Ależ to była wyprawa. Z całą pewnością najbardziej ekstremalna i niesamowita z wszystkich w jakich dotychczas braliśmy udział. Kamczatka to dla nas nie pierwszyzna ale tym razem wybraliśmy się na jej północ , na terytorium Koriackiego Obwodu Autonomicznego.
Naszym celem były najrzadsze i najsilniejsze ryby półwyspu – stalogłowe trocie – steelheady.
Do lat trzydziestych ubiegłego wieku gatunek ten uznawany był za nieistniejący.
Występuje tylko w kilku rzekach zachodniego wybrzeża. My wybraliśmy się na największą z nich, zwaną przez tubylczą ludność Itelmenów: Petaaj.
Pod koniec września nasza grupa licząca dziesięciu pasjonatów pojawiła się na płycie lotniska w Pietropawłowsku Kamczackim.

Tu jak zawsze czekał na nas Andrej – nasz niezastąpiony przewodnik.
Po załatwieniu tony formalności, posileniu się magicznym, syberyjskim barszczem i blinami, by nie marnować dnia ruszyliśmy w długą drogę na północ do Esso- Kamczadalskiej stolicy.

Gra w brydża i degustacja miejscowych trunków uprzyjemniała mało przyjemną podróż.

Do celu, którym okazały się letniskowe domki nad brzegiem rzeki Bystraja w pobliżu lądowiska helikopterów dotarliśmy po niemal dziesięciu godzinach jazdy.

Tu poznaliśmy się z naszymi nowymi, miejscowymi przewodnikami, rasowymi Ewenkami Saszą i Ratem ( pseudo Kak-twoj-zawut). O tej porze roku nazwijmy to ośrodek wczasowy był już niemal pusty. Jedynie sąsiedni bungalow okupowała grupa myśliwych powracających z polowania. Zaprosili nas na podziwianie trofeów – sobolich futer, ogromnych łosich łopat i niecodzienną kolację – gulasz z niedźwiedziego mięsa.

Ranek był mroźny ale słoneczny, niebo zupełnie bezchmurne co gwarantowało, że nasz helikopterowy lot się odbędzie.

I tak też się stało. Wkrótce unieśliśmy się w powietrze i ruszyliśmy w kierunku wyśnionej, wymarzonej rzeki.

W milczeniu (warkot silnika zagłuszał nawet myśli) chłonęliśmy widoki z helikopterowego okienka: górskie szczyty, wzgórza porośnięte lasem, błotniste połacie tundry.

Wylądowaliśmy w ujściu Jamme – w górze rzeki, która okazała się zakrzaczonym, niewielkim ciurkiem.

W dali mogliśmy podziwiać ośnieżony szczyt Iczyńskiej Sopki, najdalej na zachód wysuniętego, czynnego wulkanu Kamczatki.

Kiedy przewodnicy zajęli się rozbijaniem pierwszego obozu my zbroiliśmy nasze wędki.

Pierwszy kontrolny rzut przy samym obozie wykonał Rafał – i od razu agresywne pobicie. Chwilę później na brzegu trzepotał się ponad półmetrowy tęczowy pstrąg. Niezły początek. Kolejny rzut i kolejna ryba, tym razem niezbyt okazała wychudzona po tarle malma. Niczym grzyby po deszczu, na środku rzeki, na granicy ciągnącej się u przeciwległego brzegu rynny wyrośli po pas zanurzeni w wodzie kolejni uczestnicy wyprawy. Wszyscy holowali swoje pierwsze ryby.

Gównie piękne ponad półmetrowe pstrągi tęczowe.

Ale nie tylko. Marek jako pierwszą swoja kamczacką rybę wyciągnął kundżę.

Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego gdyby nie fakt, że ryba ta zazwyczaj występuje w dolnych partiach rzek, a my byliśmy na samej górze. Cóż takie są uroki Kamczatki – każda rzeka jest inna.

Podziwianie kundży zostało szybko przerwane przez donośny krzyk Rafała świadczący, że przyciął coś naprawdę dużego. I rzeczywiście wygięta w pałąk wędka nie pozostawiała złudzeń, że ma do czynienia z zacnym przeciwnikiem, okazałym parokilogramowym samcem łososia – kiżucza.

Oto rybałka co się zowie. Do wieczora złowiłem kilkanaście pstrągów powyżej pół metra, osiem kundży i sporo palii. Jasiu z jednej rynny wyholował sześć kiżuczy, z których każdy przekraczał 4 kg.

Ryby były skore do współpracy więc po spinningowym rekonesansie część grupy chwyciła za muchówki.

Dobry początek choć nie zapomnieliśmy ze przyjechaliśmy tu dla steelheadów. Wiedzieliśmy, ze jeżeli są w rzecze to znacznie niżej i że musimy się do nich dostać spływając jak najszybciej. Rankiem nasza flota była gotowa do drogi – trzy pontony i katamaran.

Spływ okazał się drogą przez mękę. Rzeka raz po raz rozdzielała się na odnogi, te zaś na kolejne i kolejne. Wciąż trafialiśmy na nieprzyjazne zawały, których pokonanie zabierało mnóstwo czasu.

Częściej dzierżyliśmy w łapkach piły niż wędki. Zdarzało się że musieliśmy przenosić pontony, najgorzej było z „bagażowym” , który po burty wypełniał nasz dobytek ważący bagatela 800 kg. Przy każdym większym zawale musieliśmy wszystko wyciągać, przenosić ponton, pakować na powrót a wszystko po to by 100 m dalej powtarzać całą procedurę. Ale przenoski i ręczne robótki z piłą to nie wszystko. Często wściekły nurt wrzucał nas wprost w objęcia szorstkich konarów drzew rosnących na brzegu czego efektem było rozprucie pontonu lub w najlepszym razie kąpiel w lodowatej wodzie.
W pierwszy dzień spływu pokonaliśmy 5 km, w drugi niewiele więcej a do mety mieliśmy jakąś skromną setkę. W takim tempie do końca wyprawy nie zrobimy nawet połowy – pomyślałem. Czy nie będzie nam dane przeciąć swych dróg ze Stalogłowym? Kolejny dzień pokazał, że nie wszystko stracone, rzeka poszerzyła się co pozwoliło płynąć lżej, bezpieczniej i szybciej.

Co jakiś czas zamienialiśmy wiosła na wędki. W kwestii wędkarskiej rzeka była łaskawsza niż w raftingowej. Ryby były niemal wszędzie.
Stanęliśmy w czwórkę obok siebie i posłaliśmy nasze przynęty w środek nurtu. Ujmujący widok: cztery wygięte w pałąk wędki, cztery równoległe hole i cztery przyzwoite kundże zwracane rzece.

Ponawiamy rzut i… powtórka – kolejne cztery kundże, tym razem nieco większe wnoszą radość w nasze serca. I tak przez dwie godziny.

Większość ryb mierzyła powyżej 60 cm ale zdarzały się i prawie 80 cm. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie doświadczyłem.

Pewnego dnia Janek, lądując łososia na kamienisty brzeg niefortunnie złamał szczytówkę ulubionej wędki. W kilka minut później, kiedy kończył zbrojenie nowego, zapasowego kija powiedział tylko: Idę zemścić się na kiżuczach.
Efektem były 24 łososie z jednego miejsca.

Wszyscy niczym w amoku oddaliśmy się łowieniu podążających w górę rzeki łososi.

Wreszcie można nałowić się do bólu.

Im niżej spływaliśmy tym łososi było więcej. Kilka lat wcześniej łowiliśmy kiżucze na Opali. Myślałem wówczas, że więcej ryb nie zmieści się w rzece. Tu było ich znacznie więcej a rzekę mieliśmy wyłącznie dla siebie.

Co jakiś czas dawaliśmy odsapnąć kiżuczom i przerzucaliśmy się na syberyjskie leopardy. Pod ogromną skarpą trafiliśmy na kundżowy raj.

Ryby zaczynały się od 70 centymetrów w górę.

Niestety jak zwykle bywa te największe, na oko dobre metrówki wychodziły zwycięsko z pojedynków.

Poza upojnym wędkowaniem żyliśmy typowym obozowym życiem.

I oczywiście spływem.

Dni mijały szybko, humory i pogoda dopisywały choć rankiem zdarzały się przymrozki.

Przerzuciliśmy już pewnie kilka ton fantastycznych ryb, jednak tej dla której tu przyjechaliśmy wciąż ani śladu. Wreszcie wszystkie odnogi połączyły się i wypłynęliśmy na szeroką spokojną rzekę.

Miejsce opisywane przez amerykańskich wędkarzy jako najlepsze do łowienia steelheadów.

Niestety wyprawa dobiegała końca. Na pierwszego października mieliśmy zabukowany helikopter, więc tak naprawdę pozostał nam jeden dzień łowienia. Nazajutrz udaliśmy się z Jankiem na całodzienną ekspedycję w dół rzeki. Teraz albo nigdy. Zabrałem ze sobą najmocniejszy kij o ciężarze rzutowym do 50 g, kołowrotek ze szpulą wypełnioną żyłką 0,40 mm i cały arsenał przynęt od karlinek, przeciążonych longów po egzekutory Salmo. Pierwsze godziny nie przyniosły oczekiwanych rezultatów. Wreszcie
posłałem srebrzystego meppsa na granicę szypotu i długiej płani. To co się wydarzyło w sekundę później na zawsze pozostanie w mojej pamięci. Po zamknięciu kabłąka nawet raz nie przekręciłem korbki kołowrotka kiedy poczułem potężne szarpnięcie. Ryba błyskawicznie zabrała mi kilkadziesiąt metrów linki. Zrywy były tak potężne, że obawiałem się o wytrzymałość topornego przecież wędziska. O pompowaniu jak w przypadku kiżucza nie było mowy, ryba nie odpuszczała nawet na ułamek sekundy. Aby odzyskać utracone metry żyłki opętańczym biegiem ruszyłem w dół rzeki. Udało się. Przez moment zobaczyłem w wodzie jej srebrzysto – różowy błysk. Serce waliło mi jak młotem. Jak ryba znalazła się w moich rękach – nie pamiętam. Trzymałem ją w objęciach gapiąc się jak urzeczony.
Ryba była piękna, ogromna i bardzo gruba, około dziewięciokilogramowy samiec, moja pierwsza kamczacka stalogłowa troć.

Znikąd pojawił się Rafał, przez chwilę w milczeniu podziwiał rybę po czym
przenikliwym wzrokiem zlustrował wodę, przeszedł kilkanaście metrów w kierunku wyjścia z bani i tam właśnie posłał przeciążonego longa. Krótkie „siedzi” potwierdziło, że właściwie ocenił miejscówkę. Teraz ja podziwiałem jego rybę – sześciokilową samicę, lśniącą w jesiennym słońcu niczym żywe srebro.

Wreszcie je znaleźliśmy, są w rzece, cóż kiedy nas już prawie nie ma – rano ma przylecieć helikopter. Po krótkiej naradzie w obozie, postanawiamy skorzystać z dobrodziejstw współczesnej techniki. Dzięki satelitarnej łączności udaje się nam przełożyć powrót o jeden dzień.

Zaraz po śniadaniu ruszamy w dół rzeki.

Okazuje się, że nad wodą mamy towarzystwo. Kamczacki lis z ogromną, puszystą kitą sennie przygląda się przepływającej rzece.

Przyświeca nam jeden cel – dać z siebie wszystko i zwyciężyć pojedynek z kamczacką sjomgą. Niestety, nie jest łatwo. Mimo iż wiele ryb udaje się namierzyć i zobaczyć w wodzie, zmuszenie ich do brania nie jest już takie proste. Tylko ja i Szerszeń dostępujemy zaszczytu, wykradając rzece dwie, pięciokilogramowe ryby.

To koniec wyprawy.
W oczekiwaniu na helikopter zostali uchwyceni wszyscy uczestnicy Ekspedycji Petaaj 2010.
Od lewej: Zygmunt Wnuk, Krzysztof Szerszenowicz, Jerzy Jurkan, Marek Bąk, Rafał Czuba, Janusz Przetacznik, Marcin Więckowski, Andrzej Biernacki, Mariusz Aleksandrowicz, Emil Szczuchniak i nasz niezastąpiony przewodnik Andrei.

Z lotu ptaka widzimy jak zmienił się pejzaż przez ostatnie dwa tygodnie. W górach jest już biało. Nadciąga długa, kamczacka zima.

Przed ostatecznym wylotem do domów czeka nas jeszcze miła kąpiel w gorących źródłach pod gołym niebem. Woda ma tu 38 stopni.

Oraz tradycyjna już kolacja pożegnalna w Elizowie.

Myślę, że byłoby lepiej rozpocząć spływ znacznie niżej i od razu znaleźć się w królestwie stalogłowej troci. Nic straconego – w przyszłym roku być może postaramy się to nadrobić. A póki co:
Do wstreczi Petaaj.

MUCHY UŻYWANE PRZEZ NAS NA TEJ WYPRAWIE MOŻNA OBEJRZEĆ NA:
http://www.galeriamuchowa.pl/?level=collection&id=25

Tekst : Mariusz Aleksandrowicz
Zdjęcia: Mariusz Aleksandrowicz, Marek Bąk, Andrzej Biernacki, Jerzy Jurkan, Janusz Przetacznik, Krzysztof Szerszenowicz, Marcin Więckowski