych akwenach. Jak najbardziej się ich tam spodziewamy.

Argentyński lis szary (Pseudalopex griseus) pod tartakiem w Russfin. To tu naprawiliśmy zderzak płacąc 70$USD za roboczogodzinę mechanika!!! Sic!

Kolejnym celem była znów słynna Rio Grande. Mekka trociowców z całego świata! Takie kondory uznawane przez nas są tam za dobry omen.

Samiec kondora wielkiego (Vultur gryphus.

Jak najbardziej dorosły ptak, o czym świadczą białe pióra na skrzydłach od góry.

Miejsce nie należało do tych najurokliwszych ale pozwoliło zaoszczędzić trochę grosza. W lodge’y Czerwińskiego, którą dobrze mogliśmy z tego miejsca widzieć koszt noclegu za 1 osobę to dobre kilkaset euro!

Woda w Grande była mocno trącona i nieco podniesiona po niedawnych deszczach. W przeciwieństwie do niemiłosiernie słonecznej aury mogło to sprzyjać obecności troci na górze rzeki. Andrzej dość szybko się o tym przekonał.

Ryba nie była zbyt duża ale pierwsza troć z Grande zawsze cieszy. Ba – każda troć cieszy!

Łowca ze srebrną zdobyczą.

Tuż przed wypuszczeniem…

Srebrniaki z Grande niezależnie od rozmiaru to waleczne ryby. Osobiście nie widziałem żadnej, która by odpływała spokojniej niż ta.

Niczym torpeda z U-boot’a!

Zniechęcony panującą „lampą” po kilku godzinach straciłem wiarę w trocie. W towarzystwie Jurka Jurkana pognałem pod obóz na odnogę Grande, która nigdy nie zawodzi! Za pierwszym razem podarowała mi kilka 50-taków, rok temu bez rewelacji ale też coś się działo (złowiłem tą samą rybę 2 razy po dwutygodniowej przerwie) a tym razem…

Jurek oczywiście na muchę a ja jak nie ma rzeźni używam tylko „korby”. Jak widać skutecznie…

Nieduży (47cm) ale dość ładnie ubarwiony pstrąg potokowy z Rio Grande.


Po chwili złowiłem jego brata bliźniaka a jeszcze chwilę później nieco starszą siostrę (50cm).

Wszystko działo się pod czujnym okiem guanako (Lama guanicoe).

Niektórzy nazywają je patagońskimi wielbłądami, jako że systematycznie do wielbłądowatych należą.

My wytrwale, po tym jak zainicjował to na pierwszej wyprawie Janek nazywamy je „brzydale”. Chyba nie muszę tłumaczyć dlaczego.

Arbolito solitario – znaczy „samotne drzewko”

Bartek, podobnie jak reszta do późnego popołudnia wytrwale przeczesywał główne koryto Rio Grande w poszukiwaniu troci. Na pocieszenie złowił potokowca 54cm.

Jurek zmierza do obozu pod starym mostem do przepędzania owiec.

Dwóch facetów, których przyjaźń i wyjazdy na wspólne wyprawy rozpoczęły się jeszcze sporo wcześniej nim na świecie pojawił się niezwykle przystojny plemnik – sprawca mojego życia;)

Gran Reserva Cabernet Sauvignon Santa Heleny to jedyny słuszny trunek, którym warto przywitać się z Rio Grande.

Zygmunt najstarszy nad Rio Grande był jednak najmłodszy:) W końcu tego dnia łowił w niej pierwszy raz. Ogromna troć połamała mu wędkę… tak na dobry początek:)

Andrzeje woleli przywitać się z Rio Grande winem białym z owoców leśnych – wyjątkowo podła wódka, czego po ich minach z pewnością nie zobaczycie;)

Rio Grande nie zważając na nas płynęła jak zawsze. Jej nurt z pewnością obmywał pełno srebrnych ryb tuż pod obozem. Ciche pluski zalotnie szeptały nam do wyobraźni. Promienie słońca skrząco bawiące się na falującej powierzchni flirtowały z nami rażąc w oczy. Zaczepiały puszczając zajączki lusterkami nastolatek. Nie rozmawialiśmy o tym. Co rusz było jednak widać jak ktoś wyłącza się z rozmowy i z uśmiechem przygląda wodzie.

Kociołek zaś bulgotał radośnie, żołądki burczały.

Podano do stołu – stołem zaś pampa. Za parę godzin też łóżkiem. Znów pod Krzyżem Południa.

Nim jednak zasnęliśmy Mariusz rozpoczął jedną z opowieści. A może to był taniec indianina?

A tak – coś mi świta. Wspominał, że z utęsknieniem czeka na kolejną edycję „Tańca z gwiazdami”!;)

Zagubieni w Nibylandii.

Jak często siadacie nad wodą wieczorową porą? Jak często macie czas by go zwolnić jeszcze bardziej? Kiedy ostatni raz puszczaliście statki z kory bądź proste suche patyki gapiąc się jak wirują na wodzie? Czy naprawdę ludzkie życie musi polegać na gonitwie? Czy musi być uzależnione od pracy a ona musi wszystko dyktować?

Siedząc i gapiąc się na nadchodzącą z gracją noc przynajmniej tam człowiekowi nie chce się nucić „Dorosłych dzieci” Turbo.

Obudził nas naprawdę rześki poranek.

To jeden z tych poranków, kiedy budzi Cię parcie na pęcherz a Ty z uwagi na temperaturę poza śpiworem męczysz się i zwlekasz dwie godziny nim w końcu się wykaraskasz i polecisz się odlać:P

Szron na namiotach i parująca woda. Niestety bezchmurne niebo nie wróżyło dobrego trociowego wędkowania.

Nie ma to jak ciepła herbatka tudzież wyciągnięty napełniony kielonek… Brrr… Tak z samego rana?! Nie ma to jak ciepła herbatka!

Mariusz w kuchni;)

Mniej romantyczne oblicze podróżowania w Patagonii.

Bez wiary w trocie w pełnej lampie nie zdecydowaliśmy się na dalsze łowy na Rio Grande – ruszyliśmy na Lago Blanco.

Co prawda aura nie stwarzała dogodnych warunków do łowów i tam jednak coś udało się zwojować. Andrzej Gajewski nawet z jednego miejsca złowił 7 pstrągów!

Mariusz w tym czasie pognał na majaczące w oddali skałki.

I jak widać intuicja go nie zwiodła. Pierwszy pięćdziesiątak z Lago Blanco zaliczony.

Dosłownie w tej samej chwili podobnego pstrąga przyciąłem i ja.

Andrzejek Biernacki wolał przysiąść i podelektować się krajobrazem.

A było doprawdy czym.

Janek nie odpuszczał! Vis a vis Isla Victoria.

Estancia Vicuna ponownie miała stać się naszym domem.

Dobrze znane nam drzewko kolejnego rześkiego poranka.

I grzaneczki na rozpalonym kominku. Trzeba w końcu nagrzać i przygotować śniadanko nim wstanie reszta grupy.

Rio Rasmussen – dopływ trociowej Rio Grande nieopodal Estancji.

I jakże wdzięcznie pozująca Rudosterka patagońska (Enicognathus ferrugineus).

Było ich więcej. Do tego skrzeczały tak głośno, że usłyszałem je w chacie. Jak zwykle rzuciłem wszystko, chwyciłem za aparat i pognałem.

Kilka godzin później gnaliśmy z Jasiem i Mariuszem w trójkę w kierunku nieodkrytej wody. Oczywiście Mariusz kilka miesięcy wcześniej znalazł na mapie małe jeziorko więc musieliśmy je sprawdzić.

Naszej wędrówce przyglądały się znów guanako. Stały na grani i rżały ostrzegając się nawzajem albo może próbując nas zniechęcić do dalszej wędrówki.

Mariusz z Jasiem przy jednym ze słupków wytyczający szlak zahaczający m.in. właśnie o jeziorko. O jak miło drałować nawet w pocie czoła w kierunku niezbadanej wody – nie często ma się okazje poczuć coś podobnego. W Polsce właściwie nie ma szans – chyba że na wodę zapomnianą.

Panie i Panowie, przed Wami Laguna la Cura.

Z daleka jeszcze to to miało jakiś wygląd, z bliska jednak przypominało większą kałużę. Z Mariuszem padliśmy a Jasiu jako pierwszy z nas uzbroił wędkę i wykonał pierwsze kilka kontrolnych rzutów. Bez rezultatu…

Początek nie zachęcał. Płytki akwen mocno zarośnięty zielskiem pod samą powierzchnię! Ruszyliśmy na północ, w stronę widocznego z daleka kopiastego żeremia bobrowego. Tuż przy samym brzegu najpierw spod konara spłoszyłem pięćdziesiątaka a kilka chwil później Jasiu tuż przed bobrową tamą, na głębszej wodzie złowił pierwszego kropkowańca z La Cury.

Tam też i mi było dane złowić dwa kolejne i to by było na tyle… „I po to dymaliśmy taki kawał drogi?!”
Na szczęście Mariusz wtedy zaczął czesać ryby z płytkiej, mocno zarośniętej wody. Pstrągi wyskakiwały z gęstego zielska i atakowały obrotówki wyskakując zupełnie nad wodę! Mariuszowi przywalił w końcu i tęczowy sześćdziesiatak!

A ten potokowiec wziął już z powrotem w punkcie naszego startu gdzie zostawiliśmy plecaki z butami do trekking’u.

Zaraz potem, znów w zielsku zaatakowała kolejna ryba. Wtedy pomyśleliśmy pierwszy raz „jest dobrze!”

Gdy nad jeziorkiem zaczęła krążyć wspaniała Aguja (Geranoaetus melanoleucus) zaczęło się na całego. Cóż tu więcej pisać? Popatrzcie:



Każdy złowił ponad 15 potokowców 52-58cm. Były też mniejsze. Ten jednak należał do tych większych.

Wszystkie ryby wróciły w dobrej kondycji do wody.

Rosną dalej i czekają aż się wspólnie zabawimy ponownie w roku przyszłym.

Ryby były ładnie ubarwione i brały falami. Kilka minut ciszy, parę oczek na wodzie i bach – branie, bach – branie. Spad, spad, siedzi!

Wielokrotnie mieliśmy po kilka brań podczas jednego przepuszczenia obrotówki. Rzadko ale jak ktoś uwziął się wybitnie na „wąchaczy” zmieniał przynętę na częściej czepiającego się zielska woblera i ryba była murowana!

Najwygodniejsze i najszybsze jednak cały czas były obrotówki. Oczywiście Mepps Aglia TW! Chyba niepotrzebnie tak chwalimy tą obrotówkę bo i bez tego niełatwo dostać ją w wędkarskich. Chyba, że w gdańskim Centrum!

Tym pstrągiem żegnałem Lagunę la Cura. To było to! Prawdziwe „veni, vidi, vici”! Bo jak to mówił jeden ze znajomych – pstrąga trzeba najpierw mieć w głowie a potem go po prostu tak jak się wymyśli złowić!

Dotarcie do jeziora zabrało nam 2,5 godziny, powrót 2.

Znów nieźle oznakowanym szlakiem, czasem na czuja ale z rozpromienionym sercem dymamy do Estancji.

Przez patagońską puszczę!

Piotr w tym czasie postanowił skupić się na Rio Rasmussen, którą w drodze do jeziora mogliśmy obejrzeć sobie z wysokości. Doprawdy ciekawa rzeczka.

Samotny hol dobrej ryby. Też lubię, choć jakże fajnie jest móc dzielić radość z przyjaciółmi. I na dobre zdjęcia można liczyć.

Wielka ryba z małej wody.

Samowyzwalacz nie wykadruje tak jak oko kolegi ale jeśli trzeba…

Rio Rasmussen i pasące się na jej brzegach guanako.

Skarpa lengi.

Co dziwne, po minionych deszczach woda nie była podniesiona, zatem o trociach z Grande raczej można było tak wysoko tylko pomarzyć.

Kiedy Ja z Jasiem i Mariuszem przeżywałem el dorado na la Cura, Piotr na Rio Rasmussen, Andrzej Gajewski wraz z Bartkiem wylądowali z wyboru znów na Rio Grande. I to także była dobra decyzja. Kto wie czy nie najlepsza! Choć zaczęło się skromnie.

Lepiej…

Jeszcze lepiej!

Najpierw Andrzej zaliczył trocie 62cm i 67cm, w końcu dorwał i tą – 72cm!

Wszystkiemu przyglądał się imiennik łowcy, który także miał swoją chwilę. Ściągał woblera wolno przy dnie, kiedy go zahaczył. Jak to wędkarze lubią opisywać „zaczep nagle ożył”! Ułamek sekundy później wielka, metrowa ryba znalazła się niemal metr nad wodą i w tym samym czasie wędkarz mógł w osłupieniu, jakby w zwolnionym tempie obserwować jak ryba spada w wielkim plusku do wody a wypięty z jej pyska woblerek leci jeszcze chwilę i spada kilka metrów dalej! Cóż… tylko usiąść i uspokoić dłonie papierosem.

No i stało się! Bartek na salmowego Executor’a złowił dar od Boga!

Nowy rekord BAYAN-GOŁ pstrąga potokowego – 76cm!

Poprzedni 75cm pochodził z tej samej rzeki! Wspaniała Grande kapryśnie dzieli swe podarki pośród nielicznych. Albo po prostu trzeba być lepszym wędkarzem niż ustawa przewiduje i jej taki podarek wychapać!

Nie można zrobić nic lepszego jak darować takiemu pięknemu stworzeniu, wspaniałemu przeciwnikowi wolność. Pstrąg pływa tam dalej!

Jurek z Zygmuntem niczego nieświadomy uskuteczniał swe łowy na Lago Blanco. Grupa się rozjechała – gdzie kto chciał. To było to! Wg gustu, zachcianki, czuja – a dobre winko tylko umila takie chwile.

I tam chłopaki także połowili. Co za dzień!

Dobrze, że wędkarze z la Cury nie wiedzieli o wspaniałym pstrągu Bartka z Rio Grande. Beztrosko, pewni najlepszego wyboru zajadaliśmy sobie jagódki calafate.

Berberis microphylla albo też Berberis buxifolia, zwana także “jagodą Magellana”.

Jedna z kilku chwil odsapu. Jakby nie było drałowania trochę jest. Każdy jednak, kto nie ma trudności z chodzeniem bez problemu dojdzie, połowi i wróci!

A wieczorem, po wielu opowieściach, uściskach i gratulacjach znów pora na brydża. Doskonale przyprawiona zupa rybna na jednej z troci z Rio Grande wspaniale pachniała z kuchni wesoło bulgocząc.

Nie przepadający za rybami Andrzejek Biernacki z pewnością tamtego dnia miał w głowie inne smakołyki, które jestem pewien – dla kolegów od ust sobie by odiął! To się nazywa przyjaźń!;)

Kolejnego poranka znów się rozdzieliliśmy. Ja z Jankiem, wiedząc że później nie będzie już okazji i pomni wyników dnia wcześniejszego przeprosiliśmy się z Rio Grande. Przeprosiliśmy skutecznie. Najpierw Janek.

Jasiu z trocią wędrowną 68cm

I ja z jedną z dwóch tej samej długości, którymi obdarzyła mnie Rio Grande. 62cm

Jasiu w miejscu właściwym. Miałem tam potężne uderzenie w wahadłówkę Olejnika.

Executor Salmo w barwach tęczaka skusił tam w końcu mniejszą troć. Szczęśliwcem był znów Janek.

Jeden z lepszych woblerów ostatnich lat. W naszym przypadku nie do końca ale można powiedzieć „śmiercionośna broń”!

Jasiu w miejscu, gdzie Kinga złowił dzień wcześniej Bartek dostał tylko wnuczka króla kropkowańców. Taka ryba jednak też cieszy. Mimo tak wielu lat łowów, wielu wyciągniętych ryb znacznie większych – ciągle cieszy. Chłopięcy zapał chyba nigdy nam nie minie.

I ładnie ubarwiony kolejny potoczek na wspomnianą karlinkę Olejnika.

Piotr tamtego dnia wymienił Jurka i Zygmunta lądując znów na Lago Blanco.

Z belly boat’a przeżył tam bardzo, ale to baaardzo dobry dzień! Na zdjęciu jeden z 9 potokowców słusznych rozmiarów.

Ponad 70-cio centymetrowy pstrąg tęczowy! Ależ to są ostrzy wojownicy! Więcej walki w powietrzu niż w wodzie.

Z miną obleśnika na twarzy, kamerką Go Pro na łepetynie. Najważniejszego jednak nie zobaczycie – radości w sercu. Przyjrzyjcie się za to przynęcie.

Słuszny potok z Lago Blanco.

Na belly boat’cie daleko od brzegu.

W drodze do serca Domu Zaginionych Chłopców. Ruszyliśmy dalej by w końcu posmakować gwoździa programu. Główna przygoda przed nami.

ZAPRASZAMY DO CZĘŚCI DRUGIEJ “DOMU ZAGINIONYCH CHŁOPCÓW”