Staroindyjski epos Purena mówi „I przez sto boskich lat nie mógłbym opowiedzieć wam wspaniałości Himalajów…”, dlatego opowiem tylko przygodę z kanioniu szmaragdowej rzeki, kanioniu zamieszkałego przez dzikie koty.

CIĄG DALSZY RELACJI

Kolejny poranek, kolejna pobudka. Tfu! Kolejne południe, kolejna pobudka;)

Ponieważ drugi ponton, poprzedniego dnia nic nie połowił jeszcze rano Mariusz postanowił z Piotrkiem cofnąć się pieszo w górę rzeki obłowić kilka nietkniętych miejsc.

Opłaciło się dymać po górkach i krzakach pełnych monstrualnych, największych na świecie pajęczyn.

Niedługo potem Piotr nie mógł być dłużej „gorszy”.

Łowienie wciąż nie było łatwe. Należało posyłać ciężką przynętę (np. gnoma nr 3 o wadze 48g) pod przeciwny brzeg, na otwartym kabłąku pozwolić przynęcie na opad w pobliże dna i powoli zwijać.

I to by było na tyle. Potem kopnięcie w kij i długa ucieczka na hamulcu. Nie ma co próbować ryby w tej pierwszej ucieczce na siłę zatrzymywać. Gdy się zmęczy sama stanie. Potem trzeba ją wypompować a walka przypomina przeciąganie liny – bez żadnych wyskoków.

Jeszcze tylko podebranie.

I już można przed aparatem chełpić się w swej próżności;)

Chwilę później łowi się kolejnego metrusa dokładnie tak samo jak wszystkie poprzednie.

Ryba walczyła dzielnie, dając łowcy wiele świetnych emocji…

i też właśnie dlatego należy jej się wolność.

Oso w trakcie połowów zawsze „instaluje się na ambonce” skąd może beztrosko podziwiać zmagania z kolejnymi lochami. Kto wie ilu płetwiastym potworom ta szmaragdowa woda jest domem?

Ja po jednej stronie rzeki, Piotrek w tym czasie ciągnie po drugiej stronie.

Mahseer’y nie poddają się właściwie do wyjęcia z wody.

W rękach dają się już jednak grzecznie obmyć z błota…

i cierpliwie pozują.

Potem Piotr sięga prosto po kolejną.

Zaklinacz ryb. Skubany jest skuteczny jak mało kto. Jeśli ktoś sobie nie radzi, radzę uważniej obserwować takich ludzi i robić to co oni. Rezultaty przyjdą szybko same.

W objęciach kamiennego raju – w środku kociego kanionu.

Z pontonu wygląda to zupełnie inaczej. Mniej cukierkowo, prawdziwiej. Środek akcji.

Zacne miejsce – jedno z rybniejszych na rzece. Po przeciwnej stronie, tzw. plaża jaszczurki. Tam też dojrzycie grupkę wędkarzy. Nim opuścili oni to miejsce wydarzyło się wiele i padło całkowicie nowe światło na zacienione i tajemnicze łowienie mahseer.

Mariusz zapiął rybę, która zaraz go przegoni po kamieniach, które na zdjęciu ma przed sobą.

Olbrzym ze zranionym ogonem w rękach szczęśliwego łowcy.

Chwilę później Sławek zapiął podwodną lokomotywę. Najmocniejsze kije na światowym rynku wyginają się przy takich kalibrach do samej rękojeści.

Jedynie słuszny sposób mierzenia. Równe 120cm! Ufff…

Jeszcze tylko opłukać z błota, dotlenić…

Największa! (Z plaży jaszczurki; szczęśliwcy nie wiedzieli co dzieje się na drugim pontonie:) ) Nie ma co – mało który europejczyk może się pochwalić takim wynikiem. A przecież wcale o to nie chodzi. Najważniejsza przygoda! Mimo, że na oczach przyjaciół – bardzo osobista. Z pewnością jej wspomnienie nie raz i nie dwa urozmaici chwilę samotności.

Złoty król wraca na tron.

Chwilę później Mariusz poprawia kolejną rybą. Miejsce to samo co z poprzednią ale choćby po ogonie zobaczycie, że to inna ryba.

Później była chwila przerwy. Ryby jakby odsunęły się pod przeciwny brzeg. Po pół godzinie wszystko wróciło do normy. Piotr niestety stracił dwie bardzo duże ryby, które przetarły nieszczęsną plecionkę. Kolejna złowiona ryba nie była w stanie zmazać z twarzy wnerwionego wędkarza grymasu złości.

Oczywiście wielkołuski przeciwnik został wypuszczony.

We wszystkie ryby dziwnie spokojne po wyciągnięciu z wody wstępował na nowo demon gdy tylko poczuły, że zwraca im się wolność. Zawistnym ruchem ogona zawsze prezentowały wędkarzowi zimny prysznic. Zupełnie jakby chciały go obudzić, udowodnić że to nie senne marzenie a prawda. Prawda, która w tym momencie stawała się już wspomnieniem.

Później nastąpiła znów chwila przerwy – akurat by podzielić się z kolegami (i koleżanką) wrażeniami i na pożegnanie plaży jaszczurki – bach! Oczywiście nie kto inny jak Piotrek wyciąga kolejną rybę.

Dziesięć kilogramów w rękach, dziesięć kilogramów szczęścia na sercu, dziesięć kilogramów błota na pysku;)

W czasie gdy chłopaki zaczynali żniwa na El dorado plaży jaszczurki ja doszedłem do Tomka, który pognał w dół za zakręt na przeciwnym brzegu. Zdążył zapiąć i właśnie holował żółto ogoniastego, himalajskiego potwora.

Po niemal półgodzinnym „przeciąganiu liny” w końcu mógł go dotknąć, opłukać.

Taka mahseer’a musi ważyć dobrze ponad 20kg!

125cm sahar. Dziwne, bo zaraz po braniu, jako jedyna dotąd ryba wywaliła się na powierzchni, dopiero potem rozpoczęła opętańczą, najgorszą bo pierwszą ucieczkę.

Największa ryba wyprawy na Bag w 2011 roku właśnie wraca do wody.

Po sesji fotograficznej, wiedząc że gdy jest jedna to musi być ich więcej posłałem klasycznie gnoma w dół rzeki pod przeciwny brzeg, odczekałem 10 sekund z otwartym kabłąkiem. Blacha opadła, kilka obrotów korbką i po podwójnym targnięciu ogromny żółty ogon znów w fontannie rozdarł płynną powierzchnię szmaragdowej zatoki. Co za widok! Żałujcie, że nie mogliście być tego świadkami.

Jak zwykle, mimo wyczerpującej kilkunastominutowej walce pod koniec holu jest największa jazda. Najczęściej sobie pomagamy, tak było i tym razem. Dzięki Tomku.

Jeszcze tylko wyciągnąć przynętę z pyska ryby. Mahseer’y nie mają jakichś specjalnie kaleczących zębów za to jak każda brzana mają tzw. zęby gardłowe służące im do miażdżenia muszli mięczaków bądź pancerzy skorupiaków. Najważniejsze by nie wsadzić łapki za głęboko. Na zdjęciu za głęboko jeszcze nie było.

120cm himalajskiej brzany. W porze zmierzchu tajmieni mahseer’y to świetna alternatywa.

Zupełnie jak karp. Tu możecie jednak zobaczyć jak te ryby są zbudowane – to nie spłaszczone pajary. Najprawdziwsi strong-men’i ichtiologicznego świata.

Magiczna granica 120cm osiągnięta! Najchętniej popłynąłbym z nią do jej królestwa!

A wszystko się wydarzyło kilkanaście metrów wyżej od tych warkoczy. Patrząc dalej, w dół rzeki, poniżej pierwszego bystrza miałem przeżyć swoje dwa najlepsze hole tego wyjazdu.

Po opuszczeniu pontonu mieliśmy z Szerszeniem po braniu. Rzadka to okoliczność by mahseer’a się nie zapina ale jednak się zdarza. Po tym się rozdzieliliśmy – Szerszeń w dół, ja w górę. W końcu przepłynięcie pontonem nad rybami nic nie robi. Doszedłem do podwodnego kamienia, który był na tyle wielki by go w pełnym słońcu widzieć a jednocześnie był na tyle głęboko, że odbity nurt ledwo zakłócał równy ruch powierzchni. Posłałem blachę za kamień, nieco w górę, tak by poprowadzić przynętę tuż za jego krawędzią. Gdy tylko blacha zatańczyła w cieniu prądowym za skałą, zobaczyłem jak wielki złoty pysk podnosi się i pochłania znów gnoma wraz z zassaną wodą.

Miejsce było usiane wielkimi skałami, więc nie mogąc się zbytnio certolić dokręciłem hamulec i cała walka rozegrała się właściwie na krótkim dyszlu. Błoto chlapało na lewo i prawo.

Jedno zdjęcie i po chwili ku wszystkich zaskoczeniu ryba wyrywa się i odpływa w kierunku kamienia, za którym wzięła. A płyń!

Nie uwierzycie ale dokładnie w następnym rzucie kilkanaście metrów dalej zapinam kolejną rybę! (W tle, za mną, nieco na prawo zobaczycie kamień za którym wzięła poprzednia ryba)

Ta, niczym francuski TGV pognała najpierw w dół przez labirynt podwodnych skał. Widziałem tylko jak żyłka odbija to w lewo to w prawo – ryba omijała głazy jak w jakimś narciarskim slalomie! Nie zastanawiając się dłużej ruszyłem za nią, skacząc po skałach wielkości cinquecento. Szczęka sama mi się zaciskała i od lądowań na twardym podłożu i od lęku, że po chwili usłyszę brzdęk przetartej żyłki. W końcu ryba stanęła! Uff… Po chwili… O nie! Ruszyła tą samą drogą tylko pod prąd. TGV dopiero się rozgrzewał!

To była wspaniała walka! Za coś takiego ryba powinna żyć a ja namówiony przez Nepalczyków ją zberetowałem. Żałowałem tego do późnego wieczora, dopóki nie podano kolacji. Mimo to żal gdy sobie pomyślę, że tej ryby już nie ma. Podobnie jak jej bliźniacza siostra z tego miejsca miała równe 105cm. Z żyłki schodziły obierki skręcone niczym świńskie ogony – plecionka z pewnością tego by nie wytrzymała.

Bag niczym zjawiskowa modelka na wybiegu kanionu właśnie się chwaliła swą szmaragdową kreacją.

Tam daleko, samotnie na skale Piotrek stoczył ostatnią walkę. Ja w tym czasie chlapałem się w rzece niemal sto metrów niżej aż tu nagle niczym jakiś krokodyl zawirowało w wodzie ogromne, złote cielsko. Wyskoczyłem jak oparzony a w tej samej chwili dało się słyszeć siarczyste przekleństwo w górze. Właśnie przetarła plecionkę. Myślę, że ryba znów mogła mieć półtora metra!

Nim jednak nastał wieczór, Szerszeń by tradycji stało się zadość wyholował dziwadło. Właściwie z każdej wyprawy wyławia coś w tym stylu. Jeśli nie idealnie zachowany szkielet szczupaka zaczepiony za pysk to suma w jeziorze pełnym tylko szczupaków, okoni i jazi. Jeśli nie drgający, jeszcze żywy świeżo obgryziony łeb mniejszej dorado pożartej przez większą to… trampek!

Hol raczej nie należał do emocjonujących. Obeszło się bez świec czy murowania do dna. Liczy się jednak rezultat. Wygrał wędkarz!;) Nie była to jednak największa sensacja tego dnia. Nic nie przebije ryby holowanej przez Piotrka i Rafała. Żeby było ciekawiej – oboje stali na przeciwnych brzegach rzeki i oboje holowali tą samą rybę, mającą obie ich blachy zahaczone w pysku. Rybę wyciągnął Piotrek i została zapisana „na jego konto” ale jak do tego doszło – nikt z nas nie wie! Grube jaja!

Szto tam kuszacie ribiata?

Frytki, makaron i mahseer w sosie pomidorowo – cebulowym a także w panierce z głębokiego oleju. Palce lizać! Coś wspaniałego! Sukman, który pełnił honory kucharza spisał się na medal!

To brzeg nepalskiej rzeki czy lada sklepu wędkarskiego? Raczej monotematycznie – 8 spinningów, 8 gnomów.

Oczywiście samotny namiot Państwa Bobula, jak przystało na młode małżeństwo zawsze był rozbijany nieco dalej od reszty grupy. Sławek potrafi chrapać!:P

„Kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje” choćby takie oto widoki. Z tym porannym wstawaniem jednak nie ma co za bardzo się wygłupiać.

Mało w swoich podróżach spotykałem tak uroczych do obozowania miejsc jak w kanionie Bag’u.

Szmaragdowa w cieniu rzeka, rozświetlona słońcem zmieniała się w mętny ale wyraźnie błękitny, wręcz turkusowy kolor.

Jeśli ktoś ma serce i wiarę, chęć modlitwy w takim miejscu przychodzi sama z nikąd. Ciekawe ile tu pod wodą czai się wielkich ryb.

Łuska z metrowej ryby. Nie wiem ile musiały mieć te przerabiane przez Angoli na karty do brydża.

Ciemny tygrys błękitny (Tirumala septentrionis)

Dziwadło z jednej z naszych toreb.

Microcentrum retinerve – doskonały przykład mimezji (nie mylić z mimikrą) – czyli udawania źdźbła trawy, kory, uschniętego pnia lub liścia, plamy mchu na skale itp. Umiejętność „znikania” wśród liści, lub wtapiania się w tło, to często jedyna szansa na przeżycie w świecie zwierząt.

Ruszamy dalej – to już ostatnie rzuty. Wkrótce opuścimy gościnny koci kanion i wypłyniemy na rozległe, mocno zaludnione równiny Taraju, a tam uganianie za mahseer’ami to jak szukanie igły w stogu siana.

Sami nie wierzyliśmy, że nikt w takim miejscu nie miał ani brania.

Bag mimo, że mocno rozlana i mało czytelna wciąż odkrywała nowe, niezwykle urocze oblicza.

Co ciekawe – woda z wodospadu była znacznie cieplejsza od wody w rzece. Dziwnie to zabrzmi, szczególnie jeśli wyrwać z kontekstu ale jakże przyjemnie było się tak zmoczyć;)

Milano też nie odmówił sobie tej kąpieli.

To już ostatnie spojrzenie na koci kanion. Cóż za miejsce!

Taki Sławek to miał dobrze – jako jedyny zadbał by mieć w takich miejscach obok siebie ukochaną.

Nie ma chyba lepszego i przyjemniejszego miejsca spośród wszystkich destynacji jakie dotąd odwiedziliśmy na zabranie ukochanej niż Nepal i spływ rzeką Bag.


Księżyc w pełni jakby zazdrosny o starania Nepalczyków, rozstawiających świece na plażach wciąż świecił jasno. Swobodnie można było się poruszać bez żadnych latarek. Srebrne drobinki w piasku wciąż urzekały.

Wieczorne zasiadki przy ognisku, beztroskie i wesołe bądź poważne i mądre rozmowy na długo zostaną w pamięci. Szkoda, że czytające to kobiety nie mogły usłyszeć Senegalskiej pieśni zaśpiewanej przez Ewę.

Substancje płynne, tudzież lotne dopełniały całości czaru wieczora.

O poranku obudziła nas jakaś piękna muzyka. Przez moment wydawało się, że to najpiękniejszy kac w moim życiu!;) Tak naprawdę do obozu przyszedł mały chłopczyk, który niczym włóczykij grał na wystruganym fleciku. Coś pięknego! Dźwięki muzyki wydawały się rozwiewać nawet wszechobecną mgłę.

Chwilę później, nie wiedząc skąd pojawiła się Nepalka ze swoją uroczą córeczką.

Dwie dziewczynki, które przyszły nabrać wody też zachwycały. Zacząłem podejrzewać, że może jeszcze trochę mi brakuje do trzeźwości umysłu.

Przyszłe piękności doliny Bag.


Ewa była nie mniej zauroczona.

Spotkanie z egzotyczną kulturą zawsze jest czymś ciekawym. Szczególnie dzieci są bardzo wdzięczne choćby w fotografii. Oczywiście bardzo ochoczo oglądają rezultaty pracy migawki.


Mała czarownica…

I mała dobra wróżka.

Dzień wcześniej okoliczni wieśniacy zarżnęli nam kozę. Przyrządzona oczywiście była przesmaczna ale jak to koza – żylasta i twarda niemiłosiernie. Pamiętajcie – kozina czy to w Mongolii, Rosji, czy w Nepalu do jedzenia się specjalnie nie nadaje. Z ciekawości ruszyliśmy obejrzeć jak Nepalczycy na wsi mieszkają.

To zdjęcie cyknął Szerszeń a mnie gdy je zobaczyłem zamurowało. Gra światła jest genialna, temat portretu niebanalny – super!

Oczywiście dzieci po rozdaniu cukierków nie odstępowały nas na krok.

Kolejny, jakże bliski sercu każdego z uczestników wyprawy obóz.

Mały i duży nad brzegiem rzeki Bag.

Zbliżamy się do 4+

Za chwilę wyrzuci mnie z pontonu (wkrótce dodam resztę zdjęć, póki co zmęczony czekaniem na ich otrzymanie zdecydowałem się relacje wrzucić na stronę. Zbyt wielu na nią zbyt długo czekało). Tamtego dnia największą mahseer’ę złowił Sukman. 182cm!;) Rzutkę rzucił mi z kilkunastu metrów pod sam nos. Jeszcze nigdy nikt mnie nie wtargał na ponton tak sprawnie. Jak szmacianą lalkę.

Skołatane nerwy miały mi uspokoić dziewczyny, a przynajmniej ich widok…

… tudzież widoki krajobrazu wokół.

Safety kayak prowadził nas dzielnie. Miał tu jednak znacznie mniej roboty niż u góry, w kanionie.

Piaskowe osuwiska dopiero miały zacząć zachwycać.

Przerwa na kolejny lunch. Niektórzy, znudzeni wiosłowaniem mieli już dość. Mnie jednak te ostatnie dni spływu niezwykle odprężyły. Schowane już w tuby wędki działały jak magiczne różdżki. Koniec z wędkarską presją.

Płyniesz sobie po cichu a świat chwali się swoim bogactwem przesuwając się przed Twoimi oczyma. Trzeba tylko uważać na wiry na zakrętach. Te przeoczone potrafiły nieźle przytopić ponton, próbując go zassać pod wodę. Szokującym nie raz wydał się krzyk Oso przerywający sielankową ciszę nagłym „do psodu, do psssodu!!!”

Piaskowa twierdza strzegąca brzegów Bag.

Kolejny postój na obóz…

…i od razu, jakby spod ziemi kolejne dzieci.

Tu to były jednak prawdziwe modelki;)

Dziewczynka o dźwięcznym, zacnym imieniu Kali. Najstarsza z całej zgrai.

Ewa nie mogła się oprzeć, co skutkowało natychmiastowym rykiem najmłodszych dzieci. Może to te okulary;):P

Wraz z Szerszeniem cykałem jak najęty. Przewdzięczny temat do fotografii.


Dziewczynki były przeurocze, a jak w świetle ogniska przyszły jeszcze śpiewać i tańczyć kręcąc bioderkami na wszelki wypadek nie wyciągałem głowy z garnka. Z resztą pomidorki zapiekane w serze były nie mniej kolorowe. A jakie smaczne!

Nie ma to jak niemącące spokoju towarzystwo własnych kompanów.

Tea time.

Nocne oblicze kolejnego obozu.

Dlatego nie lubię z wypraw dzwonić do domu.

Kiedy gdzieś w Polsce odejdzie ktoś bliski…

Kolejny ociężały poranek.

Wiem, że to ordynarne ale nie będę przecież pisał o “kupce”. Ptasie gówno przez duże “H”. Shit ten miał rozweselać nam niejeden wieczór.

Dlatego lepiej odreagowywać w kąciku czytelnika.

Zmęczeni, czy nie – cudzoziemcy jednak zawsze są w tych stronach taką atrakcją, do której warto pofatygować się z przeciwnego brzegu.

Piiić…

Oczywiście obóz od wczesnych godzin rannych pełen był rozrabiających dzieciaków.

Mały pogromca psich ogonów! Najpierw jedna psina, teraz już druga. Nie do wiary ile te zwierzęta miały cierpliwości.

Nasza salda z kibelkiem w tle.

Jak zwykle o poranku rozkręcamy się wolno.

Wujek Tomek daje dzieciom posłuchać MP3. Uśmiech dzieci od ucha do ucha – pewnie Archive, uśmiech umiarkowany – Pink Floyd, krzywe miny i torsje… doda;)

Wujek Rafał do przewracania stron zagonił małe niewolnice:P

Trema pozowania potrafi nawet wyłamać palce!;)

Dzieci, wujek Sławek i… kiput:P

Ewa otworzyła zakład fryzjerski.

I nie ma się co dziwić, że małe modelki natychmiast ustawiły się w kolejce.

Wujek Rafał po amputacji nóg;)

Wujek Piotrek dzieci rozbawiał wyśmienicie. W tym przypadku amputacja nie była konieczna;)

Jakże rozbrajająco urocze jest obserwowanie beztroskiej zabawy dzieci.

Ewa w Nepalu mogłaby otworzyć własną szkołę.

Nepalskie kobiety nawet mimo wieku potrafią być niezwykle kobiece.

Dobra, na razie to ostatnie ze zdjęć krajobrazowych.

Teraz zobaczycie co się dzieje gdy banda wyposzczonych chłopów chwyci się za aparaty.



My w podstawówce przerabiamy „Antka” i „Naszą szkapę” – a te dziewczyny… „Kamasutrę”?;)


Hemingway z pewnością porównałby je do „dobrych koni”.


„Taaa… świat jest pięęękny…”

„Zajebiiisty!”

Nie zwracajcie uwagi – to tylko zdjęcie autorstwa Piotrka. Jak mówi staropolskie powiedzenie „Jeśli przyjdzie ochota to i pies kota wyło…ta!”
… oczywiście w zależności od sytuacji:P

Nepalska chata w pobliżu większej osady.

Postanowiliśmy na ostatni wieczór spływu zakupić piwo we wsi. Kupiliśmy. A kiedy przyszło mi wraz z Oso i Milano na środku tego mostku mijać się z takimi bykami nie wiedziałem czy do wody skakać czy brać nogi za pas. Kiedy trzeba jednak potrafię być lepszy od jamajskich sprinterów!;)

Jeszcze się dziwicie czemu dawałem dyla?

No Piotrek – obiekt na tym zdjęciu już znacznie lepszy. Chyba że znów chodziło Ci o panią w tle:P Nieźle tu widać różnice pokoleniowe.

Kolejna przyszła piękność znad brzegów Bag. Oj trzeba będzie tu wrócić za kilkanaście lat;)

Ostatni nocleg nad wyśmienitą mahseer’ową rzeką Bag. Niżej z uwagi na mnogość niebezpiecznych dzikich zwierząt władze lokalne wydały zakaz biwakowania.

Rzeka w dolnym odcinku znów wpływa w kolejny kanion – robi się niemal księżycowo.

Zdjęcie dla Ali:)

Rzeka potrafi tu zamieniać się w prawdziwego rzeźbiarza.

Tak patrzysz sobie na te cuda a papieros smakuje najlepiej.

Ciekawy układ.

Rzeka niezwykle głęboka – jestem pewien, że żyjące tu mahseer’y osiągają potworne rozmiary! Niestety znów kręci się tu dużo ludzi, również rybaków.

Trzeba wiedzieć, że zaglądają tu suzu czyli delfiny gangesowe (Platanista gangetica). Niestety żadnego żeśmy nie zobaczyli.

Kolejne dzieło spod ręki rzeźbiarza Bag.


Ponton „gorszych”.

Nepalski langur szary (Semnopithecus schistaceus). Gatunek ten potrafi świetnie sobie radzić na wysokości 4000m n.p.m. Trzeba pamiętać, że wysokość ta u większości z nas przynosi już spore objawy choroby wysokościowej.

Langury żyją w trzech rodzajach grup:
– z jednym samcem przywódcą, kilkoma samicami w wieku rozrodczym i małymi
– z wieloma samcami i samicami o różnym wieku
– z wieloma samcami, bez samic

Małpy żyją sobie tu tak na stokach tego księżycowego kanionu jak by nigdy nic.

Nepalczycy mają ciekawy zwyczaj uprawiania dyń i melonów na dachach swych chat. Taki swoisty, himalajski Grass tak.

Ach gdyby tak w takim miejscu nie sfotografować ludzi a przechodzącego tygrysa! National Geographic mogłoby się cmoknąć!;) To już koniec naszej raftingowej przygody. Zaraz pożegnamy się z rzeczną ekipą i na chwilę wrócimy do cywilizacji. Przed nami już tylko rekonesans fotograficzny w nepalskiej dżungli, pogoń za tygrysami, oszałamiające zabytki doliny Kathmandu i Himalaje. Nuda;)

Znowu w mieście. Dobrze, że chociaż niezłe dziewczyny wciąż mają.

No i jak tu się nie zachwycać.

Oczywiście można miast na babkach skupić się na żarciu.

Ale nie na długo;)

Po krótkiej wizycie w miasteczku wracamy w interior i natychmiast z przewodnikami ruszamy do lasu.

Niemalże od razu natykamy się na takiego cudaka. Słoń indyjski (Elephas maximus) ma łagodne usposobienie, mimo to w Indiach kurczenie się biotopu tych zwierząt prowadzi do licznych konfliktów między ludźmi a słoniami. W skali roku zabija się około 150 słoni dzikich, a ich ofiarą pada około 200 ludzi!

Dzięcioł zwany sułtanem złotogrzbietym (Chrysocolaptes lucidus). Czerwony czub świadczy, że to samiec.

Szerszeń wolał wysunąć się na przód, dalej od hałasującej grupy.

Jeśli w grupie choć jedna osoba gada albo nie umie właściwie chodzić nie ma co liczyć, że z tej gęstwiny wynurzy się łeb tygrysa.

Oglądane tu zachody słońca już samym kolorem zdradzają, że jesteśmy na subkontynencie indyjskim.

Młody ibis czarny (Pseudibis papillosa). Dorosłe osobniki mają czerwoną plamę na czubku głowy.

Drzewo damarzyka (Shorea robusta) z hindi „sal”. Jego żywica jest używana w indyjskiej medycynie i jako kadzidło w obrzędach hinduistycznych. Z nasion produkuje się olej napędowy. W tradycji buddyjskiej pod drzewem sal miał narodzić się Budda. W hinduizmie drzewo związane z kultem Wisznu. Dla bengalskiego ludu Santalów drzewo Sal stanowi obiekt kultu. Umieszczane jest w centrum ich świętych gajów.

Ponieważ nie udało się nam pozyskać żywicy z damarzyka zastosowaliśmy indyjską medycynę w postaci dawkowania lokalnych browarów.

Skoro świt część grupy ruszyła na tzw. jeep-safari, a po południu czekać nas miało safari na słoniach. Druga grupa „słoniowe” safari zaliczyć miała z rana a dzień zakończyć na wędkowaniu w dolnym biegu okolicznej rzeki. Na zdjęciu langur szary.

Jeleń aksis (Axis axis), zwany też czytalem.

Termitiera. Sfotografowany wcześniej sułtan złoto grzbiety jest smakoszem mieszkańców tej budowli.

Niestety z tygrysów musimy się zadowolić jedynie ich śladami bądź odchodami.

Uganianie się ludzi za tygrysami przypomina tu zabawę w ciuciubabkę. Zupełnie jak z miśkami na Kamczatce.

Ficus benghalensis na damarzyku.

Odcisk łapy tygrysa bengalskiego przypomina wielkością odcisk męskiej dłoni.

Spatholobus roxburgii – olbrzymie pnącza, owijające się wokół innego drzewa w kierunku zgodnym z ruchem wskazówek zegara. Lokalna wieść niesie, że jeśli ktoś znajdzie je owinięte w przeciwną stronę, to wbity w nie gwóźdź zamieni się w złoto.

Naszym przewodnikiem był znany, uznany za nieżyjącego wokalista Queen. Freddie żyje!

Ogromna orla sowa.

Znów aksisy.

Wracając do lodge’y natknęliśmy się na drodze również na parę pawi indyjskich (Pavo cristasus). Nepalczycy bardzo cenią te ptaki, szczególnie za tępienie przez nie jadowitych węży i skorpionów.

Rezusy się tak namnożyły w tych stronach, że stają się nawet agresywne wobec turystów. Jeden ofukał mnie tak, że cofając się prawie wywaliłem.

Dzikie banany, z kwiatem na dole.

Takie jaszczurki też muszą się strzec przed pawiami.

W tym czasie chłopaki nad rzeką dostawali oczopląsu. Dotarli do miejsca z taką ilością mahseer, że ból głowy! Niestety – gwardia wojskowa pilnuje tego miejsca pod bronią i biada temu, kto spróbuje tam zarzucić wędkę.

Halcyon capensis – szósty pod względem wielkości zimorodek na świecie. Dla tych ptaków to miejsce to jakiś raj!

Na plaży wygrzewali się inni amatorzy rybiego mięsa – gawiale gangesowe (Gavialis gangeticus). Czczone przez hindusów również jako zwierzęta poświęcone bogu Wisznu.

Żółwiak gangesowy (Aspideretes gangeticus) – żółw o miękkiej, skórzastej skorupie.

Mariusz tamtego dnia miał nawet ogromną rybę na kiju ale ta po braniu po prostu odjechała na dokręconym na maxa hamulcu, władowała się w zwalone drzewo i było po ptokach.
Na zdjęciu – dwóch Rafałów na słoniu.

Safari na słoniu jest teoretycznie znacznie bardziej efektywne niż samochodowe. Słoń dociera w więcej trudnodostępnych miejsc, bliżej zwierząt i przede wszystkim ciszej. Niestety zapakowani w trójkę plus woźnica przeżyliśmy tam koszmar. Ani się obrócić, ani zmienić pozycję, ani sensownie pstrykać, poobcierani i niemal podduszeni. Shikari, który panuje nad słoniem robi to przy pomocy stóp, pałki i zaostrzonego sierpa.

Siedzące na suchym drzewie Aleksandretty obrożne (Psittacula krameri). Tu tylko parka ale potrafią się one gromadzić w stada po tysiąc i więcej ptaków by żerować wspólnie na polach zbóż lub dojrzewających owocach. Gniazdują tylko w dziuplach.

Ci co zdecydowali się powędkować, safari na słoniu odbyli rano. Mieli więcej szczęścia bo ulokowano ich po dwóch na słoń plus woźnica. To było wręcz komfortowe – bardzo sobie chwalili. I więcej zobaczyli!

Nosorożec indyjski (Rhinoceros unicornis) – jeden z około czterystu nosorożców żyjących w Nepalu.

Pancerz tych nosorożców jest imponujący – potrafi ochronić zwierzę przed atakiem tygrysa, niestety na nic się zdaje w konfrontacji z gzami, pijawkami i małymi pasożytami przenoszącymi wiele chorób. Potrafi rozpędzić się do 55km/h i jest świetnym pływakiem. Mają doskonały zmysł słuchu i powonienia, jednak relatywnie słaby wzrok. Podobnie jak z tygrysami ich populacja od wieków mająca się dobrze została drastycznie pomniejszona przez angielskich myśliwych pod koniec XIXw. Niektórzy oficerowie chwalili się, że w pojedynkę upolowali ponad 200 sztuk tego gatunku!

Jak wspomniałem droga w tę stronę była na tyle męcząca, że zgodnie zdecydowaliśmy się wracać samolotem. Na zdjęciu – czekamy na lot.

W końcu na niebie. Możliwość podziwiania Himalajów uznaliśmy za przywilej. Ale o tym więcej na koniec.

Stolica Nepalu – Kathmandu. Wraz z miastami Patan i Bhaktapur tworzy aglomerację liczącą ponad milion mieszkańców. Szykujemy się właśnie do lądowania.

Po odświeżeniu w hotelu ruszamy na miasto. Na zdjęciu – oczekiwanie na steki w uznanej knajpie „New Orleans”. Notabene naszą podróż do Nepalu zaczynaliśmy w Gdańsku także pod knajpą „New Orleans”. Start spod klubu go-go – tego jeszcze nie było. Najważniejsze jednak, że zaraz mieliśmy zjeść steki. Pal licho, że steki, cudownie że w końcu cokolwiek bez curry!

Szerszeń obchodził tego dnia swoje urodziny, więc był tort, było „sto lat!”

A że nie samym ciastem facet żyje…

… w przerwach niektórzy wspominali śliczną Ronzu z jednego z outdoor’owych sklepów. Śliczna!

O poranku zaczynaliśmy dzień zwiedzania. A jak przystało na miasto, które powstało zaraz po roku 300 n.e. jest co zwiedzać.

Każdy obrót młynka modlitewnego to powtórzenie modlitwy. Chorągiewki modlitewne odgrywają podobną rolę, przy czym napisane na nich mantry porusza wiatr.

Makaki na największej nepalskiej Vajra – na górze Swayambhunath, zwanej też „małpią świątynią”.

Katmandu przypomina nieco Egipt – wszyscy czyhają na datki, napiwki, bakszysz, ogólnie – kasę.

Stara newarska architektura placu Durbar jest co najmniej bardzo ciekawa.

Newarskie dziecko w jednym z nepalskich, charakterystycznych okien.

W sercu miasta – na placu Durbar, uznawanym za najważniejszy punkt dla turystów. Ależ to inny świat od kociego kanionu. Który lepszy? 🙂 A jak myślicie?

Hinduska z placu Durbar.

Ortodoksyjni hindusi w centrum Kathmandu. Oczywiście pozują do zdjęć za kasę ale gdy się człowiek zaczai może skraść im klatkę za darmo. Poollaczki:)

Newarskie dziecko.

Nepalskie marionetki symbolizujące różne bóstwa, m.in. Ganeśi, Bhajrawę itd.


No i wszędobylskie stoiska z grajdołem.

Tysiące statuetek, trzymadełek do tlących kadzidełek udających palącego buddę, noże khukri, żelazna biżuteria, popielniczki ze scenami z Kamasutry… Masakra! Z Szerszeniem ruszamy na łowy.

Nepalki wiedzą jak mają się ubierać!

Niestety w praktyce ma to słabe przełożenie. Szkoda…

Część ekipy przy posągu jednego z mitycznych lwów.

Przemykanie niesłychanie wąskimi uliczkami Bhaktapuru – dawnej stolicy królestwa, wpisanej dziś na listę UNESCO.

Wszystkich schodów do świątyń Bhaktapuru pilnują mistyczne bestie.



Co innego kolumny bądź elementy sklepień niektórych świątyń. Pilnowane są przez zupełnie inne figury.


No cóż – z uwagi, że Agnieszka była daleko Rafał pod wrażeniem scenerii wokół chwilowo musiał zadowolić się jogą;)

Pogodna tkaczka prosząca o wsparcie.

Nepalski mecenas? Rafał w tradycyjnej czapce topi.

Na placu garncarzy.

A tu dla porównania nowsza część miasta.

I dla porównania nieco nowsza wersja newarskiej dziewczyny.

Wracamy z Mariuszem obkupieni w mandale.

 ??? Ciągle w Bhaktapurze.

Patupatinath – miejsce kremacji – gdzie zwłoki pali się na stosach a popioły zmiata na koniec do rzeki Bagmati, która jako dopływ Gangesu jest postrzegana jako święta. Co ciekawe – praktykowanie sati – czyli rzucania się przez żonę na stos pogrzebowy zmarłego męża zakazano dopiero na początku XXw. Niesłychane ale 200 metrów niżej kobiety w rzece piorą a nagie dzieci chlapią się w zabawie.

Nie uwierzycie ale jak tylko wszystkie popioły znajdą się w wodzie natychmiast do akcji wkraczają dorośli i dzieci z sitami, łopatami itd., którzy przeczesują dno w poszukiwaniu złota tudzież innych wartościowych ozdób! Drastyczne miejsce dla turystów o mocnych nerwach. Nawet ja wracałem jakiś taki zdołowany.

Po drugiej stronie rzeki znów makaki.

I znowu! Nie dość, że Freddie żyje to Bob Marley też! Żartuję – na zdjęciu jeden z licznie tu rezydujących joginów sadhu.

Kaplice Patupatinath.

Poza tym obłędne zakupy – m.in. wspaniała damska biżuteria, kaszmiry, paszminy, dywany, arrasy, mandale, rzeźby, posągi i obłędnie wyposażone sklepy outdoor’owe (uwaga na podróbki!). Tylko pamiętajcie – jeśli nie stargujecie ceny do 1/3 to jesteście frajerami!
Ładne dziewczyny nie odpuszczają do końca. Nawet w samolocie muszą nas nękać!;)

Z sanskrytu „Hima” znaczy śnieg, „alaya” zaś to siedziba. Zatem Himalaje to „siedziba śniegu”

Wiele się zaczęło od tej góry zwanej „Białą górą”. W 1778r wybitny kartograf angielski James Runell zapisał, że najwyższe zaśnieżone szczyty widać z indyjskich równin z odległości 240km. Znajdować się miały na północy, na niedostępnych dla cudzoziemców, pilnie strzeżonych ziemiach królestwa nepalskiego. Kiedy ogłoszono, że niektóre z nich mogą sięgać nawet 8000m n.p.m., wiadomość tę przyjmowano z niedowierzaniem, ale w 1811r oszacowano wysokość tego właśnie szczytu na 8167m n.p.m. Był to masyw Dhaulagiri, siódmej góry świata.

Kolejne szczyty same przesuwały się za oknami samolotu. Mało znane Putha Hiunchuli (7246m n.p.m.), Churen Himal (7385m n.p.m.) i Dhaulagiri II (7751m n.p.m.)

Ta charakterystyczna góra, przypominająca stołową w centrum zdjęcia to dziesiąty co do wielkości szczyt Ziemi – nazywana „Żywicielką” a dokładniej „Wypełnioną pożywieniem” Annapurna (8091m n.p.m.). Zdobyta 3 czerwca 1950r przez Herzoga i Lachenala stała się pierwszym ośmiotysięcznikiem zdobytym przez człowieka. Do 2007r zginęło na niej 58 wspinaczy.

Główny wierzchołek Annapurny otoczony jest ze wszystkich stron zasłaniającymi go szczytami siedmiotysięcznymi. Masyw Annapurny składa się z 7 szczytów:
– Annapurna I – 8091 m – 10. góra świata pod względem wysokości;
– Annapurna II – 7937 m – 16. góra świata pod względem wysokości;
– Annapurna III – 7555 m – 42. góra świata pod względem wysokości;
– Annapurna IV – 7525 m;
– Gangapurna – 7455 m – 59. góra świata pod względem wysokości;
– Annapurna Południowa – 7219 m – 101. góra świata pod względem wysokości;
– Machhapuchhre– 6993 m.
Pomimo że Annapurna należy do niskich ośmiotysięczników, ze względu na dużą rozległość masywu jest górą niebezpieczną. Opad śniegu i wywołane nim zagrożenie lawinami może uwięzić himalaistów i uniemożliwić im bezpieczny powrót do bazy. Ponadto w zachodniej partii masywu znajduje się jedno z najwyższych urwisk na świecie, południowo-zachodnia ściana wierzchołka Baraha Shikhar (7647 m). Ściana ta ma od 4600 do 4800 metrów, jest więc wyższa od ściany Rupal w masywie Nanga Parbat.

Pod skrzydłem znów Dhaulagiri a nieco na prawo Tukche Ri (6920m n.p.m.). Trzeba pamiętać, że właśnie na Dhaulagiri zginął polski himalaista Piotr Morawski, będący członkiem międzynarodowej wyprawy, której celem było wejście nową drogą na Manaslu. Historię życia i miłości do gór Piotra genialnie opowiedziała jego żona na gdyńskich Kolosach w 2010r.

Ten lewy szczyt przy wyglądającej na u-kształtną przełęczy w centrum zdjęcia to właśnie Manaslu – zwana z sanskrytu „Górą ducha” jest ósmym szczytem świata (8163m n.p.m.). Prawa góra to Ngadi Chuli (7871m n.p.m.) znana też jako Dakura; Dunapurna czy Masyw Gurkhów. Kolejna spora góra na prawo to Himalchuli (7893m n.p.m.).
Co do Manaslu – Mimo stosunkowo niedużej wysokości (w porównaniu np. z Mount Everestem), rozległość masywu powoduje, że znajdujące się na Manaslu drogi należą do najdłuższych tras wspinaczkowych w Himalajach, zmuszając alpinistów do długiego przebywania na znacznych wysokościach. Ponadto rozciągające się na wysokości 7300-7750 m n.p.m. olbrzymie plateau, wielokrotnie już okazało się dla wyczerpanych wspinaczy pułapką bez wyjścia, uniemożliwiając skutecznie szybki odwrót w nagłych przypadkach.
Według stanu na maj 2008 roku szczyt zdobyło 297 wspinaczy, z czego 53 zginęło. Daje to śmiertelność rzędu 17,85 % i pod tym względem plasuje Manaslu na piątym miejscu wśród ośmiotysięczników, za Annapurną, K2, Nanga Parbat i Kanczendzongą. Największa tragedia na stokach Manaslu miała miejsce 10 kwietnia 1972 roku, kiedy lawina zabiła 15 wspinaczy.
Wśród ofiar szczytu jest także dwoje Polaków: 11 grudnia 1982 roku z powodu wyziębienia i wyczerpania zmarł Stanisław Jaworski, a 2 października 1992 roku w wyniku upadku zginęła Sylwia Dmowska.

Dodam, że lecąc przez Wiedeń „na świeżo” mogliśmy oglądać Alpy. Doprawdy nie ma co porównywać do Himalajów, które w wierzeniach Nepalczyków przedstawiają samych bogów.

W wyprawie udział wzięli (od lewej):
Oso, Sukman, Ewa Bobula, Sławek Bobula, Rafał Zimmermann, Mariusz Aleksandrowicz, Piotr Żurek (siedzący na ziemi), Tomek Stefański (w głębi za Mariuszem), Krzysztof Szerszenowicz (w kapeluszu), Milano i dwóch ciapatów-pomagierów (z artretyzmem w dłoniach;) ) i Rafał Słowikowski

„Nie ciężar ryby jednakże ma tutaj znaczenie, albowiem to nie ciężar zdobyczy zapada w pamięć. Pomieszkanie tam znajdzie sceneria, w której przygoda się odbyła: to ów stalowy błękit otoczonego paprociami rzecznego rozlewiska, w którym woda jakby na chwilę odpoczywała przed karkołomnym pędem poprzez skały i kamienie, wprost ku następnemu rozlewisku, jeszcze piękniejszemu niż poprzednie; to żywo ubarwiony zimorodek, który niczym strzała przeszywa wodną toń, by za chwilę, rozsiewając ze skrzydeł chmurę brylantowych paciorków, znów wzlecieć nad powierzchnię, ze srebrzystą rybką w cynobrowym dziobie; to poryk sambara i donośny, melodyjny głos czytala, wieszczący rezydentom dżungli, że tygrys, którego tropy pojawiły się na mokrym piasku przed kilkoma minutami, właśnie wyruszył na łowy.
Oto co pozostanie w mojej pamięci i jak magnes ciągnąć mnie będzie ku tej dolinie, jeszcze nie zeszpeconej ręką człowieka”
Jim Corbett „Ludojady z Kumaonu”, z rozdziału „Ryba z moich snów”



Tekst i opracowanie: Rafał Słowikowski
Zdjęcia: Rafał Słowikowski, Krzysztof Szerszenowicz, Rafał Zimmermann, Piotr Żurek