Na pierwszy rzut oka nostalgiczne pustkowie. Jakby wypalone niegdyś przez samego Smauga. Porośnięte mchami i krzaczastą karłowatą brzozą. Plac zabaw dla wiatru i wszelkiej maści latających krwiopijców, zimą zaś śnieżyc i zjawiskowych zorzy polarnych. Właśnie te ostatnie zdają się odbijać nieustanne piętno w pewnych stworzeniach. To dla nich przybyliśmy. Zorze falują i pulsują, mienią się całą feerią barw… w płetwach grzbietowych tamtejszych lipieni.

 

Był piękny plan – przeżyć przełom sierpnia i września nie w tundrze a w tajdze… na północy Mongolii. Niestety pandemia kolejny raz pokrzyżowała nasze plany i Mongolia musi poczekać. Trzeba było zatem znaleźć szybką i łatwą alternatywę. Koniec końców zdecydowaliśmy się na północną Laponię. Co prawda prognozy pogody okazały się mocno nieprzewidywalne, do tego wcześniej długo utrzymujące się susze w ostatniej chwili zmodyfikowały wcześniej wybrany cel naszej wyprawy. Ekipa jednak była zebrana, bardzo kameralna z uwagi na ostatni środek transportu, jaki miał nam pomóc się dostać na łowiska. Doświadczenia z tundry na Grenlandii i Islandii bardzo mocno ułatwiały sprawę – sprzęt był, liofilizaty szybko zostały zakupione i… ruszyliśmy.

Lot do Norwegii odbył się bez najmniejszych zakłóceń, tym bardziej że byliśmy oczywiście zaszczepieni i dysponowaliśmy stosownymi „paszportami Covidowymi”. Jeśli ktoś myśli o podróżowaniu po świecie, niech schowa swoje poglądy, jakiekolwiek by nie były głęboko i zadba o szczepienie. Bez tego albo odetnie sobie drogę do dużej części świata definitywnie albo nieopłacalnie utrudni dostęp do pozostałej.

Oczywiście radość ze wspólnego spotkania i to znów na szlaku nie pozwoliła pospać pierwszej nocy na północy, zatem z Trømso do Finlandii wyjeżdżaliśmy niezbyt wyspani. Nie przewidzieliśmy też różnicy czasowej, zatem w planie dotarcia na miejsce zaskoczył nas brak całej jednej godziny, jaką mieliśmy spędzić na przepakowaniu gratów na hydroplan. A nie są to takie proste rzeczy bo ten zabiera poza pilotem tylko 350kg, w tym maksymalnie 3 osoby. Na szczęście miła Finka o samskich rysach twarzy przymrużyła oko na nasz lekki nadbagaż. I po chwili beztrosko mogliśmy podziwiać osobliwy środek transportu, jakim mieliśmy polecieć pierwszy raz w swoim życiu.

Mieliśmy plan by obóz przenosić co kilka dni, zatem spakowani byliśmy w plecaki mające nam pozwolić na takie manewry.

Cessna 180B Skywagon bardziej przypominała zabawkę zbitą w jakimś garażu przez bandę dzieciaków, niż samolot z prawdziwego zdarzenia! Fotele, klamki, okna jak i sama konstrukcja przywołały wspomnienia z lat dzieciństwa kiedy z rodzicami przemierzaliśmy Bory Tucholskie w Warszawie kombi albo, o zgrozo dachowanie wujka Franka w Syrenie 104, z którego o dziwo wyszedł bez szwanku a nie zmieniony w Transformersa…

Po tankowaniu „zabawki” zostaliśmy zaproszeni na pokład i z zapowiedzią, że przy starcie i lądowaniu może być lekko „bumpy” a poza tym mamy spodziewać się ładnych widoków, kroczyliśmy z duszami na ramieniu.

Teletubisie startują🤪

Widoki za oknem wręcz wciskały nasze nosy w szyby! Patrzyliśmy i „tu by człowiek zarzucił, tam by zarzucił”. I drzewa jeszcze są! I ten kolor wody!

Piękna kraina rzek i jezior przesuwała się pod nami i dodatkowo odbijała w skrzydłach naszej Cessny. Zachęcała do szybszego lądowania, napełniała niepewnością czy dalej też tak pięknie będzie (?).

A spodziewaliśmy się, że nie będzie. Tundra na pierwszy rzut oka nie jest wcale malownicza. Bezdrzewna wydaje się przerażająco pusta, mało gościnna, niezachęcająca. W końcu wylądowaliśmy na akwenie najbliżej położonym do wytypowanej przez Dawida rzeki. Osobiście celowałem w górskie jeziorka lecz jak wspomniałem, przedłużająca się latem susza mocno obniżyła poziom wód, podgrzała ich temperaturę i zdecydowanie mniej ryzykownie było jednak zatrzymać się na sensownej wielkości rzece, która szypotami natlenia wodę, pozwalając rybom normalnie funkcjonować.

Po wypakowaniu bagaży ukrytych w ogonie i pływakach trzeba było zepchnąć hydroplan z mielizny i podwodnych kamieni.

Po chwili podziwialiśmy jak nieobciążona Cessna się rozpędza…

… i odrywa od tafli jeziora ciągnąc za sobą jeszcze długo warkocze wody.

Do zobaczenia. Widzimy się za tydzień. Przynajmniej w teorii, o ile o nas nie zapomną…

Zawsze takim pożegnaniom towarzyszą takie idiotyczne myśli😅

Zapakowaliśmy plecaki na grzbiety i niczym juczne muły ponieśliśmy cały ten majdan kilka kilometrów dalej. Niby niedaleko ale te 2 godziny dały nam ostry wycisk. Karłowata brzoza, która blokuje każdy krok i zmusza do obchodzenia to zmora dla piechurów.

W końcu z daleka wypatrzyliśmy rozpiętą nad rzeczką kładkę (do której nie wiodła żadna ścieżka) a w jej pobliżu znaleźliśmy stare palenisko i prowizoryczną ławkę. Taki trochę grajdół ale nieopodal z szumem do rzeczki wpadał dopływ poszerzając ją dalej wyraźnie, no i naprawdę mieliśmy już dość dźwigania. Szkoda, że wszędzie gdzie dotrą ludzie, docierają śmieci i ich bałagan. Miejsce tamtego popołudnia wydawało się jednak znacznie więcej niż ok. Tym bardziej, że z kładki dostrzegliśmy w strumieniu kształty ryb, do tego oczka a gdy poszedłem do brezentowego wiadra (must have na tego rodzaju wyprawie) nabrać wody, spłoszyłem fantastyczną rybę o długości mniej więcej 50cm!

No a tundra szybko okazała się wcale nie taka pusta. Trzeba pamiętać, że północna Laponia to tereny Samów, którzy przecież są uzależnieni od obecności renów a te widzieliśmy tak z hydroplanu jak i później – każdego dnia, mieszkając w tundrze.

Nie były to olbrzymie stada, na miarę tych spotykanych w północnej Kanadzie (caribou) ale porozrzucane tu i tam grupki kilku lub kilkunastu większych i mniejszych osobników obu płci.

Tuż po wylądowaniu hydroplanu je zobaczyliśmy aż oczy mieliśmy jak 5zł! I nie – wcale nie chodzi o stare, zwietrzałe poroże renifera a muchę widoczną poniżej.

Bibio – jej masowy wylot wcale nie jest powszechnym zjawiskiem każdego roku. Mieliśmy dużo szczęścia!

A i ich wiernych imitacji, które fantastycznie uwiązał Krystian Białoń nie brakowało w naszych pudełkach😎

Po rozbicu obozu, uzbrojeniu wędek i przebraniu w końcu ruszyliśmy na ryby.

Wielkość rzeki dla naszej trójki wydała się wystarczająca. Tym bardziej, że rybami była niemal wybrukowana.

Sfotografowane poniżej miejsce dawało lipienia w każdym rzucie (!), bez końca(!). Po uspokojeniu amoku i przerzuceniu kilkudziesięciu ryb każdy (sic!) zostawiliśmy je w spokoju i nazwaliśmy również z uwagi na bliskość do obozu „spiżarnią”. To stąd mieliśmy w przyszłości zabierać ryby do jedzenia, tym bardziej że nie były tu duże – ot takie 40-taki.

Niektóre osobniki miały ciekawie nakrapiane łebki.

Mając Dawida w składzie można było być spokojnym o wyniki. Jeśli tylko w wodzie żyją ryby możliwe do złowienia na muchę – On dobierze (wcześniej zorganizuje) właściwą muchę, uwiąże zestaw, opracuje i wytłumaczy metodę, znajdzie ryby i pokaże gdzie stoją. Jego obecność jak i serdeczne usposobienie są nieocenione! I jeśli tylko ktoś zniesie psychicznie to, że będzie patrzył jak Dawid łowi ryb 10 kiedy sam pewnie zapnie ledwo jedną, będzie Jego towarzystwem zachwycony.

Pomiędzy lipieniami w rzece ukrywały się bardzo nieliczne pstrągi potokowe (raczej niewielkie) i jeszcze rzadsze szczupaki.

Przechadzające się brzegiem rzeki renifery wydawały się nic sobie nie robić z obecności ryb w wodzie. I nie ma się temu co dziwić – nie wchodzą sobie w drogę i nie łączą ich żadne zależności.

Nas jednak obchodziły bardzo!

Niewielki ale jakże idealny egzemplarz lipienia pospolitego (Thymallus thymallus). Wyobraźcie sobie, że poniżej tego zbyrku na zdjęciu nie złowiliśmy ani jednego lipaska. Coś co obcięło mi muchę najprawdopodobniej było tego przyczyną. Ciekawe jaki był duży, bo nie złowiliśmy go do końca naszego tam pobytu.

Muszkarz ze mnie żaden, zatem taki kardynał i to spod samej kładki dostarczył mi bardzo dużo satysfakcji i pełnię radości.

To w płetwach właśnie tak dużych lipieni pulsują kolory zorzy polarnych.

Stał w tym cieniu pod samą kładką.

Wcześniej śledzone prognozy pogody mówiły, że będzie chłodno. Kolory na niebie tamtego wieczoru dowodziły, że meteorolodzy się nie mylili. To miała być naprawdę mroźna noc.

Dobrze, że w odkrytej tundrze o poranku nie czeka się długo na wschodzące słońce i jego zbawienne działanie. Wypełzaliśmy jak jakieś ospałe jaszczury.

Gorąca herbata, na wrzątku z rzeki skutecznie przyspieszała wyparcie chłodu z coraz starszych kości.

W jeziorku powyżej kładki, skoro świt obserwowaliśmy całe mnóstwo bardzo sensownych oczek od zbierających lipieni. Około 9:00 zerwał się jednak niewielki wiaterek i ryby przestały oczkować. Na ten dzień jednak zaplanowaliśmy dalszy rekonesans rzeki w dole, więc nie zawracaliśmy sobie tym głowy.

Nie każdy może sobie pozwolić na śniadanie, będąc w czarnej d… na beef strogonoff’a😅 Prawda jest taka, że liofilizaty mega ułatwiają tego rodzaju wyprawy. Otwierasz, zalewasz stosowną ilością wrzątku, dokładnie mieszasz, zamykasz, czekasz kilka minut i… Voilá! Pełnowartościowy, wysokokaloryczny posiłek. Na rynku, w sklepach outdoor’owych ich nie brakuje. Owszem są drogie ale jadąc w nieznane, nie można sobie pozwolić na ryzyko głodowania, tym bardziej, że trzeba mieć siłę na dalekie spacery z wędką.

A prawda jest taka, że nie o wszystkich wodach znajdzie się informacje w internecie – nawet europejskich! Czyż to nie piękne?! Nie mieliśmy zatem pewności, że trafimy na jakiekolwiek ryby choć dokonywany rekonesans przed wyprawą dawał wielkie prawdopodobieństwo, że będzie dobrze.

To raczej nie smak szpinakowo-serowego Farfalle od Lyo tak wykręcił Marcinowi twarz bo ten akurat jest naprawdę smaczny ale cena już mogła😅 Podobne danie tyle samo kosztuje w nie byle jakiej restauracji! Dziś jednak myślę, że za takie jedzenie, w takiej scenerii i na tak wygodnej zardzewiałej beczce Japończyk musiałby zapłacić milion dolarów!

Nie wiem czy to zapach szpinaku ale coś wyraźnie zwabiło nad dopływ „naszej” rzeczki fajne stadko roślinożerców.

Widok z sypialni też wart milion dolarów🤩 Budzić się i zasypiać w takiej scenerii to naprawdę przywilej wart docenienia. Chrapanie współtowarzyszy już niekoniecznie ale też teraz uśmiecham się do jego wspomnienia.

Zeszliśmy kilka dobrych kilometrów w dół, minęliśmy wiele rozlewisk poprzecinanych szypotami. Pięknie! Ale niestety spotkaliśmy w dole konkurencję 😬

Dwóch wędkarzy podeszło od dołu, zatem każdy grzecznie zszedł do wody i zaczął obławiać rzekę w swoją stronę😨 Szkoda bo rzekomo końcówka sierpnia to w tamtym rewirze już po sezonie i wędkarze raczej sobie już darują skazywanie na kaprysy niepewnej pogody… a jednak.

Do 16:00 ryby brały bardzo chimerycznie a i nie wiedzieć czemu owad roił się znacznie słabiej niż dzień wcześniej. W porównaniu do poprzedniego popołudnia to była zupełnie inna bajka. Łowiłem bardzo pojedyncze ryby.

No i ta wielkość nie była naszym targetem. Każdy z nas liczył na połowienie 50-tek.

Dawid prezentujący wyrajającą się ochotkę. Godzinę wcześniej wraz z Marcinem fenomenalnie połowili! Kiedy ja już zasuwałem zniechęcony wynikami do obozu we dwaj stanęli na końcu rozlewiska i w rynnie przed kolejnym bystrzem zaliczyli około dziesięciu kardynałów po pół metra każdy. I nie było mnie z aparatem!

Rzeka nieustannie łechtała naszą wyobraźnię podsycając nadzieje. Na zdjęciu, na pierwszym planie nurt „spiżarki”.

W końcu trzeba było pomyśleć o kolacji.

A po śniadaniu poderwaliśmy „śmigło” by sprawdzić jak rzeka prezentuje się w górze i wyglądało to wcale nieźle!

Poderwał się spod nóg i zapadł na reniferowej ścieżce na bagnach przed nami. Zdeptalibyśmy go niechybnie ale wyłuskany z traw po szybkiej fotce poleciał w bezpieczniejsze, tylko sobie znane miejsce.

Rzeczka była niewielka ale lipasy pływały tam jak w akwarium. Podawało się na widzianego a patrolujące toń ryby świetnie reagowały na wszystko co im tam podrzuciliśmy.

Niestety po złowieniu kilku takich lipieni minęła nas grupa 6 spinningistów! Cholera! Jednak helikopter lądujący dzień wcześniej w górze rzeki nie przyleciał tam bez powodu. Ostatnia nadzieja na dziką/nieodkrytą/zapomnianą wodę w Europie przygasała z dnia na dzień. Plan przenosin obozu w górę/w dół rzeki też właśnie trzeba było zmodyfikować. Teoretycznie mieliśmy najlepsze miejsce w okolicy, na połączeniu dwóch rzeczek z dobrym odcinkiem w dół – należało utrzymać bastion (tym bardziej, że helikopter latał nad nami praktycznie każdego dnia – może pusty, może z myśliwymi a może właśnie  wędkarzami szukającymi miejscówki na obóz…🤷‍♂️)

Wróciliśmy zatem do obozu by dziabnąć herbatkę i ruszyć na popołudniową rundę znów gdzieś pod obozem.

Niby „ileż można?!” ale nieruszonych ryb ciągle było tam całe mnóstwo i właściwie to właśnie na takie łowienie przecież przyjechaliśmy.

Po zeszłorocznych łowach na Idsjöströmmen lipienie wygrały z islandzkimi pstrągami – to dla tych piękności tam byliśmy.

Wróciliśmy w miejsce, gdzie Dawid z Marcinem dzień wcześniej tak połowili ale najpierw ja, potem Marcin wyjęliśmy po takim „maluchu”.

A potem Dawid w niepozornej rynience zapiął coś dobrego.

Miała się tam stoczyć jedna z lepszych walk wyjazdu!

Göran Andersson świetnie amortyzował odjazdy tego księcia zorzy polarnych.

Ale kilka razy Dawidka po kamieniach przeciągnął!

Brak podkutych butów nie ułatwiał całej sprawy.

Jest!

Uff…

Marcin w tym czasie zdołał zapiąć wyżej drugiego.

Ciut mniejszy niż wczorajsze ale ciągle chapeau bas!

Przepiękny kardynał z arktycznej rzeki północnej Laponii.

Chyba nie miał 50m, nie zmienia to faktu, że był fenomenalną, idealną rybą.

Z jednej strony miał „skasowane” nożyczki, zatem już przynajmniej raz ktoś darował mu życie. Nie wyobrażaliśmy sobie postąpić inaczej.

W ogóle pewnie 1/3 złowionych przez nas ryb nosiła ślady po wcześniejszym spotkaniu z wędkarzem. I to w takim miejscu!

Na pożegnanie małe uszczypnięcie w ogonek🤪

Rzeka marzeń w tundrze krzewinkowej (zaraza!)

Zmierzając dalej w dół, spłoszyliśmy na brzegu rzeki stado około 15 pardw górskich! Tylu na raz nie widziałem nigdy wcześniej. Ptaki poderwały się z nienacka i po 30 metrach zapadły nagle w sięgających pasa krzakach. Pożegnałem się z chłopakami, którzy poszli dalej na ryby, zmieniłem obiektyw i ruszyłem na bezkrwawy łów.

Straciłem tam chyba z godzinę chodząc trawersem, przeszukując teren i koniec końców spłoszyłem podrywając tylko 4 ptaki i to pojedynczo. Zdjęcia wyszły słabiuchno, albo raczej – nie wyszły😅

Białe lotki nieodzownie świadczyły, że „winter is coming”.

Gdy w końcu odpuściłem sobie pardwy w krzakach po przeciwnej stronie rzeki dostrzegłem coś innego godnego uwagi. Biały reniferek! Czy okaże się dobrym znakiem – czas pokaże.

Światło złotej godziny kolorowało rzekę a szczególnie kamienie bardzo ciepło. Jak się dobrze przyjrzycie to dostrzeżecie Dawida. Gdzieś tam właśnie, dwa dni wcześniej Marcin wypatrzył jakieś 60-cio centymetrowe ryby!!! Niestety nie złowiliśmy żadnej z nich ale bardzo pojedyncze wielkie ryby jednak tam występowały!

Mnie tam cieszył już taki kaliber. Na próżno szukać takich w rzekach Pomorza.

Gdy słońce chyliło się ku zachodowi ryby naprawdę się ruszyły.

Dawid wyciągał praktycznie lipienie rzut po rzucie!

Lapoński rekinek😉

Czyż nie o to właśnie chodzi w wędkarstwie muchowym?

Spanie w namiotach dla wielu to niewygoda pokroju udręki – nad wieloma rzekami jak na przykład ta, baza noclegowa nie istnieje a i postrzegamy to za fantastyczny przywilej móc mieszkać nad taką wodą i łowić tam lipienie w lapońskiej scenerii do ostatnich momentów dnia.

Choćby były tylko takie.

Nim zgaśnie słońce.

Przed nami kolejna zimna noc. Ognisko w tundrze gdzie brakuje drewna nigdy nie płonie długo a i zapach palonych śmieci nie zachęca do długiego siedzenia.

Pojedyncze suche patyczki i gałązki, które zbieraliśmy wokół chyba przez godzinę ratowały sytuację.

A zakitrana buteleczka rumu Bumbu z Barbados wręcz musiała go uczynić udanym. Ot takie niepozorne szkiełko i człowiek czuje się znów jak pirat dowódca a nie sponiewierany zimnem majtek pokładowy😜

Słoneczny poranek z całym jego nadchodzącym ciepłem witaliśmy ciesząc oko takim o to widokiem. A do tego raz po raz, to tu, to tam… oczko. Po prawej wypływ rzeczki z jeziorka – o dziwo nie złowiliśmy tam ani jednej ryby. Pewnie znów rewir jakiegoś szczupaka.

„Zwierciadełko, zwierciadełko, powiedz przecie, kto jest najpiękniejszy w świecie?”

Tyś, królowo…

Bażyna czarna (Empetrum nigrum) – w Polsce pod ochroną ale na dalekiej północy owoce bażyny stanowią ważne źródło witaminy C. Ze względu na rozpowszechnienie i mrozoodporność bażyny – uznawana jest za najważniejszą roślinę owocową w Arktyce. Jej owoce spożywane są przez Inuitów, Indian Ameryki Północnej, ludy zamieszkujące Rosję, jadane były też w Szkocji i Polsce. Jedzono je surowe lub ubite i zmieszane z cukrem, tłuszczami zwierzęcymi (np. olejem fok lub tłuszczem renifera), utartymi na gładko wątrobami rybimi lub suszonymi rybami. Potrawy urozmaicano także innymi owocami, np. borówek. Z owoców bażyny sporządza się także napoje (w tym wino, które cechuje się wyższą aktywnością antyoksydacyjną od win z winogron) i przetwory (np. dżemy), można je dodawać także do ciast. Używano ich też podczas wędzenia ryb.

Owoce przechowywano niegdyś zanurzone w foczym tłuszczu.

Z pędów bażyny przygotowywano także wywary do picia.

Według części źródeł niezalecane jest spożywanie owoców bażyny w większej ilości. Krzysztof Kluk ostrzegał, że „obfite ich zażycie głowę zawraca”.

Pędy bażyny nie są zgryzane przez owce i większość jeleniowatych, ale chętnie żywią się nimi głuszcowate i pardwy. Owoce stanowią pożywienie dla licznych ssaków. Jedzą je np. lisy, wiewiórki i renifery, dla niedźwiedzi są ważnym źródłem pożywienia zwłaszcza po wybudzeniu się ze snu zimowego. Odgrywają kluczową rolę w jesiennej diecie nornic. Stanowią pokarm dla co najmniej 40 gatunków ptaków (np. wrony siwej, śnieguły zwyczajnej, gęsi, sieweczek, srok, kruków, cietrzewi, drozdowatych, kulików, mew, rybitw i wydrzyków).

My nie zdecydowaliśmy się na spożycie bażyny ale dobra herbata była zaparzana każdego dnia i to wielokrotnie. Kiedy zimno to mus.

Co było piękne na tym wyjeździe to to, że bezkarnie można było się wysypiać. Ryby z rana i tak nie były najaktywniejsze. A po śniadaniu można było miast gnać od razu na ryby, przywitać się z sąsiadami.

Renifer nie jest zwierzęciem w pełni udomowionym przez człowieka, ale wszechstronnie wykorzystywanym m.in. przez Samojedów, Lapończyków, Tunguzów jako zwierzę juczne, wierzchowe, pociągowe, dostarczające mleka, mięsa, skór, kości i rogów. Karibu nie zostały nigdy w pełni udomowione. Mięso półdzikich norweskich reniferów cechuje wyższa zawartość witaminy B12, żelaza, cynku i selenu, niż norweska wołowina, baranina, jagnięcina, wieprzowina i drób.

IUCN od 2015 uznaje renifera tundrowego za gatunek narażony na wyginięcie (VU, Vulnerable). Wcześniej uchodził za gatunek najmniejszej troski (LC, Least Concern). Na decyzji zaważył znaczny (40% w ostatnim okresie) spadek liczebności globalnej populacji!

Leniwy poranek i dopływ wpadający do „naszej” rzeczki.

Ach te loopy🤩

Dopiero jak zaświeciło słońce albo wsadziło się aparat pod wodę dostrzegało się prawdziwy urok koloru rzeki.

A tamtego dnia skupiliśmy się na rozlewiskach i rybach w nich pływających. Brak wiatru pomagał dorzucić suchą muchą do dalekich oczek, aczkolwiek ja szczególnie upodobałem sobie zdejmowanie lipieni patrolujących brzegi. Były to prawdziwie indiańskie podchody ale można było mieć niemalże pewność, że każde ciche podejście do wody odkrywało pływające w niej niczym w akwarium nowe kardynały. I co ważne – żadna z tych ryb, o ile nie została wcześniej spłoszona, nie była w stanie się oprzeć podrzucanym „smakołykom”. I bez znaczenia czy była to czarna sucha mucha czy „parkinson”, którego nie chciało się zmienić po przełowieniu którejś rynien. Jeśli ten nie został zmieciony tuż po wpadnięciu do wody to wystarczyło go poderwać raz- dwa razy i po chwili znikał w lipieniowym pyszczku. Fenomenalne łowienie, które dało mi tamtego dnia kilkadziesiąt lipieni ze stojącej wody.

A niektóre były niczego sobie.

A nasze towarzystwo chyba tak bardzo nie przeszkadzało białemu reniferkowi, którego spotykaliśmy każdego dnia.

Mimo kończącego się lata ciągle można było się natknąć na dość spore obszary owocującej maliny moroszki (Rubus chamaemorus).

Taki byk to już naprawdę piękne zwierzę. Niejeden myśliwy by nie pogardził spotkaniem takiego egzemplarza😬

Renifery z Arktyki, podobnie jak wiele innych zwierząt, mają w oku warstwę tkanki zwaną błoną odblaskową lub makatą odblaskową (tapetum lucidum), która leży za siatkówką. W jasnym świetle lata błona jest złota, natomiast zimą zmienia kolor na ciemnoniebieski, odbijając w ten sposób mniej światła poza oko!

Kolana niektórych reniferów podczas chodzenia wydają dźwięk przypominający kliknięcie. Dzięki temu mogą podążać za sobą nasłuchując, podczas zamieci śnieżnej.

Amerykańskie renifery, czyli caribou potrafią w ciągu roku przebyć ponad 4 500 km i jest to największy dystans pokonywany przez zwierzęta lądowe naszej planety.

My dziennie średnio pokonywaliśmy 20km (wg wskazań urządzeń z GPS)! Stracone zatem kalorie nie sposób było uzupełnić tylko liofilizatami.

Tuż przy naszym obozie wykopana była sprytna wędzarenka. U dołu należało rozpalić, po czym dym podziemnym kominem wędrował w górę, chłodząc się aż do prowizorycznego rusztu, który…

… znając życie przykryty był tą obciętą beczką, jaką znaleźliśmy w obozie przy ławeczce. Nm służyła ona jako stół kuchenny i krzesło w jednym.

W tundrze rosły też grzyby jak ten prawdziwek nieopodal naszych namiotów ale nie zawracaliśmy sobie nimi głowy – dużo z nimi zachodu a kalorii tyle co kot napłakał.

Jakiegoś dnia na prośbę Dawida poderwałem znów drona by przeprowadzić rekonesans dopływu w górze. W ogóle dron to bardzo pożyteczny „przyjaciel” na wyprawie – dostarcza wielu niezapomnianych zdjęć ze świetnej perspektywy lotu ptaka a do tego oszczędza czas i trud odkrywając czy warto iść, czy można sobie darować. Tym razem okazało się, że warto i to bardzo! Bardzo niepozorny w dole dopływ, wyżej przepływał przez mnóstwo bardzo sensownej wielkości rozlewisk.

Tu jeszcze niepozornie podąża w kierunku naszego obozu.

Pierwsze sensowne rozlewisko i odrazu fajne lipaski!

Lipień z płetwami tętniącymi od polarnych zorzy x2

 

Mącznica alpejska (Arctous alpina) – jej szkarłatne liście pięknie kolorują tundrę jesienią.

Końcówki płetw grzbietowych lipieni w arktyce też są szkarłatne.

Catch & release

Marcin znalazł tam miejsce, gdzie nie ruszając się na metr złowił 16 lipieni!

Parch – i po co kombinować?😅

Takie płytkie odcinki rzeki można było sobie darować. Ryby stały na wlewach do głębszych baniek.

Potokowce były sporadyczne, za to walka z nimi… Cudo!

Wydrukowane w domu mapy tej okolicy z Google Earth pokazywały, że dwa kilometry dalej płynie kolejny dopływ „naszej rzeki”. Ścieżka reniferów tylko umiliła spacer.

Dawid pierwszy zapiął tam rybę.

Suli był drugi.

Podwójne wypuszczanie.

Lipień Dawida poszedł jak torpeda, Marcinowy jednak postanowił się skryć między Jego nogami. Najwyraźniej uznał, że to najbezpieczniejsze miejsce w tej zapomnianej przez Boga tundrze🤔🤪

Gdy w końcu odpłynął, lipienie same płynęły do Marcina!👻

I to nie byle jakie lipienie!

Najpiękniejszy widok.

Idziemy dalej w dół…

… przerzucając rybę za rybą.

Jestem przekonany, że tam ryby wędkarza nie widziały dawno. A wszystko przez drona💪

Nawet renifery w górze tego dopływu wydawały się być zdziwione naszą tam obecnością.

Oczywiście Laponia, albo lepiej Sápmi to ojczyzna ludu mocno związanego z reniferami. Mowa o Samach, których tereny 12 tysięcy lat temu sięgały nawet za terytorium obecnej Polski.

„renifery i podążający za nimi łowcy co roku przemieszczali się pomiędzy rejonem dzisiejszych Mazur, gdzie czuć było jeszcze wyraźnie surowy oddech lodowcowego walca, i terenami leśnymi na południu. Taki tryb życia zwierząt i złączonych z nimi ludźmi trwał prawie tysiąclecie”. Ocieplający się klimat skłonił stada reniferów  a co za tym idzie i Samów by przez tereny dzisiejszej Litwy, Łotwy i Estonii przedostali się do Karelii i na północ Półwyspu Skandynawskiego. W Muzeum Archeologicznym w Krakowie do dziś można podziwiać „berło rogowe” z rogu renifera, datowane na ok. 15 tysięcy lat temu a znalezione zostało w Jaskini Maszyckiej koło Krakowa.

Jak dobrze było tam być!

A jeszcze lepiej znów w obozie, gdzie po powrocie w dziurce pod kładką zapiąłem kolejnego dobrego kardynała!😎

48,5cm

Skutek odwiedzin „spiżarki”.

 

No i najważniejsze, że udało się nam znaleźć w tundrze drewno! A nie są to proste rzeczy. Choć stara, sucha brzoza którą dostrzeżecie na dalekim planie przepalała się 2 wieczory! Jeśli takie rosną w Smoleńsku to Antoni naprawdę powinien zweryfikować swoje historyjki o wybuchu.

Danse macabre by grabarz😵

„A weź no Dawid, potrzymaj olej…”

To zdumienie a potem radość! Back to game!

Kolacja od tundry, na patelni znalezionej w tundrze, ustawionej na ruszcie znalezionym w tundrze. My przywieźliśmy tylko olej, sól i pieprz cytrynowy.

A rano kiedy zaczął padać pierwszy deszcz śniadanko było dość skromne. W ogóle na wyjeździe bardzo marzliśmy. Przyczyniła się do tego po części ekspozycja namiotów na odkrytym pagórku. Wiatr podwiewał tropiki i zabierał całe nagromadzone ciepło z wydychanego powietrza w mgnieniu oka. Puchowe śpiwory, które o tej porze roku radziły sobie świetnie na Kamczatce, tu okazały się być niewystarczające! Bielizna termiczna, ciepłe skarpety z merynosów, rękawiczki, czapki, śpiwory dające komfort cieplny przy -5 stopniach Celsjusza i ciągle marzliśmy. Podejrzewam, że gdyby namioty były zaopatrzone w fartuchy przeciwśnieżne chroniące nas od wiatru byłaby to zupełnie inna bajka. Co minimalnie pomagało to zapalona w namiocie świeczka! Owszem – trzeba mega uważać i w końcu się też wypala ale niewiarygodne ile daje ciepła!

Bielik wlatujący w tęczę – swoista alegoria zmagań pewnych środowisk w Polsce?🤔

Muszkarskie „Na jagody”.

Dawid na parcha w często odwiedzanej dziurze zapiął „największego lipienia” wyprawy, a przynajmniej tak to wyglądało w pierwszych sekundach holu😅

Ja do tego czasu rozkminiłem sposób łowienia lipieni ukrytych pod progami. Wystarczyło stanąć nieco wyżej, tak by ryby stojące za kamieniami nie dostrzegły wędkarza i „tańczyć” „parkinsonem” zaraz za nimi pod samą powierzchnią. Zmiatały tak prowadzoną muchę jak rekiny!

I to rekiny z naprawdę dorodnymi płetwami grzbietowymi!

Jesień coraz bardziej kolorowała tundrę.

Ostatni dzień sierpnia – przychodzimy z Dawidem do obozu a tam takie znalezisko. Marcin złowił dwa pstrągi, w tym większego ponad 50cm. W walce ryba, nim skapitulowała, przegoniła wędkarza 150 metrów w dół rzeki. Z pyska jeszcze wystawały resztki flaków, które wyrzucałem czyszcząc ryby ze „spiżarki”! Padlinożerca skończył z wasabi w sosie sojowym…

… a szczupak na patelni.

Ostatnia noc w tundrze.

Można było bezkarnie spalić całe drewno, jakie znaleźliśmy. To dopiero był ogień!

Iskry kusząco tańczyły na ciemnym parkiecie nocy. Księżyc w tym czasie wydawał się podpierać ścianę.

I po ostatnim lipieniu wyprawy.

Rano, mimo braku pogody, wstaliśmy nieco wcześniej by mieć 2 godziny na obrzucanie jeziorka, z którego miał nas znów odebrać hydroplan.

Doszliśmy bardzo sprawnie. Pierwsza godzina rzutów bez efektów zatem zająłem się fotografią brzozowych skarbów tundry.

Z marazmu wyrwał nas krzyk Marcina. Nie do wiary ale na niewielką wahadłówkę, która od lat nie zawodzi w Patagonii złowił naprawdę największego lipienia wyprawy.

52cm!

I kiedy w każdej chwili spodziewaliśmy się usłyszeć/zobaczyć na niebie hydroplan, który miał nas z tundry zabrać zapiąłem swoją palię…

Wzięła nad piaszczystym dnem, na wodzie sięgającej pasa i już przy pierwszym młynie wiedziałem z czym mam do czynienia. Lekki, pstrągowy spinning z dobrze wyregulowanym hamulcem kołowrotka pozwolił na pomyślne wyholowanie tej palii arktycznej (Salvelinus alpinus).

Samiec palii arktycznej 65cm!

Co za radość! Gdy odpłynął, zeszło ze mnie całe powietrze.

Minutę później nadleciał hydroplan.

Jeszcze składałem wędkę jak chłopcy rozpoczęli już załadunek.

Ostatnie spojrzenie na „naszą”, jakże łaskawą rzekę.

W prześwitach, między chmurami widać było, że wyższe partie gór mocno już przyprószył śnieg. Na ten widok naprawdę się ucieszyliśmy, że nas stąd zabierają. Nadchodzące dni, a już w ogóle noce miały się okazać naprawdę zimne.

Zieleń drzew! Jak dobrze móc znów ją widzieć.

No i te kolory wody…

Zaraz będziemy siadać.

Po zapakowaniu gratów do wozu, opuściliśmy Finlandię i zjechaliśmy na południe do Szwecji, gdzie noclegi były o niebo tańsze. Wysuszenie namiotów i wilgotnych ciuchów a potem świeżo zakupionej butelki whisky jeszcze bardziej poprawiło nasze morale.

Współczesne „dzieci z Bullerbyn” w Szwecji nie potrzebują przed szkołą stojaków na rowery. Rok szkolny się zaczął😈

Niestety ośrodek wczasowy, do którego nie mogliśmy się dodzwonić okazał się zamknięty po sezonie. Zagadnięty jednak właściciel pewnej małej stacyjki benzynowej, okazał się najpierw zainteresowany naszymi opowieściami z tundry a potem się przyznał, że „w sumie to sam ma chatkę do wynajęcia, tyle że bez bieżącej wody”…

Myśliwska chatka w kolorze jarzębiny.

To na tym tarasie, przez kolejne dni przebierać się będziemy w wodery i to patrząc na łososiową Lainio.

Wyrzuciliśmy bagaże do środka i pognaliśmy na ryby.

Nie dysponowaliśmy łososiowym sprzętem bo też łowienie łososi nie było naszym zamiarem. Na Lainio znów skupiliśmy się na łowieniu lipieni.

Dawid szybko złowił tego kardynała z poszarpaną płetwą. Mierzył 47cm.

Widok z mostu na uchodzącą do Lainio Pulsujoki.

Jesień przez miniony tydzień zdołała już na dobre rozgościć się w lasach północnej Szwecji.

Lipek ten nie wyglądał a był najdłuższym moim na tym wyjeździe – 49cm.

Po złowieniu zadowalającej liczby lipieni pogadaliśmy jeszcze z Finami, którzy obozowali od kilku dni poniżej mostu. Jeden z nich pół godziny wcześniej stoczył walkę i pomyślnie wyholował ponad metrowego łososia. Kolejnego dnia mieli skończyć łowienie. I to w momencie gdy późny ciąg największych ryb właśnie się zaczął. Kilka zaobserwowanych spławek nie zostawiało wątpliwości.

Najbliższa noc znów miała być ciepła. Po nieprzespanych nocach pod namiotem, spanie w takich warunkach i to w łóżku objawiło się nam mega przyjemnością. Wersal!

Jest koza, jest prąd, woda ze studni – trafiło się nam jak ślepej kurze ziarno (50EUR za chatę za dzień!)

Fińska sauna jako bonus.

Gdy już żeśmy się wygrzali, wyspali i najedli chęć do „rybałki” nie mogła przejść. Do tego pewny namiar od Wojtka Krasnopolskiego, któremu Laponia jest prawie kochanką, wręcz wcisnął nas po śniadaniu w wodery i pognaliśmy na ryby.

Do zbadania mieliśmy dwie niewielkie rzeczki ze zlewni Lainio.

Przypomniałem sobie Kanadę i jej parszywy teren – boliwijska „dżungla” niewiele się od tego rodzaju lasu różni. Przedzieranie wywołuje tęsknotę za zapachem napalmu o poranku. Ale… „dzieci szczęścia” nie mają czego żałować. Najpierw złowiłem tego pstrąga i to na obrotówkę, która wpadając do wody zahaczyła się jednym grotem o żyłkę!

A po pokonaniu szybkiego odcinka rzeki…

… na krystalicznie czystym rozlewisku piękny szczupak obciął mi meppsa! Obrzucałem całą tą pachnącą wielką rybą wodę. Lipieni, których się spodziewaliśmy tego dnia nie widział nikt. Po niespełna godzinie wróciłem do miejsca spotkania ze szczupłym i po kilku rzutach ten znów zameldował się na końcu żyłki. Cały czas obserwowałem pracującą obrotówkę aż w pewnym momencie BANG! Ryba po prostu się zmaterializowała na końcu zestawu! Tym razem miałem zawiązany i stalowy przypon i chłopaków przy sobie. Dawid sprawnie podebrał rybę i…

Rzeka od bandyty uwolniona; kolacja zapewniona! Co za kolor!🤩

Szczęście wydawało się mnie nie opuszczać!

Grzybów w dalszym ciągu nie zbieraliśmy a tych znajdowaliśmy coraz więcej! Gdybyśmy nie trzepali tylu kilometrów na nogach, pewnie mielibyśmy więcej chęci i energii do kulinarnych popisów. No ale nie po to do Laponii przybyliśmy.

Późnym popołudniem zajechaliśmy znów na królową – Lainio.

Gdzie poniżej mostu Marcin najpierw zobaczył spław i chwilę później na lekki spinning zapiął… coś. Lokomotywa wysnuła sto metrów plecionki z dość mocno dokręconego hamulca i zerwała zestaw! Mimo nieodpowiedniego sprzętu śmiało można było powiedzieć, że był to król! I to dobrze ponad metr!🤯 Do zlewni wielkiej Tornio wchodzi 100 000 łososi, z czego 60% wpływa na tarło do Lainio i dopływów Lainio. Szansa na łososia zatem jest wcale niemała.

Zdarzenie to nieco spuściło z nas powietrze. Zachód podziwialiśmy już z chaty przez okno. Trzeba było się napić.

 

Na kolację szczupak😋

Lapoński zmierzch. Niestety na zorze polarne jeszcze za wcześnie ale na gonitwę marzeń nie. Kolejnego dnia mieliśmy wraz z Dawidem ruszyć w nieznane. Marcin za bardzo zapalił się łososiami.

Pokonaliśmy piechotą 14km tundry by dojść na dziewiczy odcinek dopływu Lainio.

Kawał drogi, śnieg w górach ale się opłaciło. Dawid wyciągał rybę za rybą.

Ze mnie muszkarz kiepski więc brak wyników u mnie nie dziwił.

Po złowieniu tej ryby wróciliśmy do punktu dojścia do rzeki, gdzie swoją muchówkę zamieniłem na spinning. Dawid pozostał wierny metodzie muchowej. Tego dnia miał przerzucić 31 lipieni.

Rzeka była miniaturą prawdziwej łososiowej rzeki. Wlewy, poole, bystrza odcinające banie – pachniało łososiem.

Po dobrych 30min rzucania w końcu doszedłem do niepozornej miejscówki, gdzie wielka ryba odprowadziła mi Blue-fox’a w kolorze tęczowym nr 3. Po kolejnych 4 rzutach miałem ją na kiju! Żyłka 0,22mm i pstrągowy kijek nie dawały sporych szans ale szczęście mnie nie opuszczało. Po 10min pełnego emocji holu udało się!

Odkąd w starych artykułach Mariana Paruzela wielokrotnie podziwiałem starą reprodukcję ogromnego wiślanego łososia trzymanego za skrzela marzyłem o złowieniu samca łososia atlantyckiego w szacie godowej. Stało się. Marzenie z dzieciństwa się ziściło.

92cm, które by się tu znaleźć musiały pokonać pół tysiąca kilometrów bystrzy, wodospadów, wędkarskich sztuczek, rybackich siatek, kłusowniczych zabiegów i innych niebezpieczeństw słodkowodnego labiryntu.

Odkąd się wykluł jako mała rybka z woreczkiem żółtkowym jego życie praktycznie wisiało na włosku. W końcu jego ścieżka przecięła się z moją.

Jak mawia Olek Pastuszak – „takiego łososia nie można ot tak sobie złowić – musi być Ci dany”.

Taka ciemna już ryba jest bardzo odporna; dawno pozbyła się wrażliwości srebrniaka. Jestem pewien, że przyczyni się jeszcze do przekazania swych genów przyszłym pokoleniom łososi zlewni wspaniałej Tornio.

Po kilku godzinach łowienia musieliśmy w końcu wracać. W końcu mieliśmy przed sobą jeszcze 2 godziny marszu. Chwilę po pstryknięciu tego zdjęcia spłoszyliśmy głuszca!

Chwilę potem drogę przebiegła nam samica renifera z takim słodziakiem. Odważnie przyglądał się nam jeszcze dłuższą chwilę, podczas gdy matka czekała na niego dalej w gęstwinie.

Ostatnia dziura i ostatnia, 31-wsza ryba Dawida.

I ostatnie spojrzenie na rzekę i… w drogę!

Wyżej, na połoninach mijaliśmy więcej reniferów.

Trzymały bezpieczny dystans walcząc z ciekawością i nieznanymi zapachami.

W biegu, gdyby narzucić na nie prześcieradła sunęły tak równo, że wyglądałyby jak duchy.

Tamtego dnia z Dawidem przeszliśmy 32,5km – taka to lipieniowo – łososiowa pielgrzymka. Marcin tego dnia miał 5 brań łososi, z czego zapiął dwa a pomyślnie wyholował jednego – 94cm, tak samo pięknie ubarwionego jak mój. Niestety nie miał takiego szczęścia jak ja i z uwagi na samotne łowy dysponuje tylko selfie, na którym ryba ledwo się załapała w kadr. Tak czy inaczej dzień mieliśmy zacny. Ostatni dzień wędkowania tej wyprawy.

Kolejnego dnia ruszyliśmy do Trømso.

W fińskim Kilpisjarvi i w tą stronę trafiliśmy na reniferową inwazję!

Zwierzęta te są tam wyjątkowo mało bojaźliwe. Chodzą całymi tabunami po ulicach, chodnikach i parkingach. Karłowaty las wręcz się rusza od ich poroży.

Jeszcze trochę i byćmoże, któryś z nich trafi do zaprzęgu Mikołaja😉

W takich miejscach z reguły nie wolno robić zdjęć ale myślę, że nikt się nie obrazi bo i żaden ze mnie szpieg. Granicy fińsko-norweskiej pilnowały rogacze. Za to kilometr dalej już ludzkie „samice” z norweskiej służby granicznej sprawdziły nasze paszporty Covidowe i pojechaliśmy dalej w stronę lotniska.

W wyprawie udział wzięli (od lewej):

Marcin Sulimierski vel Mierro/Suli, Rafał Słowikowski vel Słowik i Dawid Pilch

Północna Laponia nauczyła mnie, że w Europie też można przeżyć prawdziwą, męską przygodę. Co w rzeczywistości naszego kontynentu, wielokrotnie i uparcie zamieniającej ludzi w emocjonalne zombie, albo co najwyżej we frustratów było wręcz jak objawienie. Sápmi to nie miejsce dla miękiszonów. Myślę, że z łatwością oddzieli wartościowe ziarna od plew. Tamtejsza tundra potrafi krzesać tak piękne emocje, że te przypominają iskry z ogniska. Jeśli by porównać nasze dusze do tamtejszych ognisk to na dobre rozżarzyły się w nas radość, szczęście, spełnienie, satysfakcja, Przyjaźń i nadzieja. Z drugiej strony nie zabrakło i miejsca na tak czyste i równie potrzebne odczucia jak lęk, poleganie na kimś, zaufanie sobie i komuś. Tam jest wszystko prostsze! I cudnie gdy problemy kończą się na zapewnieniu sobie ciepła i zapełnieniu pustego żołądka. Bo połowienie ryb w tak rybnych wodach mimo, że nie zawsze tak proste jak by się wydawało to koniec końców tak naprawdę wcale nie to po co się tam jedzie.

Tekst i opracowanie: Rafał Słowikowski

Zdjęcia: Dawid Pilch, Rafał Słowikowski, Marcin Sulimierski

P.S. W 5/2021 (68) numerze Sztuki Łowienia Na Sztuczną Muchę poświęconemu lipieniowym podchodom, znajdziecie fajnie złożony artykuł mojego autorstwa opisujący ww wyprawę, jak i zeszłoroczne połowy na cudownym Idsjöströmmen pióra (klawiatury) Dawida. Jego tekst pt. „Dorwać kardynała” to mistrzostwo i niezwykłe kompendium wiedzy – wg mnie obowiązkowa lektura dla każdego muszkarza!