Lubicie filmy grozy typu „Teksańska masakra piła mechaniczną”? Ja zdecydowanie wyrosłem z tego typu produkcji, a mimo to wielkie wrażenie zrobił na mnie dokument o cieszącej się złą sławą kanadyjskiej „Autostradzie łez”. W przeciwieństwie do filmów, horror wzdłuż tej drogi rozgrywa się naprawdę od wielu wielu lat. Rzeczywistość w tym wypadku jest nie mniej przerażająca niż fikcja kreowana przez filmowców – ofiary liczone są w dziesiątkach i jak do tej pory szczątków żadnej z nich nie odnaleziono. Dokument obejrzałem, zrobił na mnie wrażenie, ale jak to zwykle bywa o wszystkim zapomniałem. Do czasu …
Jechaliśmy z kolegami wzdłuż kanadyjskiej drogi w kierunku następnej miejscówki na słynnej rzece Bulkley, gdy naszym oczom ukazał się piękny widok na oświetlone porannym słońcem góry. Szybka decyzja – stajemy i cykamy fotki. Po wyjściu z auta rzucił mi się w oczy plakat z informacją o zaginionej nastolatce oraz z prośbą o pomoc.

Już wtedy coś zaczęło mi się kojarzyć, ale pomyślałem, że przecież Kanada to olbrzymi kraj i pewnie to jedynie zbieg okoliczności. Jednak następna tablica informacyjna nie pozostawiała złudzeń – jesteśmy w samym centrum obszaru, na którym działa od wielu lat nieuchwytny psychopata (albo kilku).

Na nasze szczęście psychol ten raczej nie gustuje w osobnikach płci męskiej , a tym bardziej w wędkarzach. Tak więc głównym zagrożeniem nadal były niedźwiedzie grizzly oraz niesforne baribale i to zagrożeniem jak najbardziej realnym, ponieważ przyszło nam łowić blisko dwa tygodnie w dzikich kanadyjskich rzekach na terenie Kolumbii Brytyjskiej. Łowić ryby nie byle jakie, a legendarne steelheady, czyli tęczaki morskie – znane ze swojej olbrzymiej waleczności i dynamiki podczas holu.

P.S. Więcej, o tej niesławnej autostradzie, przeczytacie tutaj (https://www.wprost.pl/swiat/10018074/Autostrada-Lez-Kanada-chce-wreszcie-wyjasnic-zaginiecia-tysiecy-kobiet.html).

Catch&Release
Steelheady w Kanadzie objęte są całkowitym catch&release, a więc każdą złowioną rybę należy niezwłocznie wypuścić. Nie jest to jedynie pusty przepis i wszyscy zgodnie go przestrzegają. Dodatkowo, aby zwiększyć przeżywalność wypuszczanych ryb, wprowadzono pewne obostrzenia dotyczące sprzętu jak na przykład możliwość zbrojenia przynęt tylko i wyłącznie w pojedynczy i do tego bezzadziorowy haczyk.


Jak widać powyżej, przynęty zbroiliśmy w kilka kółek łącznikowych. Jak się okazało sposób ten redukował znacząco ilość spadających ryb. Kilka kółek dawało haczykowi znacznie większość ruchomość, co szczególnie podczas licznych wyskoków, obniżało szansę na wytworzenie się niekorzystnej dźwigni między przynętą a haczykiem.

Rancho
Całe dwa tygodnie spędziliśmy w wynajętej chatce znajdującej się nad niedużą aczkolwiek przepiękną rzeką, w której podobno pływają największe steelheady w Kanadzie. Na dodatek są to ryby tylko z naturalnego tarła – prawdziwe dzikusy. Niestety chłodne noce, niska woda i przekłute pod koniec sezonu ryby stanowiły nie lada wyzwanie dla muszkarzy. Nawet rodowici Kanadyjczycy i Amerykanie łapali za spinning i miotali ciężkimi wahadłówkami. Nie napawało to optymizmem, ale nie poddawaliśmy się i udało nam się wydłubać trochę ryb także na zestaw muchowy, ale o tym później … 🙂
Wracając do „naszego” rancha, miejsce było nie tylko przytulne, ale posiadało jeszcze jedną niewiarygodną zaletę – obfite i przepyszne kolacje przygotowywane przez właścicieli w ich domu. Każdego dnia po łowieniu, błyskawicznie ogarnialiśmy się w naszej chatce i szybkim krokiem podążaliśmy w kierunku upragnionego posiłku. Czasem już w połowie dnia toczyliśmy dyskusje na temat tego, czym nas zaskoczą „szefowie kuchni”. Na myśl o pieczonym schabie w sosie ze smardzy cieknie mi ślinka nawet dzisiaj …


Pierwsze dni
Jak już wspomniałem, nie było łatwo dobrać się do ryb i taki właśnie przekaz dostaliśmy od dwóch Amerykanów, którzy przybyli na miejsce kilka dni przed nami. Byli to wędkarze bardzo doświadczeni w połowie steelheadów na muchę, więc informacja o zerowym urobku, nie nastroiła nas optymizmem. Nie załamywaliśmy się jednak, ponieważ nie mieliśmy wielkich wymagań i miało nas zadowolić po kilka ryb na głowę z wyjazdu. Dodatkowo ja, Maciek i Mateusz chcieliśmy zaliczyć steelheada na muchę, a jedynie Czarek jako rasowy spininngista nie zawracał sobie „machaniem pagajem” i skoncentrował się w 100% na spinningu.
Najszybciej zadanie wykonał Mateusz łowiąc już pierwszego dnia chyba najmniejszego steelheada wyjazdu, ale za to pierwszego i do tego na muchę ! Mission accomplished można by rzec, gdyby nie to , że apetyt rośnie w miarę jedzenia 🙂

Jakieś 20 metrów wyżej miałem fajną rybę i ja, ale niestety spadła po kilku bujnięciach. Za to Mateusz zaliczył jeszcze jeden gatunek tego dnia, a mianowicie coho. Co prawda ryba była już mocno kolorowa i w słabej kondycji, ale jako że pierwsza , to sprawiła łowcy sporo satysfakcji.

Następne dni rozwiązały nam worek z rybami, ale … tylko na spinning. Czarek coraz bardziej rozpoznawał temat i łowił coraz więcej, a my w akcie desperacji odkładaliśmy co jakiś czas muchówki na bok i staraliśmy się zaliczyć jakąś rybę oraz emocjonujący hol.






Jedynie Maciej pozostawał wierny dwuręcznej wędce muchowej … notabene kijowi zapasowemu, ponieważ główny Winston został potraktowany drzwiami od samochodu przez Czarka 😛


Rodowici mieszkańcy Kanady (Indianie) wiedzą, że zwariowani wędkarze są w stanie zapłacić bardzo dużo, aby dobrać się do nieprzełowionych łowisk, dlatego też utworzyli coś ala odcinki specjalne na swoich terenach. Taki kawałek rzeki znajdował się w niedalekiej odległości od naszego rancza i niektórzy z nas wyszli z założenia , że jak „szaleć to szaleć” i wysupłali całkiem spory kawałek grosza, aby połowić w ścisłym rezerwacie Indian. Chłopaki na pewno nie żałowali, ponieważ przerzucili całkiem pokaźną ilość ryb (Czarek wręcz „rozbił bank”), a przy okazji poznali dość ekscentrycznych indiańskich strażników.
Ja z Maćkiem natomiast broniliśmy się rękami i nogami żeby właśnie w tym rezerwacie nie wylądować … Wszystko wyniknęło z nieporozumienia podczas omawiania mapy z naszym gospodarzem. Plan był taki, żeby zrobić całodzienny spływ pontonem w dół rzeki, przy okazji obławiając najlepsze miejscówki i zakończyć tuż przed rezerwatem. Niestety jak to w tak dzikich terenach bywa – dostępów do rzeki jest jak na lekarstwo. Ten do którego zmierzaliśmy okazał znajdować się już na terenie Indian, a o wszystkim powiadomił nas przypadkowo napotkany Austriak, który także spływał tym odcinkiem. Na szczęście pomógł nam wydostać się z rzeki znacznie wcześniej , na prywatnym terenie jego znajomych. Tam też czekał na niego samochód, którym zafundował mi podwózkę do kumpli łowiących już w rezerwacie. Dzięki temu uniknęliśmy wtopy i straty kilkuset dolarów, o które na pewno upomniano by się na granicy rezerwatu. Swoją drogą ani ja ani Maciej nie posiadaliśmy przy sobie takiej kwoty 🙂

Na muchę też się da
Gdy już powoli traciliśmy nadzieję, że będziemy w stanie cokolwiek połowić na muchę, Maciej wyjął z bardzo przełowionej miejscówki pięknego „stalogłowego”.

Ryba połakomiła się na muchę pomarańczową typu intruder i od tego momentu to właśnie ten kolor dominował na końcu mojego muchowego zestawu.
Wstąpiły w nas nowe nadzieje i następnego dnia praktycznie nie odkładaliśmy z Mateuszem muchówek. Przyniosło to zamierzone efekty i mogliśmy zapozować z pięknymi steelheadami złowionymi na wędki dwuręczne.






Co prawda nie obyło się bez małego zgrzytu, gdy w środku tajgi przyczepił się do nas jakiś jegomość na quadzie, że przeszliśmy przez jego teren (swoją drogą kompletnie nieoznaczony), ale nie zdołał popsuć nam humorów 🙂

Rzeczka bulltrout’ów
Wydawać by się mogło, że w miejscu takim jak British Columbia, można się cieszyć totalnie nieskrępowaną wolnością i robić co się żywnie podoba. Nic bardziej mylnego. O rygorystycznych przepisach odnośnie C&R już wspominałem i zdecydowanie pochwalam takie podejście, bo właśnie dzięki niemu nadal można się tam cieszyć pięknymi rybami. Jednak jest jeden przepis co do którego mam mieszane uczucia …
Chodzi o „zamykanie” większości rzek na weekend, czyli zakaz łowienia dla przyjezdnych nie będących rezydentami British Columbia. Brzmi sensownie jeśli uznać, że ma na celu jedynie umożliwienie „dopchania się” do łowiska w szczycie sezonu osobom mieszkającym w okolicy i mającym wolne tylko w weekendy. Turyści mogą w tym czasie pozwiedzać okolicę i zostawić trochę grosza na lokalnym rynku lub ewentualnie wybrać się na otwarte odcinki głównej okolicznej rzeki – Skeeny. Jest jednak małe „ALE” … przyjezdni pod opieką lokalnego licencjonowanego przewodnika mogą łowić wszędzie ! Takich przewodników jest bardzo niewielu i ceny za ich usługi są wręcz horrendalne. Tamtejsze lobby ludzi parających się tym zawodem jest bardzo silne i w zasadzie to oni ustalają przepisy obowiązujące nad rzekami. Tak więc mnóstwo rzeczy ustawionych jest tak, aby mogli jak najwięcej zarobić.
Jako że do statusu lordów nam sporo brakuje, to gdy usłyszeliśmy o jakich kwotach mowa, szybko zrezygnowaliśmy z wynajęcia przewodnika i postanowiliśmy w weekendy szwędać się po małych otwartych do łowienia rzeczkach i po potężnej Skeenie.
Na pierwszy ogień poszedł piękny dopływ Skeeny, w którym podobno mieszkają potężne bull trouty – gatunek którego nigdy jeszcze nie złowiłem, a bardzo ładnie prezentował się na zdjęciach. Niestety mimo dwóch wypadów nad ten dopływ, nie udało nam się dobrać do dużych osobników, a jedynie zaliczyliśmy kilka średniaków i wszędobylskie coho.






Skeena i duże bulltrouty
Strumień z bull troutami po pierwsze był za mały na czterech wędkarzy, a po drugie dostępny był jedynie przyujściowy odcinek, a reszta rzeki płynęła w kanionie. Łowienia było więc dosłownie na 3 godzinki, a co robić z resztą dnia? Odpowiedź była prosta – przespacerować się nad Skeenę i tam próbować dorwać steelheada. Brzmi prosto, ale łatwo nie było.


Głównym utrudnieniem był rozmiar rzeki.


Oczywiście w przypadku spinningu to praktycznie żaden problem, ale muchowo trochę nas te warunki przerosły.

Próbowaliśmy a i owszem, ale dopiero szybkie obławianie wahadłówkami pozwoliło nam namierzyć stado stalogłowych na środku rzeki – zupełnie poza zasięgiem wędki dwuręcznej. Przez dłuższą chwilę mieliśmy z Czarkiem dzień dziecka i przerzuciliśmy solidną liczbę steelheadów. Ba, zdarzył się nawet dublet.

Oczywiście w Skeenie także były coho. Trafił się nawet jeden „świeży rodzynek”.

Steelheady były ukoronowaniem dnia, ale dla mnie osobiście najfajniejszy moment zdarzył się jakieś 3 godziny wcześniej …
Idąc w górę rzeki trafiłem na potężną banię z praktycznie stojącą wodą. Zacząłem ją obławiać na różne sposoby i oczywiście ryby stały na wyjściu. Jednak tym razem nie były to spodziewane steelheady, a … bulltrouty. Masa bulltroutów !


Po kilku solidnych rybach zawołałem Czarka i razem dokończyliśmy dzieła 🙂

Bulkley
Mimo że mieszkaliśmy nad samą rzeką, to jak już wspominałem, warunki do łowienia na muchę nie były za dobre – bardzo ciężko było skusić ryby do brania. Postanowiliśmy więc próbować także na innych rzekach, a że byliśmy po raz pierwszy w Kolumbii Brytyjskiej, musiało paść na legendarną Bulkley. Jak się później okazało – nie żałowaliśmy. Woda była trochę podniesiona i lekko mętna, steelheady w tych warunkach nie tylko były aktywniejsze, ale o dziwo zdecydowanie waleczniejsze. Może to także kwestia większej i nieprzełowionej rzeki, czyli po prostu łowiliśmy ryby, które jeszcze nie były holowane przez innych wędkarzy. Mieliśmy okazję zmierzyć się z prawdziwymi „szatanami” 🙂
Zanim jednak oddaliśmy pierwsze rzuty, sporo czasu poświęciliśmy na podziwianie przepięknej okolicy i samej rzeki.





Co prawda skuszenie steelheada na muchę nadal sprawiało nam sporo problemów, ale kilka sztuk udało się przechytrzyć. Miałem nawet dzień konia z kilkoma rybami na kiju, w tym jedną która wybrała mi praktycznie cały podkład z kołowrotka uciekając z nurtem rzeki. Próba siłowego zatrzymania klamota skończyła się spinką…
To nie była jedyna ryba, która wygrała ze mną podczas holu na tej rzece, ale najbardziej zapamiętana. Na szczęście udało się wyholować kilka sztuk na pocieszenie, w tym tę pięknotę:


Tak czy siak spinning nadal był kilkukrotnie skuteczniejszy i to właśnie na tę metodę złowiliśmy najwięcej ryb.
Miałem też przyjemność zawalczyć z niebywale silną samicą, która wielokrotnie wybierała z niezwykłą prędkością po kilkadziesiąt metrów żyłki.

Dźwięk jaki wydawał sprzęt w tym momencie był dość niespotykany. Jak się później okazało … żyłka się zmatowiła od przegrzania i dość mocno tarła o przelotki. Po zakończonym holu nadawała się jedynie do wyrzucenia. Pierwszy raz spotkałem się z taką sytuacją i od razu przesiadłem się na plecionkę. Oczywiście aby uniknąć przetarcia o kamienie wiązałem na końcu długi (3 metrowy) przypon z bardzo grubej żyłki.
… a sprzęt musiał być solidny , bo brały nam takie klamoty:




Jednak czasem trzeba mieć fart w życiu, a Mateusz do pechowców nie należy … i mimo tak uzbrojonego wędziska udało mu się wyjąć dużą rybę 🙂

Na szczęście zaraz po holu zauważył „usterkę” i przewiązał zestaw jeszcze raz.
Może właśnie dzięki temu udało mu się wyholować swoją 95 centymetrową życiówkę.

Crazy Polish guys i żerowisko grizzly
Nie, nie aspirujemy do miana następnych „wędkarzy krejzoli” czy innych kolorowych obrandowanych ekip. Nie mamy takiej potrzeby. Skąd więc ten tytuł? Tak się złożyło, że takim mianem określili nas miejscowi. Raczej niesłusznie, bo każdemu zdarza się czasem zrobić jakieś głupstwo 🙂 Zacznijmy jednak od początku …
Kilka razy organizowaliśmy sobie spływy mniej dostępnymi odcinkami rzek, tak aby obłowić jak najmniej przekłute miejscówki. Polegało to na tym, że z samego rana dwóch z nas było wywożonych w górę rzeki do jakiegoś miejsca, gdzie był w miarę sensowny dostęp do wody. Tam zrzucaliśmy ponton i cały dzień spływaliśmy łowiąc w międzyczasie, aż do umówionego wcześniej punktu z równie dobrym dostępem do rzeki. W tym samym czasie pozostała dwójka łowiła w miejscach, do których można dojechać autem lub dojść na pieszo.
Model ten sprawdzał się doskonale, ale nie było się od pewnej „wtopy”, która mogła nas sporo kosztować…
Pewnego dnia, spotkany nad wodą przewodnik, opowiedział mi o miejscu w górze rzeki, z którego można takowy spływ rozpocząć. Opisał mi dokładnie jak tam dojechać określając charakterystyczne punkty jak mostek czy kilometr rzeki. Wszystko fajnie, ale albo on pomylił liczbę kilometrów albo ja źle zrozumiałem i wylądowaliśmy na innym mostku. Spojrzałem na mapy i okazało się, że jest to mały dopływ, który teoretycznie uchodzi po paru kilometrach do naszej docelowej rzeki. Ilość pływających na naszych oczach łososi coho, utwierdziła nas w przekonaniu, że bez problemu i szybko spłyniemy tą małą rzeczką. Głupie to było założenie 🙂
Koledzy pomogli nam zrzucić ponton ze skarpy, cyknęli fotki i pojechali … czekał nas całodzienny spływ do umówionego miejsca. Zero cywilizacji, zero zasięgu telefonicznego, czysta dzicz …


Gdy już praktycznie znikaliśmy za pierwszym zakrętem, usłyszałem krzyk w naszym kierunku. Trochę się wystraszyłem, bo skąd tu ludzie? Czyżby znowu jakiś nadgorliwy farmer wściekał się , że zbezcześciliśmy kawałek jego tajgi? Nic z tych rzeczy – była to ekipa pracowników państwowych, którzy opiekują się pobliskimi rzekami. Ich zdziwione oczy i lekkie podenerwowanie nie zwiastowało niczego dobrego. Wyjaśniliśmy na spokojnie jaki mieliśmy plan i dość szybko otrzymaliśmy informację, że nie tylko nie dotarlibyśmy do ujścia, ale prawdopodobnie moglibyśmy w ogóle nie wrócić z tej wycieczki. Powód pierwszy i chyba najbardziej przemawiający do wyobraźni – za kilkoma zakrętami było żerowisko grizzly, które zbierały zapasy na zimę jedząc trące się łososie coho.
Powód drugi, który chyba jakoś byśmy przeżyli – po drodze było kilka kaskad utworzonych przez bobrowe tamy – czyli musielibyśmy albo przenosić ponton bokiem albo go porzucić i zawrócić na piechotę. Oczywiście tylko w przypadku, gdybyśmy z takiej kaskady nie spadli, ale wątpię żeby były jakieś szczególnie wysokie.
Automatycznie zostaliśmy określeni mianem „crazy Polish guys”, ale przy okazji otrzymaliśmy podwózkę na most, na który faktycznie powinniśmy dotrzeć – kilka kilometrów dalej. Przy okazji zapytali się nas czy mamy kaski i kamizelki asekuracyjne. Nasza negatywna odpowiedź raczej utwierdziła ich w stereotypowym postrzeganiu Polaków, ale co zrobić … 😛 Pomachali nam jeszcze z mostu obserwując nasze zmagania z pierwszym niedużym przelewem, pokiwali głowami i odjechali w swoją stronę 🙂



Finisz – dzień kabana
Niestety jak zawsze nadszedł ostatni dzień polowania na steelheady. Wiele tygodni czy miesięcy wyczekiwania na wyprawę, a potem czas mija błyskawicznie i już trzeba wracać do domu. Chyba jednak o to w tym chodzi. To właśnie te wyczekiwanie nadaje całej wyprawie smaku, to czas spędzony na rozmyślaniach i planowaniu nadaje wartości kolejnym eskapadom. Czymże by one były, gdyby stały się naszym chlebem powszednim…
Tym razem czułem się spełniony wynikami. Co prawda czułem lekki niedosyt ze względu na to, że nie udało mi się wyholować kilku dużych ryb, ale nie zmieniało to faktu, że byłem bardzo zadowolony z wyjazdu. Złowiliśmy ogromną ilość stalogłowych, sam udanie wyholowałem kilkadziesiąt sztuk w tym blisko dziesięć na muchę. Co ciekawe to właśnie z dwuręczną muchówką spędziłem zdecydowaną większość czasu nad rzekami, a ryb złowiłem kilka razy więcej na spinning. Nie ma więc porównania jeśli chodzi o skuteczność, a szczególnie wtedy gdy woda zrobi się naprawdę zimna. Jednak nie zawsze o skuteczność chodzi, ale z drugiej strony bezsensowne machanie sznurem muchowym jest … po prostu bezsensowne. Na szczęście na tej wyprawie tak nie było i można było spokojnie ćwiczyć rzuty skagitem w oczekiwaniu na pulsujący ciężar po drugiej stronie…
Gdzie uderzyć ostatniego dnia? Ochłodziło się, ryby na pewno zrobiły się jeszcze mniej aktywne co na pewno odbije się na wynikach. Czy przechłodzone steelheady będą miały ochotę dziabnąć nieduży i mało agresywny kąsek jakim jest mucha? Może nie ma co kombinować i po prostu brać muchówkę i jechać na sprawdzone Bulkley? Tyle, że wszystkie cele już osiągnąłem. Czułem satysfakcję ze złowionych steelheadów na muchę i szczerze nie wierzyłem, że złowię kabana ostatniego dnia w zimnej wodzie.
Może więc ponton i spływ razem z Czarkiem ze spinningami w rękach na rzece słynącej z pojedynczych wielkich ryb? Sprawdziłem pogodę i okazało się, że ma przyjść przymrozek, a więc ryby prawdopodobnie jeszcze bardziej przyspawa do dna, a więc niech będzie – spinning ! Czarek ochoczo dołączył, ponieważ u niego „opcja mucha” nie wchodzi w grę. Za to Mateusz z Maćkiem zdecydowali się na ostatnie muchowe podejście do Bulkley.
Rano pojechaliśmy kilkanaście kilometrów w górę rzeki, gdzie miał na nas czekać farmer ze swoją machiną transportową, którą przewozi wędkarzy wraz z pontonami nad rzekę … oczywiście za opłatą 🙂


Prognozy pogody się sprawdziły i zastał nas mocny przymrozek.


Nie obyło się bez przenoszenia kilka razy pontonu brzegiem ze względu na zwałki.

Sprawdziły się też obawy, że ryby nie będą aktywne. Długo nie mogliśmy doświadczyć żadnego brania, aż do momentu gdy około południa zrobiło się wyraźnie cieplej. Szybko trafiliśmy po sztuce.

Na kolejnej grubej miejscówce Czarek szybko zaczepił o zwalone drzewa …

… a ja mam potężne branie i od razu czuję, że mam coś wyjątkowego na końcu zestawu. Ryba dość długo nie daje się zobaczyć, by w końcu ukazać swój ogrom. Wyrywa mi się z gardła jedno wielkie „O Kurczaki !” i powoli schodzę z nurtem by znaleźć sensowne miejsce do podebrania potwora. Przy okazji nawołuję kolegę aby przybiegł z pomocą. Jednak ten dalej zapamiętale rzuca… Może nie słyszał 😛
Na szczęście udaje mi się podebrać wielkiego samczura za pierwszym razem i kątem oka widzę , że kolega biegnie z aparatem. Jest dobrze ! Trzymam rybę na płytkiej wodzie i w międzyczasie odhaczam przynętę i próbuję dokonać pomiaru. Jednak nie jest to łatwe w przypadku tak dużego umięśnionego zwierza. Wychodzi mi 102, ale oczywiście po chwili kolega weryfikuje na 101 cm. Teoretycznie to kolega powinien być ostatnia instancją, ale w tym wypadku zgłaszam kategoryczne veto. 102 i basta ! :)))

Kilka fotek i ryba niczym demon ucieka w odmęty swojej rzeki.
Jeeeest „kurczaki” !!!!!!!!! (tak tak , pofolgowałem sobie przez chwilę 😉 )

Tekst i opracowanie: Daniel „hlehle” Celeda
Zdjęcia: Daniel, Maciej, Czarek, Mateusz