Nękani wspomnieniami z pogranicza wschodniej Mongolii i Chin po dwóch latach postanowiliśmy ponownie zawitać na dawne ziemie Księstwa Mandżurii, by u stóp Wielkiego Chinganu znów móc spróbować swych sił z tajmieniami. Najpierw jednak musieliśmy spróbować swych sił z załatwieniem przepustek do zakazanej strefy.

Jakże kojący widok zlewni rzeki Toły na przedmieściach Ułan Bator.

Widmo stworzenia, które niegdyś chodziło po tych ziemiach. Wielki Tarbozaur – większy niż amerykański T-rex – bardziej masywny i krępy, posiadający więcej zębów, także szybszy i bardziej zabójczy. Niestety, albo na szczęście jedynie w Narodowym muzeum w UB.

Gdy pomyślnie udało się załatwić wszelkie przepustki nasza „grupa zoologów” ruszyła na „badania terenowe” na wschód, w stronę granicy z Chinami. Step miał stać się naszym koszmarem podczas trzech dni nieustannej jazdy samochodem.

Jeszcze na początku znajdowaliśmy atrakcje, które zdołały nas zainteresować, jak np. wielbłądy…

…dudki…

… tudzież inne okazy miejscowej fauny;) (w przydrożnej restauracji)

W stepie.

Sówka.

Krótki postój w mijanej miejscowości.

Nieufna dziewczynka.

Snooker po mongolsku;) Chłopiec, który zaparkował z tyłu konia czeka na swoją kolej.

Z czasem naszą podróż urozmaicały jedynie drapieżne ptaki zrywające się ze środka drogi.

Młoda sokolniczka na koniu czekająca na swego pierzastego podopiecznego

Kolejny myszołów zrywa się do lotu.

Późnym popołudniem w końcu docieramy do przedostatniego posterunku wojskowego, gdzie po weryfikacji całej teczki naszych przepustek pokierowano nas na drogę do ostatniej jednostki wojskowej już nad samą rzeką. Czekając jednak na tą przeciągającą się chwilę sukcesu czas umilaliśmy sobie podziwiając pasące się w stepie konie wojska pograniczników.

Jechaliśmy do późnej nocy po śladach gąsienic czołgowych, na chmurach tańczyły promienie reflektorów przeszukujących niebo – to chińskie siły zbrojne tak szczelnie strzegły swych granic. Po dojechaniu na ostatni posterunek w całkowitych ciemnościach zostaliśmy poinstruowani gdzie mamy rozbić namioty. Rzeka skromnym przelewikiem szemrząco przemawiała do naszych wyobraźni. Dopiero wcześnie rano mogliśmy spojrzeć na wodę. Pierwsze spojrzenie powyżej przelewu od razu spłoszyło stado lenoków! Niesłychane!

Pierwszą rybę złowił Mariusz! Gdy dobiegłem kierowany jego krzykiem pierwszy raz mogłem obejrzeć leopardzie centki szczupaka amurskiego.

Rzeka okazała się prawdziwym matecznikiem lenoków. Brodząc mijaliśmy stada tych wdzięcznych ryb liczące po kilkadziesiąt sztuk. Nie wiadomo czemu niektórym żeśmy podawali obrotówkę a inne po prostu olewaliśmy. Było tego za dużo!

Rzeka niesłychanie różniła się od tych na północy Mongolii. Nizinna, wolno płynąca i z zarośniętym korytem tylko sporadycznie mogła odetchnąć jakimś bystrzem.

Nie chciało mi się wierzyć, że w czymś takim mogą żyć tajmienie. Chwilowo zająłem się lenkami – nie byle jakimi lenkami:)

Tańczyły na końcu żyłki mącąc kryształowy spokój toni.

Takie miejsce zasługiwało na postój i chwilę odsapu. Ze skarpy swobodnie mogłem obserwować lenoki i szczupaki. Nie bez powodu musieliśmy wcześniej załatwić przepustki nie tylko wojskowe ale i dopuszczające nas do ściśle strzeżonego rezerwatu przyrody. Było to widać po tym co działo się w rzece – Żyła!

Gdy każdy z nas zaliczył liczbę tajmieni bliską „oczku” postanowiliśmy wracać. Droga powrotna była długa. Na szczęście siły dodawała myśl, że „oczko” to 21 ! 🙂

Krajobraz doliny rzeki był fantastyczny, tymbardziej gdy wspomniało się wcześniejsze trzy dni jazdy po stepie płaskim jak patelnia.

„Dobranoc” mówiło nie tylko zachodzące słońce ale i przelatujące nisko nad głowami ociężałe cietrzewie.

Na następny dzień po krótkiej konsultacji na posterunku pozwoliliśmy sobie pojechać dalej w górę rzeki.

Wojskowi akurat byli tak mili, że pozwolili uszczknąć sobie nieco wołowiny ze świeżo zarżniętej krowy.

Jedynie sama krowa patrzyła na to z niewąskim wyrzutem!

Chwilę potem ruszyliśmy wzgórzami wzdłuż rzeki.

Podczas krótkich postojów człowiek siadał i pozwalał powiewom wiatru przynosić wiele myśli, refleksji… konfrontacji naszego życia w Polsce z życiem tam.

Miejsca na rzece zaczęły się robić na prawdę ciekawe! …

… ciekawe do tego stopnia, że postanowiliśmy w końcu zjechać do rzeki. Dzięki Bogu bo siedzenia mieliśmy już wymasowane na maxa! Ale to normalne, gdy jedzie się stepowymi wzgórzami, gdzie nie uśwaiadczy się choćby kilku metrów drogi.

Tam na dole mieliśmy rozbić obóz.

Kolejnego dnia po dwóch godzinach marszu jeszcze w górę rzeki w końcu za podwodnym kamieniem zapinam dziewięćdziesiątaka. Nawet deszcz nie zdołał z mojej twarzy spłukać radości.

Mariusz chwilę potem kwituje go jakże wypasionym lenokiem.

Niedługo musiałem czekać by złowić kolejną rzadko spotykaną rybę dorzecza Amuru – pstrąga amurskiego

Schodząc w dół obławialiśmy coraz to ciekawsze miejsca na rzece

W ujściu strumienia po pierwszym rzucie spada mi tajmień, Mariusz poprawił i złowił właśnie tego, a po obłowieniu miejscówki z samego dopływiku spłoszyłem trzeciego! To tutaj przyleciała mała rybitwa i atakowała mojego whitefish’a, biorąc go za żywą rybę! Nawet jak wyciągałem go z wody i dyndał w powietrzu na żyłce próbowała go skubnąć dziobem:)

A gdy wyszło w końcu słońce, w jednym z takich miejsc podskoczyłem z sercem w gardle widząc przy dnie przesuwającego się tajmienia, na oko 140cm! Wyglądał jak krokodyl. Niestety niełowny.

W ciemnej jamie w brzozowym zarośniętym zagajniku wyholowaliśmy z Mariuszem dwóch czerwonopłetwych królewiczów. Żyło tam jeszcze kilku i długo nie musieli czekać na powrót swych braci do wody

Żółty amurski pstrąg, podobnie jak szczupaki przypominał, że łowimy w dorzeczu Amuru. Cała przyroda pachniała Mandżurią- sokoliki amurskie również żółto-czarne przypominały ubarwieniem osy, pasikoniki także.

Brodziliśmy z Mariuszem pewną prostką w dół rzeki. Nagle spod korzenia pod prawym brzegiem wystrzeliła niezła ryba i spłoszona popruła niczym torpeda wraz z nurtem. Mój kompan jakoś to przeoczył, gdy mu powiedziałem co się wydarzyło po prostu cisnął obrotówką za uciekającą rybą. Mi do głowy nie przyszło by spróbować złowić tak spłoszonego tajmienia. Wziął i to szczerze, tuż po wpadnięciu przynęty do wody!

W pewnym momencie usłyszeliśmy, jak w naszą stronę brzegiem zbliża się jakieś wielkie zwierzę z impetem łamiąc gałęzie. Struchlałem myśląc, że to jeden z niedźwiedzi, których ślady wielokrotnie znajdowaliśmy na piasku. Wszystko działo się tak szybko, że nawet nie zareagowaliśmy gdy między mną a Mariuszem rzekę przesadził ogromny byk łosia. Masywny, czarny z jasnymi skarpetami badylarz minął nas na 10m! Gdy jeszcze byłem pod wrażeniem kilkadziesiąt metrów niżej w wodzie dostrzegłem stojącą rybę. Rzut… siedzi!:)

To właśnie takie ślady niedźwiedzi napotykaliśmy na brzegu. Jestem pewien, że kilka razy byliśmy na prawdę blisko. Wyraźny, nagły smród po prostu skłaniał nas do zmiany brzegu rzeki.

Momentami rzeka kurczyła się do na prawdę małych rozmiarów. Jak widać tajmieniom to nie przeszkadzało.

Zawsze mijałem te najbardziej zarośnięte nudne prostki, jednak gdy Mariusz na moich oczach stracił w takim bagienku na prawdę fajną rybę zacząłem obławiać i takie zamulone, niemal stojące odcinki rzeki. Opłaciło się! Pierwszy ponad metrowy tajmień!

Kilka chwil później po sesji fotograficznej natknąłem się na pozornie nieciekawy odcinek. Prosta z dwoma dołkami przedzielonymi górką zarośniętą zielskiem. Przez polaroidy dostrzegłem jak z jednej jamki do drugiej przepływa stadko 5 tajmieni! Wyraźnie patrolowały rzekę. Nie wiem czemu, mimo wszystko nie były łatwe do złowienia. Po kilku zmianach przynęty jeden się pokusił. Znów ponad metr! Jest dobrze!!!

Gdy już nic nie skutkowało, należało założyć mysz. Przynęta imitująca płynącego po powierzchni gryzonia potrafiła skusić na prawdę niezłe smoki…

… jak na przykład tego! 108 centymetrów zamieszkujące ogromną jamę, rozmiarami wyraźnie odbiegającą od poprzednio mijanych.

Po chwili zmiana. Ja trzymam swoje ponad metrowe trofeum, Mariusz aparat:)

Kolejna zmiana:) To już nie mieściło się w głowie! Niestety miejsce było parszywe. Najpierw niełatwy hol i wywabienie potwora z głębiny, przeprawa przez płyciznę zarośniętą gęstą trawą i wtarganie rybska po stromej skarpie z wysokim zielskiem. Uff – można się zmęczyć.

Na wlocie do jamy zapiąłem kolejnego stwora! To był piękny wędkarski dzień.

Jadalne, słodkowodne małże. Rzadkość.

Małże miały jednak poczekać, gdyż przygotowana wołowina już przeszła i była gotowa do „obróbki termicznej”;)

Kolejnego dnia udało mi się złowić szczupaka z Jasia blachą dyndającą jeszcze w nożyczkach, którą zdołał uciąć dzień wcześniej!

Na takiej wodzie tajmienie też potrafiły stać!

Tylko Jasiu – sam na sam z nurtami rzeki i zamieszkującymi je stworzeniami. W tle pofałdowane przedgórza Chingan.

Miniaturka idealnego, leopardziego drapieżcy w rękach Mariusza. A swoją drogą, to te okolice zamieszkują również inne leopardzie drapieżniki – ostatnie pantery amurskie. Krytycznie zagrożone.

Rzeka mimo nizinnego charakteru potrafiła również urzekać niektórymi swymi odcinkami.

Portret kinga złowionego przez Jasia, któregoś poranka 15m od mojego namiotu! Na chwilę przyniósł tą rybę do obozu – nie często można oglądać coś takiego będąc jeszcze w śpiworze.

A oto i przyobozowa jamka. To tu każdej nocy waliły w nocy wodne potwory zwane tajmieniami, nie dając nam spać w świętym spokoju.

Także pod obozem zdarzały się szczupaki.

W końcu po kilku dniach obłędnych połowów atmosfera wyraźnie się ochłodziła. Przyjechała inspekcja ekologiczna, która po obejrzeniu wszystkich papierów stwierdziła, że żadni z nas zoolodzy i zostaliśmy aresztowani! Mróz o poranku jakże dosadnie podkreślał naszą sytuację.

Na szczęście po kilku godzinach przesłuchań i niefajnym mandacie oszczędziliśmy sprzęt i własne tyłki. Nie było miło. Rzeka dla nas została zamknięta na zawsze. Ciężko opuszcza się miejsca pięknych przeżyć ze świadomością, że już nigdy się do nich nie wróci.

Opuszczamy wzniesienia by znów wjechać na przygnębiająco płaski step.

Po Mandżurii przyszło nam ponownie zmierzyć się z duchami Mongolii. Tu bezkres nieba nad kurhanem owoo.

Po opuszczeniu strefy militarnej zaczęłiśmy spotykać jurty niczym pieczarki na polu. Na jednej z nich suszyły się sery.

Monotonię stepu przerywały też niezliczone stada antylop dżejran.

A gdy skończyły się antylopy, zaczęły się żurawie stepowe. Jesień zmuszała je do sejmików. Zbierały się przed wspólnym odlotem na południe. Czekał je ciężki przelot nad Hindukuszem.

Zbliżaliśmy się do stron, w których narodził się Dżyngis-Chan. Zaczęły się brzozy.

Po ziemiach polskich ostatni z tych ptaków chodził w 1986r W Mongolii istnieje jeszcze populacja tych ptaków. Kiepskie zdjęcie bo zdjęte z kamery – ale nielada to gratka oglądać dropia!

W końcu natknęliśmy się na jakieś zagubione jurtowisko, gdzie pokierowano nas jak dojechać do rzeki. Jedno z dzieci.

Onon – niegdyś jedna z lepszych tajmieniowych rzek. Dziś jednak lata świetności ma dawno za sobą, pozostała tylko jej malowniczość. W lewym dolnym rogu widać nasz samochód.

Niestety totalne bezrybie! By wyszukać jakieś obiecujące miejsca tajmieniowe można poprostu wejść wysoko w góry.

Pora dalej w drogę.

Najrzadszy po japońskim- żuraw białoszyji.

Byćmoże gdzieś tutaj pochowano Władcę Świata Dźyngis-Chana. Został pochowany z pełnymi honorami i ponoć niesamowitymi skarbami. Miejsce jego pochówku tratowały niezliczone tabuny koni przez wiele dni. Dziś nikt nie wie gdzie może znajdować się grób. Prawdopodobnie w tych stronach.

Bezimienny dopływ Ononu.

Przejazdy brodami – to lubie!:)

Tu chyba nawet chmury wiszą na niebie pod takim kątem jak rosną góry.

Malownicza rzeczka. Z lenokami i tajmieniami! Sam sprawdzałem!:)

Buriacka jurta. Różniąca się od klasycznych, mongolskich przede wszystkim rozmiarami i tym, że jest kluczona na kłódkę.

Tarbagan – mongolski świstak.

Wspaniały widok. Konie przesuwające się stadami w stepowych dolinach otoczonych tajgą.

Niektóre formacje skalne przypominały zamienionych w kamień ludzi.

Kurhany upamiętniające miejsce podpisania przez Dżyngis-Chana paktu z tatarami

Nasz UAZ – jakże nie pasował do tego miejsca.

Tuż przed doliną najpiękniejszego kurhanu natknęliśmy się na stado cietrzewi!

Dolina z kurhanem zamieszkałym przez strzegące ją duchy.

Kolejne buriacie jurtowisko.

Koń na tle kurhanu.

Góra kurhanów.

Za chwilę w miejscach gdzie pasą się konie staną nasze namioty.

Okolica była fantastycznie uformowana.

Cała góra poprzetykana była jaskiniami zamieszkałymi przez puchacze.

To jedno z miejsc gdzie przyjażń się wzmacnia. Oczywiście wraz z każdym przełkniętym chałstem piwka;)

Nie codzień można popichcić w takiej kuchni!:)

Widok wręcz zmuszał by się zatrzymać i objąć wzrokiem okolicę – nawet jeśli z uwagi na bezmiar nie było to do końca możliwe.

Obozowisko pośród kurhanów.

Kurhan

Następnego dnia, skoro świt ruszyłem w stronę lasu by na jednej ze skał uzyskać ten kadr.

Przed samym odjazdem Jasiu znalazł jeszcze tajemniczy symbol. Jak dotąd nierozszyfrowany.

Nieraz trzeba było zwalniać gdyż drogą przechadzały się kuropatwy, pardwy bądź jarząbki.

Ruiny Baldan Baraivan – jednego z klasztornych miast – swego czasu trzeciego na świecie co do wielkości z obiektów sakralnych! Niegdyś dom 6000 lamów!

Z kolebki mongolskiej nauki, kultury i sztuki od XVII w zostało niewiele. W 1937r reżim komunistyczny zrównał miasto z ziemią.

Starcy i niezdolni do pracy zostali rozstrzelani, młodzi mnisi zaś przymusowo wcieleni w szeregi czerwonych bądź wysłani na syberyjską tułaczkę lub jako materiał doświadczalny do laboratoriów.

Naskalna pozostałość sentencji „Om Mani Padme Hum”

Nietylko ludzka ręka potrafi rzeźbić w skale. Potrafi to również woda.

Nieco za Baldan Baraivan mijamy karawanę przenoszącą dobytek jakiejś rodziny.

Na wozie wilcza skóra. Mongołowie wierzą, że w każdej jurcie czy domu powinna takowa być by przynosić domownikom szczęście.

Dziadek tłumaczący jak dalej jechać po tym jak w bagnach po prostu skończyła się droga.

Wilk stepowy.

W końcu docieramy nad rzekę Terlicz-goł.

Tamtejszy bród jest na prawdę malowniczy.

Nie tylko nasza bachanka się tam przeprawiała. Również takie wozy, notabene na alufelgach!;)

Między innymi dlatego kochamy wędkarstwo.

Osiodłany byk pod naszą jurtą.

Mobilna jednostka radarowa;)

Stan ichtiofauny był tragicznie przetrzebiony…

… ale co to znaczy dla takich specjalistów!:)

Tajga jesienią nabiera zupełnie innego czaru.

Portret lipienia z Terlicz-goł.

Inny portret już z Ułan Bator:) Niezły kąsek! Arbuz oczywiście;)

Ktoś kiedyś powiedział, że niemożliwe by Bóg stworzył człowieka na swoją podobiznę – tylko mądre i spokojne drzewa mogą odzwierciedlać bożą dobroć. Nad Terlicz-goł Boga przedstawiają modrzewie przeglądające się w kryształowym lustrze rzeki.

Mimo, że plan naszego wyjazdu po wydaleniu z mandżurskich rzek legł w gruzach pozostała jego część obdarzyła nas wieloma mistycznymi, niewędkarskimi obrazami – były to m.in. walczące piękne dwa czarne rumaki, bijące powietrze przednimi kopytami, pierwszy lot młodego bielika nad Ononem, świecące oczy wilków zagryzających nad Chalchyn-goł źrebaka… czy para próbująca o poranku przysłonić odbicie Boga w Terlicz goł.

Choćby tylko dla tego warto było!

autor tekstu: Rafał Słowikowski
autorzy zdjęć: Mariusz Aleksandrowicz, Janusz Przetacznik, Rafał Słowikowski