Pierwsze co przykuło uwagę Magellana to smugi dymów z indiańskich ognisk – stąd przedstawił te ziemie królowi Hiszpanii jako „Ziemię dymu”. Karol V stwierdził jednak, że „Ziemia Ognista” zrobi większe wrażenie. I zrobiła! Przynajmniej na nas. Do tego stopnia, że musieliśmy spędzić tu 5 tygodni!

Relacja ta przedstawia pierwsze dwa, kiedy to uroki tej surowej krainy próbowaliśmy wraz z Mariuszem i Leonem pokazać grupie kolegów, którzy zarażeni wizją łowienia wspaniałych pstrągów przybyli tu po raz pierwszy.

Po nocy spędzonej na „robieniu” kolejnych piwek i słuchaniu starego, polskiego Punk-Rock’a z nieco otępiałymi głowami od słów Bielizny, Dzieci Kapitana Klossa, Brudnych dzieci Sida wsiadamy z Mariuszem w pociąg do Szczecina i zaczyna się. Co prawda zadyma śnieżna za oknem powinna nas nastrajać co najmniej jak „Nieprzysiadalność” Świetlickiego ale tryskamy humorami – właśnie ruszyliśmy do Patagonii!!! Dalej busem do Berlina. Lot do Madrytu i zawdzięczając „profesjonalizmowi” Iberii – liniom, które uparły się dorównać w naszym mniemaniu najgorszemu na świecie Air-France (trochę latamy – uwierzcie na słowo) kiblujemy dzień w Hiszpanii. Dalej już sprawniej – lot do Santiago de Chile i dalej nad wybrzeżem pełnym fiordów, wysp i jezior o fantastycznych kolorach na południe do Punta Arenas.

Andy i spływające z nich lodowce po prostu muszą robić wrażenie i jeśli tylko ktoś ma dostęp do aparatu – pstryka.


Sprowadzone przez Europejczyków owce nie występują tu w takich ilościach jak przed burzliwą reformacją jednak wciąż są ich tu… miliony!

Z Punta Arenas udaliśmy się elegancką drogą na wschód ku przeprawie promowej na Ziemię Ognistą. Pampa przypominała krajobraz Mongolii, choć zamieszkujące ją dzikie stworzenia niespecjalnie przypominały te z Azji…

Strusie nandu potrafiły się paść dziesiątkami par


Jako, że czekało nas przejechanie paru ładnych setek kilometrów, najczęściej szutrami musieliśmy grupie zapewnić godziwy transport. Wybór w końcu padł na Jeep’a Wranglera i Chevrolet’a D-Max – bardzo wygodne maszyny.

Wjeżdżamy na prom, kursujący między kontynentem a Ziemią Ognistą

Południowa Patagonia nazywana tak często szumnym „Fin del Mundo” (Koniec Świata) dorobiła się swojej flagi przedstawiającej pięć gwiazd Krzyża Południa nad żółtymi szczytami gór – tu wersja uproszczona – cztery główne gwiazdy tego gwiazdozbioru

To tu Magellan widział dym pochodzący od indiańskich ognisk.
Panie i Panowie – przed nami Tierra del Fuego!

Zawsze wietrzna pogoda Cieśniny Magellana buja falami niesłychanie a te drapieżnie częstują się podmywając strome klify

Ciężka noga Leona i dłuższa oś D-Max’a sprawiały, że krótszy Jeep, któremu tyłek znacznie częściej uciekał na krętej szutrze ciągle musiał gonić za pierwszym autem. Stan drogi, mimo że nieutwardzonej pozwalał na prostych osiągać 130km/h

Dziś najprężniejsi estancjonerzy chilijskiej Ziemi Ognistej posiadają w swych stadach „tylko” 30 000 owiec! To już nie te stada, które posiadał swego czasu największy estancjoner tych ziem – Jose Menendez – właściciel 430 000 hektarów pastwisk tylko na Ziemi Ognistej!

Jak miało się okazać przez najbliższe dwa tygodnie pogoda miała nas rozpieszczać! Słońce drastycznie kłóciło się ze stereotypem deszczowej aury, która powinna tu panować. Na zdjęciu zasuwamy na zachód wzdłuż Cieśniny Magellana

Nandu na Ziemi Ognistej już nie występują, za to na umór mnożą się tu rzadko nękane przez drapieżniki guanako

W roku 1883 rozpoczęła się na Ziemi Ognistej gorączka złota i choć w 1910 złoża tego kruszcu się wyczerpały stare maszyny służące do jego wydobywania straszą w pampie do dziś

Karakara czarnobrzucha (Caracara plancus) – spotykaliśmy ją także w Boliwii i Wenezueli. Nieodmownie ptak ten kojarzy się nam zawsze z Ameryką Południową. Co ciekawe, bliżej jej do sokoła niż jastrzębia

Wraz z końcem drogi na mapie jej stan gwałtownie się pogorszył. Oczywiście nie kto inny jak Mariusz Aleksandrowicz wygrzebał gdzieś w necie, że dwa lata temu stary, nieprzejezdny dla aut trakt „zmodernizowano” i można dotrzeć na górne Rio Grande! Rzeka legenda, słynąca z ogromnych troci wędrownych stanęła otworem w górnym biegu a świat się o tym jeszcze nie dowiedział! Kto ma przetrzeć ślad jak nie Bayan-goł?!

Guanako a za nim majaczące szczyty kordyliery Darwin, już po drugiej stronie cieśniny

Kości guanako, które mogło zdechnąć ze starości bądź osłabione chorobą czy wiekiem stało się ofiarą kondora. Nie zdziwiłbym się mocno, gdyby zostało obdarte ze skóry przez wiatr! Potrafi tu naprawdę nieźle piź…ć!

Klasyka off-road’u pod błękitem patagońskiego nieba. Jeden z najpiękniejszych samochodów – podobnie jak najpiękniejsze kobiety i te maszyny nie są łatwe w utrzymaniu;) Palił ponad 20 litrów!

Pierwsze spojrzenie na górne Rio Grande!

W końcu docieramy do Estancji Escondido. Wysprzątana czekała gotowa na przyjęcie naszej grupy. Miesiące przygotowań logistycznych, setek maili po hiszpańsku, targów cen przynosiły zamierzony efekt

Spojrzenie na rzekę przepływającą tuż poniżej Estancji w dolinie aż chwyciło mnie za serce

Kilka sekund później zwierzęta nieprzyzwyczajone do widoku ludzi w panice zaczęły uciekać. Jedno z guanak wskoczyło do rzeki. Echo daleko niosło jego pełne lęku rżenie. Odgłosy nie przypominały nam niczego znanego. Czyżby to takich głosów moglibyśmy się spodziewać po dinozaurach?

Podczas gdy Mariusz zajął się przygotowaniem obiadu dla całej grupy rozpierzchliśmy się po rzece z wędkami niczym pasikoniki wypuszczone z urwisowskiego słoika. Na efekty nie trzeba było długo czekać.

Pod drzewem z resztkami liści dojrzycie Artura podbierającego kolejnego pstrąga

Większość ryb oscylowała w okolicach 47cm i można się ich było nałowić do woli. Ja tego dnia złowiłem około 60 takich kropkowańców!

Widok na Estancję z poziomu rzeki

Tuż pod bazą

Leon właśnie się rozkręcał – to jedno ze zdjęć, którymi zdołał zachwycić resztę grupy. Jak widać nie tylko facetom zdarza się obślinić gdy widzą… niezłą samiczkę;)

Czy blisko, czy daleko ryb było bardzo dużo. Tego dnia myślałem, że im dalej to jest ich więcej. Dziś jednak wiem, że duże znaczenie miała pora połowów. Im później tym więcej!

Mało ludzi znających trociowy odcinek Rio Grande wie jak wygląda ono na górze. Otóż tak!

Podobnie jak krzyżówki w Polsce kaczki w Patagonii również stosują takie sztuczki – udając zranione odciągają drapieżniki od jaj bądź piskląt. Tu samica różeńca żółtodziobego (Anas georgica) próbuje oszukać mnie.

Niestety kormoranie tałatajstwo i tu się namnożyło i wcale się nie dziwię – pstrągów w wodzie było całe multum!

Po prawej stronie znajdziecie drzewo z małymi sylwetkami tych kormoranów. Początkowo byłem pewien, że wystraszone moją obecnością młode, jeszcze nielatające ptaki co chwilę się załatwiają tudzież zwracają przyniesione przez rodziców resztki ryb. Pod gniazdem raz po raz coś chlupotało.

W końcu podszedłem, stwierdziłem że to ryby i…

Pod wieczór wiatr wyraźnie się uspokoił i ruchy ryb pod wodą dla wprawnego oka wręcz były widoczne

Pstrągi o zmierzchu zaczęły oczkować tak i nałowionych miałem ich tyle, że wiedziałem iż kolejnego dnia wystąpię z muchówką

Estancja Escondido pod doskonale widocznym gwiazdozbiorem Oriona

W jadalni, jeszcze długo po kolacji rozbrzmiewały opowieści z doświadczeń tego popołudnia

A o poranku mróz. Na szczęście żar w kominkach jeszcze się tlił więc ponowne rozpalenie było kwestią minuty.

Guanako i gęsi pasły się spokojnie w tym sielankowym krajobrazie doliny, do której wydawało się świat zewnętrzny nie ma dostępu

Trawa pod stopami chrupała a szron kolorowo się skrzył w pierwszych promieniach słońca. Tylko rzeka jakby nic sobie z tego nie robiąc płynęła jak zawsze. Niczym rozkoszna kobieta rozleniwiona w porannej pościeli.

A gdy słońce wzeszło wyżej wypadało jej się ogarnąć i umalować.

Usnea longissima – rodzaj grzybów, które w Polsce objęte są ochroną ścisłą, w Chile jest bardzo powszechna. A ponieważ zanika z powodu nawet nieznacznych zanieczyszczeń powietrza wiedzieliśmy, że oddychamy samym zdrowiem. U nas zwana „brodaczką” w Chile nazywana jest „Barba de viejo” czyli brodą starca

Górna Rio Grande i resztki mostu dla owiec, które dawny właściciel Estancji hodował nim ich miejsce zajęły guanako

Najlepszy sposób na rybę! Przez to danie gdy słyszę zachwyty dotyczące żarcia podawanego w „suszarniach” po prostu parskam śmiechem! Coś fantastycznego. Przepis Wam zdradzę ale jeszcze nie teraz. W lipcu ruszamy łowić najsmaczniejszą rybę z rodziny łososiowatych – palię wędrowną na Grenlandii. Smak tamtej ryby zasługuje na to by przepis pojawił się w relacji grenlandzkiej

Po śniadaniu część grupy postanowiła ruszyć do jeziora Escondido, z którego Grande wypływa

„Tylko” trzy godziny dymania pieszo w jedną stronę leśnymi górkami i…

Jako pierwsi Polacy i z pewnością pierwsi Europejczycy dotarliśmy tu my! A dokładnie Grzesiu, Ernest i Artur

Po drodze można się nieźle spocić zatem najzdrowiej po takim marszu się wysuszyć

Brzegi jeziora niecodzienne dla nas – Polaków. Wątpliwości co do bytności pstrągów w wodach jeziora jednak nie było żadnych

Pstrągi tęczowe też tu żyją!

Jeden z ponad stu złowionych tego dnia potokowców. Niestety populacji ryb w takim zagęszczeniu, do tego w ograniczonym areale wody grozi karłowacenie. Może nawet już trwa – wszystkie ryby znów oscylowały w okolicach 47cm

Grzegorz łowił ryby właśnie z tego przedziału choć dane było mu spojrzeć w oczy „siedemdziesiątakowipiątakowi”! Skubany płynął sobie jakby król przechadzający się po swym dworze a że widocznie nie była to pora na ucztę – był całkowicie niełowny

Niepowtarzalny Ernest z jednym z wielu:)

Kiedy chłopaki sprawiali, że pstrągi z Escondido zamieniały się w ryby latające ja z Mariuszem uparliśmy się trenować dalej pstrągi z rzeki . Takie zwałki jak tam spotykałem tylko na Kamczatce – na szczęście tym razem nie wiązało się to z przenoszeniem pontonów;)

O zaczep było łatwo, do tego najczęściej w takich miejscach było zbyt głęboko by odczepić przynętę co rusz wiązaliśmy kolejne agrafki bądź muchy

Znana już Wam gromadka młodych kormoranów. Niestety pstrągi o tej porze dnia jakby „rozpłynęły się w wodzie”:)

Tym nie mniej uparłem się łowić na muchę. Woda niestety tak wolno płynęła, że łowienie było przerażająco wolne, do tego wielokrotnie nim w ogóle zdołałem położyć sznur na wodzie widywałem jak ryby pierzchają spłoszone gdzie pieprz rośnie

Muszkarzem jestem cienkim ale jednak coś tam udawało się złowić

Na suchego chrusta

Tamtego dnia przypomniała mi się grafika święcąca triumfy popularności na facebook’u

A to moja odpowiedź na takie żałosne podrygi. Najlepsze wobki pstrągowe świata, wielokrotnie udowadniające wyższość efektywności spinningu nad muchą. Salmo! Więc po co się na siłę masturbować muchówką jak spinningiem sięgnie się rybkę i szybciej i skuteczniej. Masochizmowi choćby „bardziej sportowemu” mówię NIE! Oczywiście niewykluczone, że na muchę łowię jak d…a;)

Mariusz nie ma takich problemów egzystencjonalnych i spinningowi jest wierny w 100% Może też dlatego tamtego dnia pstrągów złowił kilkadziesiąt więcej!


Rzeka niezależnie od wędeczki, jaką trzymało się w dłoni dla wszystkich płynęła tak samo nęcąco



Mariusz przerzucał rybę za rybą, a ja…

…skupiłem się na zabawie z aparatem. Tym bardziej, że nieopodal w koronie jednej z leng (Nothofagus pumilio) przysiadły rudosterki patagońskie, obskubujące ze smakiem listki drzewa

Drugie stadko papug przysiadło nieopodal skrzecząc przeraźliwie. Ptaszki wyraźnie się porozumiewały – odpowiadały sobie, przekrzykiwały się, bawiły dźwiękami

Enicognathus ferrugineus – patagoński endemit!

Drzewa lengi, których listki tak bardzo smakowały papużkom potrafią dorastać 40m wysokości


Rzeka niewzruszenie płynęła dalej nic sobie nie robiąc ze skrzeczących papug…

…czy nawet sentymentalnych pokrzykiwań przelatujących ibisów

Do symfonii pełnej patagońskich wariacji oczywiście musiało dołączyć i guanako

Po paru kilometrach w nogach doczłapaliśmy się w końcu do bazy

Wędeczka trafia na płot, także spodniobuty „idą” do suszenia – prozaiczna sprawa w klimatach patagońskich to świetny temat do zdjęć

Z okien Estancji elegancko rozpościera się widok na całą dolinę kusząco wijącej się Rio Grande

Oczywiście na okoliczność spotkania z ładną dziewczyną miło otworzyć butelkę dobrego wina. Tak – Coś z winnicy Cousino Macul zawsze działa na kobiety. Choć bez przesady – rzeczka w końcu należy do tych łatwych więc Don Luis wystarczy;)

Łatwa ale ciągle pełna zmysłowego uroku. Tak spijałem sobie to winko i obserwowałem zbierające owady pstrągi. W środku zakrętu, bliżej wewnętrznej też zobaczycie „oczko”

A po obiedzie, co? Jak to co! Na ryby!:)


I znów na efekty długo nie trzeba było czekać

Rybka szybko przymierzona do kijka hop do wody – niech się nie męczy. Zaraz potem zmierzyć można wódeczkę i… ta taaa – jednak większe też tu pływają! 56cm! Andrzej tego dnia złowił pstrąga 57cm

A po obłowieniu zakrętu oczywiście w bród jakby nigdy nic wypłynął sobie bóbr. W Patagonii jest ich bez liku! Sprowadzone z Ameryki bobry kanadyjskie (Castor canadensis), mające znacznie więcej potomków z miotu (ok. 8) niż bobry europejskie (1-5) na Ziemi Ognistej to prawdziwa plaga!

Lenga udekorowana brodami starca o zmierzchu

To był dzień pełen wrażeń. Nasi wędrowcy znad Escondido dorobili się pamiątki, którą wieźli jeszcze do domu półtoratygodnia później! Mimo wszystko warto było!

A w chłodny poranek nie ma to jak dobra ciepła herbata z cytryną

Dobra herbata i dobre śniadanie

A wszystko w doborowym towarzystwie kompanów, nadających dokładnie na tych samych falach

Wyjeżdżamy z gościnnej Estancji Escondido przez patagoński las

Patagoński standard – droga prowadząca przez prywatne posiadłości. Otwieranie i zamykanie za sobą bramek, furtek, wrót i siatek to szarość dnia – Boże! Jak mi tego brakuje!

Czekał nas jeszcze przejazd przez bród na Grande, czemu ciekawie przyglądały się guanako

Małe piwko – w takiej maszynie!

Nasze maszyny w królestwie guanako

Panująca od miesięcy susza nie dość, że pozbawiła rzeki wody to jeszcze sprawiła, że drogi niemiłosiernie się kurzyły


Zbliżamy się do dopływu Grande – Rio Zapata

Po krótkim postoju się przeprawiamy. Ta ulotna chwila przypatrywania się rzece pokazała, że żyją w tej rzece pięćdziesiątaki. Od razu wiedzieliśmy, że przyjdzie nam tu wrócić



Ponieważ stacje benzynowe po chilijskiej stronie Ziemi Ognistej znaleźć można tylko po drugiej stronie przepraw promowych w Porvenir i w Cerro Sombrero by zatankować trzeba szukać innych miejsc, np. tartaków

Przy okazji popatrzyliśmy sobie na drewno przywożone ze strefy specjalnego projektu ochrony lasów. Projekt ten nazywa się „Rio Condor” i ma za zadanie ochronę lasów ze zlewni tej rzeki. Niestety „specjaliści” wyszli z założenia, że łatwiej im będzie chronić część lasów, zawężając ich areał! Zaczęli od wycinki! Dodam, że głównym finansującym są specjaliści w praniu pieniędzy, tzn. Amerykanie i bank – tu uwaga – Lehman Brothers!!! Pewnie nie muszę dodawać ale to zrobię – ogłoszenie upadłości tego właśnie banku rozpoczęło erę kryzysu finansowego, w którym przyszło nam żyć

O smutnym widoku wyciętych, starych i zdrowych drzew lengi (dokładnie znad Lago Lynch) zapomnieliśmy dopiero nad innym jeziorkiem patrząc na pasące się piękne chilijskie konie

Tam też dojrzeliśmy liczne stada gęsi. Magelanki siwogłowe (Chloephaga poliocephala) – te z brązowymi piersiami; Magelanki zmienne (Chloephaga picta) – te najjaśniejsze (samce) i cała reszta (samice)


Konie i magelanki zmienne

Leon znów dociska!

A ja? Pełen bajcik – fotki trzeba porobić, okolicę popodziwiać…

Krajobraz doliny Rio Rasmussen

I widok z kolejnej Estancji , mającej nas gościć przez kolejne trzy noce

Ibisy maskowe (Theristicus melanopis)


Są tacy, którzy gardzą pudełkami, markowym sprzętem, gore-texami itd. Pod koniec wyjazdu jednak dali się przekonać, że wczepiające się kieszeni kamizelki kotwiczki to nietajna rzecz i sprawili sobie na przynęty… słoik;)

W końcu – po paru latach wylądowaliśmy znów nad trociową Rio Grande. Dość szybko złowiłem troć czemu z zaciekawieniem przyglądał się południowoamerykański lis szary zwany też „Zorro” (Lycalopex griseus) – w rzeczywistości bliższy wilkom niż lisom. Mniejszy i bardziej rozpowszechniony od Culpeo – innego zorro

Zapachowi świeżej rybki biedaczyna nie mógł się oprzeć, podejść wprost się bał, więc postanowił mnie obejść

Kręcił się i kręcił, z nogi na nogę

Ale wcale mu się nie dziwię – taka rybka jest naprawdę smacznym kąskiem

Patagońska troć przybyła tu z Atlantyku przez Argentynę. Niewielka bo 60cm ale jak cieszyła!

Wzięła na Mepps’a srebrną Aglię TW nr 4 w miejscu dobrze mi znanym. Sześć lat wcześniej też tam wyciągnąłem rybę. Stały przystanek

Niestety tragicznie niski stan wody nie sprzyjał trociowym łowom. Ryby z pewnością były w rzece ale pewnie w Argentynie – ani myślały przeć w górę przez obnażone bystrzyny

Niewiele dalej i niewiele później Andrzej wyciągnął nieco większą, bo 64cm trotkę

Temu holowi zaś przyglądał się nie zorro a karakara



Chwilę potem, na tym zakręcie…

straciłem kolejną troć. Na pocieszenie musiałem się zadowolić kropkowanym pięćdziesiątakiem

Rio Grande przepływa tam przez ziemie Juan’a Marcos’a Czerwińskiego – właściciela ekskluzywnej lodge dla wędkarzy. Po opłaceniu licencji wędkarskich na region XII śmiało można tu łowić bez niepotrzebnego płacenia kilkuset dolarów amerykańskich za dzień Czerwińskiemu! Nie tylko Amerykanie ale całe rzesze podróżujących wędkarzy frajersko skazuje się na tego Pana niosąc ulgę wypchanym portfelom.

Co prawda musieliśmy pół godziny jechać do naszej Estancji ale w zamian za te same pieniądze, które starczyłyby na trzy dni u Czerwińskiego mieliśmy łowienia dwa tygodnie i to tam gdzie nam się rzewnie podobało! Ale takie rzeczy to tylko z… Bayan-goł:)

Estancja znad Grande była niesłychanie przytulna. Ba! Był nawet Internet!

Urokliwy domek naszej Estancji

Apetyty wszystkim dopisywały zatem śniadanie pałaszowane było aż uszy się trzęsły

Choć nie wszystkim – Arturo wolał smakować porannego papierosa…

Delektując się okolicznym krajobrazem górnego Rasmussen

Słynna Estania Vicuna

Senior Ernesto chwilowo porzucił urząd burmistrza i wcisnął się w spodniobuty nad Rio Grande

Mariusz próbujący się dobrać do troci. Na pierwszym planie Misodendrum punctulatum


Szanse by złowić troć były bardzo małe – wolałem skupić się na pstrągach

Klienci Czerwińskiego musieli wiedzieć za co płacą więc gospodarz powtykał znaki z nazwami pool’i. Ten nazywa się Pool Arbolito („drzewko”)

Poniżej Arbolito udało mi się złowić takiego oto karmazynowego pstrążka. Trzeba podkreślić, że większość potokowców z Rio Grande ma taki właśnie, ciekawy, czerwonawy kolor

Oczywiście takie gluty wracały wszystkie, bez wyjątku do wody

Od samochodu przedymaliśmy z Mariuszem w dół rzeki jakieś 5km w linii prostej – zupełnie jakby wierząc, że w końcu dojdziemy do troci, które przytrzymała jakaś bobrowa tama

A Michelle spenetrowaliśmy…hm… na dwa baty;)

To był jeden z dłuższych powrotów do auta

Bliski zagrożenia bekas kordylierski (Gallinago stricklandii) – ileż raz doprowadzały one nas niemal do zawału serca zrywając się z trawy spod samych stóp

I znów ibis maskowy – buszujący w trawach pod naszą Estancją

W końcu chwila odsapu po rybach

Uroki doliny Rasmussen

I sama Rio Rasmussen

No i proza życia wędkarskiego wyjazdu. Niby nic nadzwyczajnego ale jakbym nie znał tej foty i tak bym powiedział, że to z pewnością z Patagonii

Zapadający zmierzch na tego typu wyjazdach musi się kojarzyć z porą na dobrego drinka i…

Najprostsze co można zrobić z rybą – zasypać Vegetą, zawinąć w folię aluminiową i upiec – na żarze, na piecu, w piekarniku – nieważne

A to to już wyższa szkoła jazdy. Szef kuchni – Mariusz Aleksandrowicz przedstawia rybę w w sosie szafranowo-winnym

Było coś dla ciała – teraz coś dla duszy! Widoczny na końcu Drogi Mlecznej tylko z półkuli południowej gwiazdozbiór Krzyża Południa

W odnalezieniu Krzyża pomagają dwie jasne gwiazdy Centaura – α i β Centauri , które wyzierają z między gałęzi drzewa. Nad nimi rozpościera się gwiazdozbiór właściwy:)

Krzyż Południa tworzą:
– alfa Cru – Acrux, odległy o 410 lat świetlnych układ czterech gwiazd widoczny jako jedna gwiazda,
– beta Cru – Mimosa, gwiazda podwójna odległa o 470 lat świetlnych,
– gamma Cru – Gacrux, gwiazda podwójna odległa o 220 lat świetlnych,
– delta Cru – delta Crucis,
– epsilon Cru – najmniejsza gwiazda pomiędzy delta Cru i alfa Cru
Ku przypomnieniu – rok świetlny jest równy odległości jaką pokonuje promień światła słonecznego w próżni w ciągu roku kalendarzowego. Reasumując – cholernie daleko!

A tak Krzyż Południa prezentuje się na fladze Patagonii

No a teraz zapewniam Was – zaraz pocieknie Wam ślinka. Śniadanie!


No i gwóźdź programu – grzanki

Pałaszujemy, bo zaraz na ryby!

Tym razem w drugą stronę – dalej na południe. Drogą przez góry; drogą także dość młodą, bo pięcioletnią

Gdy byliśmy na Ziemi Ognistej poprzednio wojskowi właśnie się zabierali do wysadzania skał itd., a teraz proszę bardzo

Na większych wysokościach znaleźć można tam niezwykłą roślinę Llareta – roślinę o tak zwartej budowie, że nie poddaje się ona pod ciężarem człowieka i wydaje się bardzo twarda. Zagrożona z uwagi na to, że świetnie się pali. Używana jako paliwo do podtrzymania ognia w nocy świetnie spełnia tą rolę

Azorella compacta Phil

W drodze na koniec Świata

Przystanek na foto dobiega końca – zaraz ruszymy dalej


Pierwsze spojrzenie Deseado – nasz strzał w dziesiątkę!

Po dojechaniu na miejsce szybka uzbrojka

Deseado w pełnej krasie



I ryby są!


Chłopaki już młócili zaś ja wraz z Mariuszem postanowiliśmy ruszyć na zatokę, daleko od drogi

Milvago chimango czyli skrzeczka brązowa

Spokojna tafla zdradzała ukształtowanie dna i „skarby” się tam znajdujące

Długo nie czekaliśmy! Po potężnym braniu i natychmiastowym wyskoku naszym oczom ukazał się wygięty w rogal pstrągal. Takiej świecy nie widziałem nigdy! Na bank 1,5m! Coś fantastycznego!

Salmo minnow spisywał się wyśmienicie. Na niezbyt głębokiej wodzie przemykał nad zawadami kusząc pstrągi bardzo skutecznie

Potokowiec 57cm

Mariusz mimo, że bardzo rzadko łowi na coblery po złowieniu przeze mnie drugiej ryby (tęczaka) łowi szybko swojego pierwszego pstrąga z Deseado


Niedługo później znów na minnow’a zapinam kolejnego tęczaka


Brzegiem jeziora podążała gdzieś w nieznane wyraźna ścieżka – nim wróciliśmy do kraju mieliśmy ją przemierzać wielokrotnie

Mariusz znalazł cypel z podwodną groblą – wyglądał z dala jak Pan Jezus na wodzie. Jednego z drugim łączyło łowienie ryb jednakże Mariusz zdał się na Simms’y


Ażżż – ta mordercza mina!

Potokowczyk

Bardzo dobre miejsce. W sumie też mogłoby się nazywać „Arbolito”

Na branie długo nie czekałem. Zgarnął minnow’a z impetem i unikając skoków walczył w toni bądź murował do dna


No ale się udało

Królestwo zieleni. Nawet pstrągi walczące w krystalicznej toni z bliska wydawały się zielonkawe!

Bobry pobudowały w tych okolicach cały system tam na strumieniach, które przelewają się kaskadami z jednego zbiornika do kolejnego

W końcu na płytkim (woda po pas), płaskim blacie gdzie pstrągi stały jak szczupaki łowię największego pstrąga tamtego dnia 64cm!

Jak Nowozelandczyk


Oczywiście w jeziorze pływa dalej. Niedaleko tego drzewa za trzema 15-to centymetrowymi pstrążkami wyskoczył pstrąg, który musiał mieć ponad 80cm! Ależ kaban! Zobaczył mnie, gwałtownie zawrócił i już więcej go nie widziałem. Za dwa tygodnie mieli się z nim spotkać Mariusz z Jasiem. Z nim albo z podobnym kingiem

Po wspólnym spotkaniu przy samochodzie i naradzie ponownie już w pełnym składzie ruszyliśmy do odkrytej zatoki. Tam też Ernest szybko złowił 62 cm potoka

Wielka samica walczyła naprawdę ostro

Zwrócono jej zasłużoną wolność

Kolejny pstrąg stojący pod gałązką. Podobnych widoków było pełno! Większość ryb zauważaliśmy jednak dopiero gdy te spłoszone wypryskiwały wzniecając tumany mułku.

Ernest, przed nim Grzesiu a dalej niewidoczny Andrzej penetrują wody Deseado

I to ze świetnym skutkiem



Wahadło Ernesta z koralikiem osadzonym na brzuszku było bezkonkurencyjne


Patrzyłem jak młóci rybę za rybą a plomby same w zębach się kruszyły;)


No i kolejny kaban!


Porządny samiec, do pary z pierwszą samicą – także 62cm!

Wspaniale wygarbiony! Kolejny „Nowozelandczyk”

W podziękowaniu za podjętą walkę wypuszczenie to mus


Na pocieszenie zapinam coś i ja – tym razem nie na wobka a na longa Adama Kaczmarka


A tu kolejnego ostatnie fikanie przy powierzchni. Zaczerpnął tlenu – zaraz się zmęczy

Ten z kolei na sieknął na Abu Reflex

Grześ to dobry wędkarz, także osiągnięty sukces w jego wykonaniu był tylko kwestią czasu. Muskularnie zbudowany sześćdziesiątak

Grzechu z koksem z Deseado

Po kolejnej zmianie przynęty na wobka szybko doławiam kolejnego potokowczyka

Ernest ciągle wierny swej blasze oczywiście w tym czasie łowi ryb znacznie więcej

Tym razem pstrąg tęczowy

Na zmianę z Grześkowym potokowcem

I do domu…

No i stało się – Andrzej łowi jednego z ładniejszych potokowców jakie widziały moje oczy!

Niby nie najdłuższy bo 57cm, ale jakich 57cm!!!

Po takie kropy jedzie się na koniec Świata!

Grzesiu w świetle niskiego już słońca

Zachodzące słońce jak zawsze kładzie niezwykle plastyczne cienie – najlepsza pora na fotografowanie tak pierwszorzędnych kadrów

Nie wszyscy byli tacy czuli na zmieniające się światło. Amok pstrągowania wyraźnie się unosił pomiędzy nami nad wodą

Pstrągi nie przestawały brać

I kolejny sześćdziesiątak już w podbieraku

Dooobra ryba! Ostatnia tamtego dnia. Do Estancji wracaliśmy zmęczeni ale zachwyceni jak gwizdki!

A tu wschodzące słońce nad Rio Rasmussen

Przed południem mieliśmy się wynieść zatem musieliśmy najpierw posprzątać. Taki oto wynalazek jak ta szczota na kulowej głowicy ważąca przynajmniej 10kg (!) do sprzątania kuchni nadawał się wyśmienicie

Jeep ciągle żłopał niemiłosiernie i musieliśmy podczas przeprawy przez przełęcz dotankować. W końcu zgaśnięcie silnika z braku paliwa podczas stromego zjazdu to nic dobrego. Było ryzyko, że bym nie wyhamował!

Najpierw zlewka do kanistra z lejkiem a chwilę później w bak

Droga wiła się jakby na Trollstigen

W tle kolejny cel naszej podróży – jezioro Fagnano. Z lewej strony kadru widać z jak kruchego łupku skały są tam zbudowane. Dynamit podczas budowy drogi radził sobie z tym pewnie bez trudu

Witamy w Estancja Lago Fagnano

Spać mieliśmy w Estancji nijakiego Germana Genskowsky’ego. Nawet nie wiedzieliśmy, czy to tu. Nigdzie żywej duszy. Jedynie w stodole ubite… bobry!

Jak się miało okazać Senior German ma spory problem z tymi stworzeniami na strumieniach przepływających przez Jego posiadłość (niebagatelna 300ha!). Zakłada potrzaski i je po prostu wyłapuje


Na szczęście gospodarz się znalazł i pokazał chatę, w której mieliśmy się rozgościć na resztę dni naszego pobytu na Ziemi Ognistej

Nieopodal chaty płynął strumień pełen pstrągowego plemienia (potokowce, tęczaki i źródlaki)

A że nie samymi rybami człowiek żyje poprosiliśmy Senor Germana o trochę owczego mięsa

Jak nic „dziewięćdziesiątak”!;)

Chata pod drzewami Coihue

I już w środku. Elegancja Francja!

Chatę Genskowsky postawił sam, własnymi rękoma. Nazwisko dobrze sugeruje, że nasz gospodarz ma korzenie Polskie. W 1880 roku Jego pradziadek uciekł z Polski do Buenos Aires i dalej do Punta Arenas, hajtnął się a Jego syn (dziadek Germana) kupił ziemie należące do dzisiejszej Estancji Lago Fagnano. Co miało tak długie macki, że dziadek Germana musiał uciekać i to tak daleko? Uciekał przed… żoną!:)

Jedna z naszych trzech sypialni. Jeszcze takich warunkach na rybach chyba nie mieliśmy – aż dziwnie;)

Jak wszystkie kuchnie patagońskich Estancji tak i ta opalana jest żeliwnym piecem z XIX wieku. Tu akurat doskonały przykład pracy świetnej szkockiej firmy Columbian Stove Works

W salonie młodsze cuda ale wcale nie gorsze

Dwóch przyjaciół z Szarotki Uherce Mineralne:)

Cousino Macul – znów Don Luis – dobry, choć Don Matias wyraźnie lepszy

Oczywiście w gronie mieliśmy też enologów specjalizujących się w winach białych;)

Estancja Lago Fagnano znajduje się w odległości 7km od wypływu Rio Azopardo z Fagnano. Niestety prowadzi tam tylko droga wojskowa i potrzebne są specjalne przepustki. Oczywiście droga dopiero niedawno zaistniała na półce wysadzanej dynamitem.

Doświadczeni kontaktami z wojskiem w Rosji i w Mongolii wiedzieliśmy jak z nimi rozmawiać. Dwie butelki wina z górnego zdjęcia otworzyło nam rzekę na… zawsze! Niestety – szkoda było wódki…

Azopardo – przez pewne wydawnictwa określana jako jedno z 50 miejsc, w których trzeba połowić nim się umrze. Już możecie sobie podarować. Piękna niesłychanie – to prawda, niestety jak to nierzadko bywa z takimi ślicznotkami – pusta totalnie. Niewiarygodne ale przez kilka godzin złowiłem tam krótkiego tęczaka i krótkiego potokowca. Dodam, że mi poszło najlepiej z całej grupy. Ale ja to już tak mam – może być niedobra, poniewierająca, przy tym pusta niesłychanie a jak ładna to zakochany jestem niesłychanie;)

Wracamy do Estancji brzegiem Fagnano. Ogromne jezioro o długości ponad stu kilometrów leży na pograniczu Chile i Argentyny. Jedną z hipotez braku ryb w Rio Azopardo to zjawisko obserwowane od ok. 7-8lat. Każdego roku podczas ciągu troci bądź chinook’a kolonizujące w ujściu Azopardo uchatki ruszają tą górską rzeką z łososiem w górę aż do Fagnanu i dalej do Argentyny! To dopiero musi być widok!

Lengi osiągające w starych lasach 40m wysokości tu stworzyły formę karłowatą – nazywa się ona „krummholz” i niemal przypomina drzewka bonsai

Kolejne impresje Kordyliery Darwina w zachodzącym słońcu

A o poranku – na śniadanie racuchy z jabłkami. Do tego 3 rodzaje konfitur, karmel, czekolada i oczywiście syrop klonowy

Kiedy wszyscy rozkoszowali się smakiem Ernest łupił na jeziorze źródlaki. Przyszedł do domku z jednym a wówczas reszcie pociekła ślinka na rybkę

Salvelinus Fontinalis – Najrzadziej spotykany u nas ze „świętej trójcy” pstrągali. Pstrąg źródlany

No i znów piękna Azopardo. Po wspólnej wieczornej naradzie przy winach czerwonych i białych stwierdziliśmy, że trzeba uderzyć jak najdalej od drogi. Może wojskowi wyrządzili jakąś krzywdę rzece – nie możliwe żeby była aż tak „wygolona”.

Postanowiliśmy ruszyć starym, górskim szlakiem w dół rzeki, min. 2 godziny piechotą i tam łowić

Niestety drugą stroną rzeki, niczym rana w krajobrazie podążała droga prowadząca do ujścia do dawnego portu Maria Caleta (teraz ruina – nic tam nie przybija)

Rzeka oczarowywała

Tuż przy szlaku znajdowaliśmy cierniste krzewy jagód calafate (Berberis buxifolia) – w smaku bardzo podobne do naszych jagód, choć znacznie silniej przytwierdzone do łodyżek i pełne twardszych pestek

Każdego roku, ostatniego tygodnia marca zaczyna się tu ciąg chinook’a. Byliśmy dobrze przed czasem

Spacer męczący ale widoki wynagradzały wszystko – im dalej tym częściej przysiadaliśmy by pomedytować, podzielić się wrażeniami

Błękitnooka Azopardo co rusz zalotnie puszczała do nas oko spod zielonej woalki leng

Szlak budował ojciec Germana, kiedy syn podrósł pomógł mu go ukończyć

Nie uwierzycie ale ten traktor, który stał pod domem Germana został przeniesiony tym właśnie szlakiem 20km z Caleta Maria do Estancji w częściach!

Z góry patrzyliśmy i jeszcze się łudziliśmy, że z tej dziewczyny coś się wyciśnie, że jeszcze się rozkręci i może wspólnie przeżyjemy jakieś chwile uniesienia;)

Momentami nie było łatwo…

Ale cały czas pięknie! Wodospady lejące się z gór, z hukiem podążały zasilić wody pięknej Azo. Skradliśmy im kilka łyków. To górskie pasmo nazywa się „Sierra Dientes del Dragon” czyli „Zęby diabła”

Ponad dwie godziny dymania i zaczynamy łowić


I jak tu się w niej nie zakochać – choć chłoodnaaaaa…

Uciąg miała tak mocny, że poza wobkami wszystko inne nurt wynosił na powierzchnię. Znów z całej ekipy chyba tylko ja miałem branie. Wróciliśmy na tarczy. Nogi mieliśmy w tyłkach, języki na brodach.

Kolejnego dnia dla zagojenia ran potrzebowaliśmy czegoś innego. Ja konkretnie potrzebowałem przerzucić trochę źródlaków. Co prawda nie były tak wielkie jak niegdyś ktoś połowił na Unieści ale wystarczyły




Niestety, jak to zwykle bywa w końcu i czterdziestaki przestają cieszyć (większe oczywiście były ale to Profesory przez duże „P”) a że dzień długi trzeba było coś zrobić. Co? Deseado!

Nasza perełka nie mogła zawieść! Jakby wszystkie wody Patagonii zamienić w kobiety – z tą by trzeba było się ożenić:) Andrzej w tamtej chwili z pewnością był podobnego zdania.

I oczywiście wypuszczano. Na kolację mięsiwo a do tego dwa moje źródlaki w sosie sojowym z Fagnano. Skupiliśmy się na łowieniu i wypuszczaniu







Blacha nr 1 na dorady w Boliwii działała podobnie na tęczaki w Chile. Made by Adam Kaczmarek


Kiedy my przerzucaliśmy ryby na Deseado, Mariusz został nad Fagnano i złowił chyba najładniejszą rybę wyprawy! Troć jeziorowa 70cm

Stał w ujściu tego strumienia do Fagnano, nieco dalej od brzegu, gdzie wody już się dobrze mieszały. Za plecami usłyszał chlupot. Spojrzał z niedowierzaniem za siebie a nadzieja kazała wykonać rzut. Przynęta wpadła, jeden obrót korbką i… jazda nie z tej Ziemi!

Jak jakiś czas później wspólnie stwierdziliśmy – żeby mieć sukcesy wędkarskie w pstrągowaniu trzeba mieć wiarę i naiwność dziecka. Jeśli ktoś tak łowi, rzuca w miejsca nieprawdopodobne, zbyt pięknie by mogło być to prawdziwe i wówczas się łowi i to najpiękniej na świecie!

No i sprawca całości – samiec Salmo trutta m. lacustris z nieprzeciętnie wielkimi, czarnymi plamkami

Ryba doskonała!

A że dzień był pełen wrażeń było o czym gadać

Na specjalną okazję mieliśmy coś specjalnego –Rum Abuelo – ileż to nocy rozświetlił ten trunek mi i Szerszeniowi gdy kiblowaliśmy w głębokiej dżungli Boliwii! Doskonały!

Nawet córka Germana, która odwiedziła nas wieczorem była tego samego zdania!:P

He He – znowu Was w konia robię!;) Niestety była ona tylko wymysłem naszej wyobraźni – choć i ta, jak widać na zamieszczonym poniżej prześwietleniu jest u nas raczej monotematyczna;)

Poranek obudził nas wietrzny

Fagnano w całej krasie

Niestety tęczaczki łowiliśmy tylko takie. Ajjj… ostatnio do czynienia z tak wysrebrzonymi steelhead’ami miałem na Kamczatce – ciekawe kiedy znów będzie mi dane ją zobaczyć. A może jest ktoś chętny? Mariusz w tym roku rusza. Wiecie, co macie robić – zakładka „kontakty” i… jechać!:)

Oj Grzesiu – wiem, że kiedyś i Ty ruszysz z nami na tą Kamczatkę:)

W głąb lasu, nieco dalej od jeziora wiatr cichł zupełnie. Na jednym ze strumieni, pełnym źródlaczego narybku znalazłem takie oto bobrowe tamy

Para perkozów olbrzymich (Podiceps major), na zdjęciu podgatunek navasi. Największe perkozy na świecie. Są tak duże, że skutecznie konkurują z kormoranami. Potrafią na raz połknąć pół kraba królewskiego i zaatakować pisklaki kurek wodnych!

Lago Fagnano – jezioro na końcu świata

Ileż razy jeszcze mieliśmy odwiedzić to miejsce z jakże innym skutkiem. Tamtego dnia poza kilkoma niewielkimi tęczakami złowionymi przez grupę tylko Artur dziabnął trotkę 67cm!

Impresje znad Fagnano



I rybka w cieście i sosie cebulowym…

…której znów nie mógł się oprzeć lis. Tym razem jednak to rzadszy i większy, przypominający nieco wymarłego wilka patagońskiego – Culpeo (Lycalopex culpaens)

Culpeo potrafi zaatakować owcę, czy nawet młode guanako, najczęściej jednak żywi się zającami

Kolejny srebrny tęczak – waleczne serce ale szkoda, że nie w piersi Goliata

Były to ostatnie chwile wędkowania podczas tej wyprawy. Magelanki na ołowianym niebie siłujące się z wiatrem dodały tylko całości melancholii. Zaniepokojony zdrowiem mamy, którą czekał w Polsce zabieg usiłowałem znaleźć spokój w samotności. Pomogło – tylko na chwilę.

Księżyc nad jednym z Zębów diabła

Tu prawdziwy kieł diabła

Nasza chata jakby miała dach z piernika świetnie nadawałaby się do ekranizacji Grimmowskiego „Jasia i Małgosi”


Artur już od paru dni tęsknił za żoną i dziećmi. Tego dnia też wyraźnie szukał samotności, wręcz nie mógł sobie znaleźć miejsca!

Ostatniego dnia nad Fagnano, podczas trzyosobowej współpracy (Leon, Mariusz i ja) przy szykowaniu śniadania wymyśliliśmy genialne hasło dla firmy Bungee Jumping: „Nawet naleśnik musi raz w życiu polecieć!” Copyright: Rafal Slowikowski;)

Odwrót czas zacząć


Fagnano jednak tak nas polubiło, że postanowiło zbyt szybko nas nie wypuszczać. Wysadzana dynamitem droga pełna jest takich oto ostrych, nienaturalnych kształtów łupków i taki właśnie jeden drań rozpruł nam oponę! Na szczęście udało się ją naprawić.

Kolejne magelanki

Podobnie jak niektóre białasy gustują w murzynkach, tak ten gąsior Magelanki zmiennej coś widział w samicach Magelanek siwogłowych

Flamingi chilijskie (Phoenicopterus chilensis) – z tymi żółtymi oczyma nie przypadły mi zbytnio do gustu. Ptak kosmita – szczególnie jak rozpędza się przed lotem wygląda wyjątkowo pokracznie. Łatwo je odróżnić od pozostałych gatunków flamingów (f.karmazynowych, amerykańskich, karaibskich, czerwonaków i czerwonaków różowych) po różowych kolanach.

Dzioby tych ptaków zaopatrzone są w grzebieniaste struktury, pozwalające filtrować wodę w poszukiwaniu glonów i planktonu w estuariach, lagunach, na mokradłach i w słonych jeziorach

Zając z Patagonii. Może to akurat ten natchnął Lanzmanna do napisania autobiografii o tym właśnie tytule. Pisał on „Kocham życie do szaleństwa” – my też! Na wyprawie:)

Seno Otway to miejsce gdzie chyba najłatwiej można spotkać pingwiny magellańskie (Spheniscus magellanicus). Na zdjęciu widać jak dziób pingwina jest doskonale uzbrojony by łowić ryby

W ciągu dnia średnio 8,5h spędzają na łowach.

Kolonię pingwinów z Seno Otway ocenia się na ponad 10 000 osobników. Niestety trafiliśmy słabo bo już rozpoczęły migrację na zimowiska, wrócą tu dopiero we wrześniu.


Takie niepozorne a potrafią nurkować na ponad 77m i pod wodą spędzić nawet 2,5min!


Struś nandu. Dokładnie Nandu Plamisty inaczej zwany Nandu Darwina (Pterocnemia pennata)

Wybitnie poligamiczne. Samce łączą się z 6-15 samicami i potrafią takich haremów bronić wyjątkowo agresywnie. Podczas biegu osiągają łatwo ponad 40km/h a długie skrzydła wykorzystają do nagłych zmian kierunku.

Wyróżnia się 3 podgatunki nandu plamistego, z których jeden zasiedla wyżyny Andów nawet do wysokości 5000 m n.p.m. !!! Najlepsze materiały do steelheadowych much wytwarzane są właśnie z piór nandu!

Kurczak! Po zniesieniu jaj (15-30szt.) przez samicę ich inkubacją jak i późniejszym wychowaniem młodych zajmuje się tylko i wyłącznie samiec. Takie zadośćuczynienie za wcześniejsze skoki w bok;)

Pomnik strażaka w Punta Arenas. Oczywiście jak przystało na Amerykę Południową nie mógł ilustrować macho wynoszącego z pożaru dzieci czy choćby małego kotka – obnażona niewiasta to mus w tej kulturze!;)

I nagła zmiana klimatu. Cmentarz…

Cmentarz w Punta Arenas – jedna z najsłynniejszych i jednocześnie najpiękniejszych nekropolii świata. Przez niektórych bardziej ceniona niż choćby Recoleta w Buenos Aires.

Grobowiec rodziny Behety – Menendez i samego Jose Menendez’a – największego Estancjonera Ziemi Ognistej. Był on założycielem wielu wybitnych Estancji, m.in. Ea. San Gregorio pod Punta Arenas czy Ea. Jose Menendez pod Rio Grande w Argentynie



Nagrobki „szarych” ludzi – na tablicach nagrobkowych najwięcej nazwisk jugosłowiańskich, włoskich, czy niemieckich, choć znaleźliśmy tu i grobowiec rodziny Tatarczuk. Tu spoczywają też rodzice Senior German’a Genskowsky’ego



Rozpieszczeni atmosferą wyjazdu wybitnie utwierdzeni, że życie jest piękne opuszczaliśmy to miejsce z minorowymi nastrojami

Rozpogodziliśmy się dopiero pod słynnym Club de la Union – niegdysiejszym klubie dla dżentelmenów prowadzonym przez Sarę Braun.

Sara Braun – żydówka polskiego pochodzenia przybyła tu z Rosji jako businesswoman. Prowadziła przybytek uciech. Z Europy zabrała kilka najbardziej utalentowanych pracownic. Dziewczyny znały takie sztuczki, że rozkręcany klubik stał się mekką także dla panów z wyższych sfer. Wkrótce Sara wyszła za nijakiego Jose Nogueira – jednego z pionierów hodujących owce na Ziemi Ognistej. Niedługo po tym jak prowincja Magellanes przyznała Jose’mu 1 milion hektarów (!) Sara została wdową. Wówczas bardzo bogatą wdową – jeszcze piękną i ciągle niezwykle przedsiębiorczą. W 1895r Sara Braun ukończyła budowę tego pałacyku, którego projekt za życia zamówił jej małżonek u francuskiego architekta – Numa Mayer’a. Wszystkie materiały, większość mebli i zdobień zostało sprowadzonych z Europy.

Podobizna Sary Braun ciągle zachęca do wstąpienia. Przestraszeni cenami daliśmy ciała bo wnętrza są po prostu wspaniałe!

Poszliśmy sobie dalej przez Plaza de Armas

A co to takiego?

Pomnik Ferdynanda Magellana – odkrywcy tych stron

Patagonia – piękna kraina z cyckiem w tle;)

Pod Club Militar de Oficiales

No i La Luna – jedna z najlepszych nam znanych knajp!

Zachęcam wszystkich, jak tylko kiedykolwiek będziecie w Punta Arenas stołujcie się tylko tam – krewetki, kraby królewskie zapiekane w serze, czy nawet steki mają tam najlepsze na świecie!

Ależ to żarcie tam mają dobre! Pamiętajcie – La Luna!

Zastanawialiśmy się jak też kelnerki sięgają po butelki z górnych półek – oto rozwiązanie!

Ostatnie spojrzenie na Club de la Union

W wyjeździe udział wzięli (od lewej):
Leon Bojarczuk (klęczący), Andrzej Biernacki, Ernest Nowak, Rafał Słowikowski, Mariusz Aleksandrowicz, Grzegorz Wojtaszek i Artiur, który niestety nie załapał się do zdjęcia

Jeśli Patagonia zainteresowała Was to zachęcam do przeczytania kolejnej relacji, opowiadającej jak wyglądały pozostałe 3 tygodnie spędzone w Chile. A jeśli i te się Wam spodobają na tyle by chcieć tam pojechać i przeżyć podobne chwile do przedstawionych powyżej zachęcam do kliknięcia zakładki „KONTAKT” i do napisania do nas. Z pewnością będziemy chcieli wkrótce tam wrócić.

Jeśli macie jakieś pytania albo jesteście pięknymi, zmysłowymi kobietami możecie też dzwonić:
Rafał Słowikowski tel. kom. +48 501 762 321
lub
Mariusz Aleksandrowicz tel. kom. +48 664 141 277 – tu lepiej, żeby babki nie dzwoniły, chyba że chcą poznać Magdusię:)

Tekst i opracowanie: Rafał Słowikowski

Zdjęcia: Andrzej Biernacki, Leon Bojarczuk, Ernest Nowak, Grzegorz Wojtaszek, Rafał Słowikowski i Artiur