Półwysep ognia i lodu po raz kolejny. Tym razem wiosennie. Zawsze kamczacka ziemia gościła nas wrześniową porą, porą kiżucza i czerwieniejących liści. Postanowiliśmy zobaczyć co dzieje się w rzekach kilka miesięcy wcześniej, wkrótce po zejściu lodu. Czy uda się zmierzyć z królewskim łososiem?
Z bogatego panteonu kamczackich rzek wybieramy Lewaję, największy dopływ Elowki, rzekę, którą zamieszkują ponoć endemiczne lipienie.
Do Pietropawlowska docieramy po dwóch dniach lecąc z Berlina przez Moskwę.
Na lotnisku czekają już na nas nasi przewodnicy Andrej i Wiktor. W Pietropawłowsku nie ma sensu zatrzymywać się na dłużej. Jak mówi Andrej- tu niczego nie ma, to zadupie świata, wielkie nic. Jedźmy jak najszybciej i jak najdalej stąd.
Po uzupełnieniu naszych zapasów o kilka skromnych kwaterek ognistej wody ruszamy wynajętym od geologów Gazem na północ, kilkaset kilometrów do Kozyriewska, gdzie ma na nas czekać helikopter.
Droga jest na tyle uciążliwa, że nie mamy żadnych szans aby zdążyć przed zmierzchem na umówione spotkanie z wiertuszką. Skoro góra nie może przyjść do Mahometa …śmigłowiec wylatuje naprzeciw nam , zgarniając nas najzwyczajniej w świecie z drogi.

Lecąc pojawiają się obawy, że nie dotrzemy na miejsce. Zaczyna lać deszcz, niebo ciemnieje niczym dojrzała węgierka.

Ale udaje się, przebijamy się przez chmury i lądujemy w pobliżu rzeki w jakimś przeraźliwym chaszczowisku.

Błyskawicznie rozbijamy obóz, wznosimy kilka toastów za pomyślność wyprawy i zapadamy w błogi sen.
Rankiem rozbiegamy się po rzece. Ja z Młodym ruszamy w dół, woda jest nieco obniżona i krystalicznie czysta.

Rzucam pod zwalone w wodzie drzewo licząc w duchu na natychmiastowe uderzenie, tymczasem nic, blacha wyskakuje z wody nietknięta.

Ponawiam rzut, skręcam powoli pozwalając przynęcie skryć się za podwodną przeszkodą. I znowu nic. Kątem oka zerkam na Tomka, który czesze obiecującą rynnę pod przeciwległym brzegiem. Nic. Schodzimy nieco niżej i niżej, wciąż bez jakiegokolwiek kontaktu. Co jest z ta rzeką- myślę, woda czysta, pora dobra a tu nic. Po godzinie postanawiam ruszyć w górę rzeki, zobaczyć jak u innych. Tomek konsekwentnie brnie w dół rzeki.
W dali zobaczyłem sylwetkę wędkarza z urokliwie wygiętym kijem. To Krzysiu. Nim do niego dotarłem już wyhacza pięknego golca.

Nie jest to jego pierwsza ryba tego dnia. Wcześniej zdążył już złowić kilka lipieni, palii i nawet jedną nerkę. Ta nerka jest sporym zaskoczeniem. Ciąg tarłowy tej ryby przypada na sierpień, łowiliśmy je nawet we wrześniu, tymczasem mamy dopiero czerwiec. Czerwcowa nerka, pierwszy kamczacki łosoś.

Za chwilę Krzyś ciągnie kolejną rybę.

Nie czekając na finał, z metafizyczną łzą w oku rozpływam się w powietrzu by zmaterializować się kilometr wyżej nad ogromną, głęboką banią z mnóstwem zatopionych drzew. Trzeba brać się do roboty. Rzucam i machinalnie skręcam żyłkę do momentu, w którym jakaś niewidoczna siła próbuje pozbawić mnie ulubionej wędki. Wreszcie. Próbę podciągnięcia do powierzchni ryba ripostuje mocnym zrywem i już z impetem mknie w dół rzeki zabierając kolejne metry linki. Dokręcam hamulec i siłowo wyrzucam rybę na brzeg. To mikiża, dziki pstrąg tęczowy.

W kolejnym rzucie wyciągam malmę- gatunek palii

w kolejnym –kolejną i wreszcie lipienia. Nie jest duży, ale to pierwszy w moim życiu kamczacki lipień, mimo iż jestem tu po raz trzeci.

Pora wracać.
Zziajany i umordowany docieram do obozu. Wszyscy są już na miejscu.

W nocy długo nie możemy zasnąć snując niemal do rana opowieści, dzieląc się wrażeniami z pierwszego, wędkarskiego dnia wyprawy, dnia który wszystkim podarował piękne, dzikie i waleczne ryby.
Podczas gdy my uganialiśmy się za rybami nasi przewodnicy napompowali pontony i sklecili z gałęzi stelaż do katamaranu. Rozpoczynamy spływ.

Lewaja jest rzeką wyjątkowo szybką, odczyt z GPS-u pokazuje, że płyniemy ze średnią prędkością 8 km/h a to pozwala nadrabiać czas tracony na przenoski i pozbywanie się przyczyn zawałów.

Górny i środkowy bieg rzeki sprawia wrażenie nieuczęszczanego co najmniej od czasów dra Dybowskiego, wszędzie jest mnóstwo zwalonych, ogromnych drzew.

Dobrze, że nasi przewodnicy nie zapomnieli o piłach, bez których mielibyśmy sporo problemów, poważniejszych od tych, które mieliśmy.

Trzeciego dnia wyprawy jeszcze przed śniadaniem udajemy się z Kamilem na krótki wędkarski rekonesans. Po półgodzinnym obławianiu głębokiej rynny u podnóża skały Kamil nerwowo podrywa szczytówkę wędki do góry krzycząc mam. Patrzę w jego stronę, kij nieźle wygięty sugeruje , że ma doczynienia z nielada przeciwnikiem. I rzeczywiście po dłuższej chwili wyhodowuje na brzeg króla tutejszych rzek- czawyczę, największego przedstawiciela łososi pacyficznych. Nie jest wielka jak na ten gatunek ale zawsze to król. Gratulacje.
Po niej są kolejne. Wszyscy łowią swoje czawycze choć te największe zawsze wychodzą zwycięsko z międzygatunkowych bitew.

Jacek przez blisko dwie godziny ugania się po brzegu z ogromną rybą i kiedy wydaje się, że zmęczone stworzenie jest gotowe do wyślizgu, po prostu nie wytrzymuje kotwiczka.

Kolejne dni wyglądają podobnie, po śniadaniu płyniemy zatrzymując się w co ciekawszych miejscach łowiąc ile dusza zapragnie.

Wieczorami rozbijamy obóz i rozkoszując się przy ognisku najbardziej znanym produktem eksportowym mateczki Rasiji dzielimy się łowieckimi wrażeniami

Pewnego dnia Jacek wróci do obozu z wieścią, że niedaleko wpada niewielki dopływ wypchany po brzegi ciągnącymi na tarło łososiami. Na własne oczy postanawiamy zobaczyć to niecodzienne zjawisko. Widok jest oszałamiający, tysiące czerwonawych ryb prze w górę na tarliska, zdaje się, że po ich grzbietach można przejść na drugą stronę.

Odtąd ten widok towarzyszy nam niemal do końca wyprawy. Przepływamy pontonami ponad grzbietami ryb, które są niemal wszędzie. Nerki bo o nich mowa są jednym z sześciu gatunków pacyficznych łososi. Mimo, iż większość z nich nie jest skora do współpracy to i tak udaje nam się łowić ich po kilkanaście dziennie.

Ryby są silne i mają zazwyczaj około 4 kg. Istne szaleństwo.

Im niżej płyniemy w dół rzeki tym ryb jest więcej i więcej.

Oprócz nerek i znacznie rzadszych łososi królewskich łowimy palie często przekraczające 60cm choć zdarzają się nawet ryby z 7 z przodu.

Łowimy też lipienie,

pstrągi tęczowe

a ostatniego dnia pada kilka kundży.

Wspaniały jest przepych kamczackiej przyrody, płynąc pontonem obserwowaliśmy przemieszczające się ławice ryb zaś na nas z brzegu gapiły się ciekawskie norki, sobole i niedźwiedzie. Nad głowami krążyły ogromne pacyficzne orły Stellera.

Niestety wszystko co dobre szybko się kończy. Po 11 dniach spływu dotarliśmy w wyznaczone miejsce już na Elowce, gdzie czekał na nas niezniszczalny gruzawik.

Wracając mieliśmy szczęście podziwiać największy kamczacki wulkan Kluczewską sopkę (4750 m.n.p.m).

Jeszcze tylko promowa przeprawa przez rzekę Kamczatkę,

kilka godzin jazdy i już kolacja pożegnalna w Pietropawłowsku.

Rano meldujemy się z nieco ociężałymi głowami na lotnisku.
Do zobaczenia Kamczatko już za dwa miesiące.

Tekst: Mariusz Aleksandrowicz
Zdjęcia: Mariusz Aleksandrowicz, Bartosz Mikulski, Andrzej Gajewski, Tomasz Ciesielski i Kamil Kostecki