Gujana na naszej bucket list pojawiała się i znikała. Ba nawet została przed laty, z resztą z wybornym skutkiem, przez część kolegów odwiedzona. Wędki zostały zarzucone i to nie raz dając wręcz niewiarygodne efekty. Niestety relacja z tej wyprawy nie wiedzieć czemu nie pojawiła się na stronie. Ja jednak nie mogłem na to pozwolić.

Zatem po kilku podejściach w końcu udało się zebrać ekipę śmiałków, przebrnąć przez koszmarną procedurę wizową i ruszyć całkowicie nowym bezpośrednim połączeniem Amsterdam – Georgetown.

A że nie mieszkamy w Holandii, tylko w Polandii to czekał nas jeszcze dolot do Amsterdamu. Dziwnym trafem też część z nas nie miała okazji zobaczyć i tego osobliwego miasta, czekało nas zatem Halloween w Amsterdamie!

Na pierwszy ogień poszło muzeum Rijks. Już tam mogliśmy odnaleźć ciut klimatów naszej nadchodzącej podróży.

Największa i najstarsza biblioteka naukowa w Holandii jest biblioteką publiczną, z której zasobów po wcześniejszym umówieniu można śmiało korzystać.

Nie wiem czy to sztuka tak wpłynęła na moich kolegów ale Ci z wygadanych, niebojących się skomentować mijanej ładnej dziewczyny, sypiących jak z rękawa sprośnymi dowcipami, czy kompletnie przepadających na propozycję skosztowania nieznanego im, craftowego piwka zamienili się w kontemplujących, ponurych milczków z ustami na podkowę i przymrużonymi powiekami. A mnie – prostego grabarza zabijali wzrokiem jak tylko wydałem z siebie jakikolwiek dźwięk zachwytu!

Mało znaczący jak na zgromadzone tam zbiory obraz „Śmierć pierworodnego syna faraona”, autorstwa Sir Lawrence’a Alma-Tadema z 1878r. na mnie zrobił duże wrażenie. Klimacik „Egipcjanina Sinuhe”.

Nie dziwię się, że największymi skarbami Rijks są monumentalne obrazy Rembrandta. Przy nich reszta wypada co najwyżej skromnie, nawet Autoportret w szarym pilśniowym kapeluszu Van Gogh’a. Ale co mnie niesłychanie dziwiło to owszem, na wejściu nasze plecaki zostały sprawdzone (byle jak i wybiórczo), czy przypadkiem nie wnosimy ostrych przedmiotów czy jakiejś żrącej chemii ale taki Van Gogh sobie wisi jak obrazek u każdego z nas w domu. Można podejść i nawet polizać, co oczywiście jest zabronione ale nim ktokolwiek by zareagował to może się wiele stać.

Myśląc o zwiedzaniu Amsterdamu, nie można pominąć tzw. Dzielnicy czerwonych latarnii (De Wallen). Sztuka i to już tematyczna zagościła również na jej brukowanych uliczkach.

Gdzieś tam w jednej z uliczek, nieco na uboczu stoi pomnik postawiony w hołdzie „pracownic seksualnych” nawołujący do poszanowania przedstawicielek tego najstarszego zawodu świata.

I mimo, że uliczki pod czerwonymi latarniami dopiero miały ożyć po zmierzchu, atmosfera miejsca chyba nieco udzielała się odwiedzającym.

Po zachodzie słońca dzielnica odżyła na dobre. Z każdą chwilą przybywało ciekawskich turystów a ciemne okna coraz częściej rozświetlało czerwone światło i pojawiały się dziewczyny. Jedne porobione jak dmuchane lale, inne naturalne, brzydkie i ładne, młode i stare, blondynki, rude i brunetki, czarnoskóre, Azjatki i białe – pełen przekrój. Co kto lubi. Do końca tam wizyty nie pozbyłem się wrażenia, że były jak towar. No ale prostytucja w Holandii jest w pełni zalegalizowana. Osoby świadczące usługi seksualne są uznawane za przedsiębiorców, opłacają podatki od dochodów i mają prawo do ubezpieczeń społecznych. Domy publiczne oraz agencje muszą posiadać oficjalne zezwolenia wydawane przez gminy i podlegają ścisłym kontrolom sanitarnym oraz bezpieczeństwa.

Na zdjęciach tego nie zobaczycie ale pracujące tam prostytutki cieszą się większą estymą i szacunkiem niż by można było się spodziewać. Nie wolno robić im zdjęć i dbają o to agresywnie pukając w szyby a i sam byłem kilkukrotnie upomniany przez przechodniów, którzy widzieli u mnie aparat tylko powieszony na szyi.

Także mogłem co najwyżej cyknąć fotkę sexshop’om, muzeum erotycznym czy kinom albo teatrom.

Teatrom? Tak! Odbywają się tam spektakle na żywo. Temat przewodni oczywiście SEX.

Sklepy mające w swoim asortymencie tylko prezerwatywy, wydają się najmniej poważne. A condomy o kształcie i malowaniu bohaterów filmów, kreskówek, zwierzątek wyglądają kuriozalnie. Kto to w ogóle kupuje?!

Bo takiego Trump’a to rozumiem, że największy ch…j! Albo najmniejszy🤪

Od chińszczyzny…..

Do poważnych salonów. Sex w Holandii to zdecydowanie nie temat taboo.

Szacunki dotyczące udziału prostytucji w PKB Holandii są trudne do precyzyjnego określenia ze względu na szarą strefę ale większość analiz mówi o 5% udziału w dochodzie narodowym kraju.

Kolejną gałęzią  znacząco wpływającą na PKB Holandii jest działalność tzw. Coffee shop’ów i sprzedaż narkotyków miękkich.

Holenderski skarb państwa zarabia rocznie 400 milionów Euro na sprzedaży substancji psychoaktywnych. Zatem nie dziwi mnie, że już na lotnisku przyjezdnych witają olbrzymie, podświetlone kasetony w kształcie żelków sprzedawanych w coffee shop’ach.

Żeby nie było jednak tak słodko, w Holandii na politykę narkotykową wydaje się 2 mld euro rocznie. Około 540 mln kosztuje profilaktyka, leczenie i redukcja szkód. Ponad 1,5 mld euro kraj ten wydaje na działania organów ścigania w zakresie polityki narkotykowej i pozbawienie wolności osób skazanych za przestępstwa związane z narkotykami.

Ktoś zapyta – to o co wielkie halo?! Gdzie tu biznes?! Ale zaraz, zaraz. Marihuana i grzybki to nie tylko sprzedaż w coffee shopach ale także powiązane sektory gospodarki. Wpływy do budżetu pochodzą głównie z podatków od sprzedaży, VAT i opłat lokalnych. Dodatkowo zarabiają właściciele lokali, pracownicy i dostawcy. Wielu turystów odwiedza Amsterdam czy inne miasta właśnie z powodu coffee shopów. To przekłada się na noclegi, transport i gastronomię, czyli dodatkowe źródła wpływów. W praktyce marihuana to koło zamachowe dla wielu branż, które korzystają w Holandii z jej popularności. Pomijając dochód z podatków i dochody coffee shopów same wpływy z turystyki powiązanej ocenia się na 1,5-2,5 mld euro a gastronomia i noclegi oferowane turystom przylatującym zajarać zarabiają 1-2 mld euro.

Jedną z głównych atrakcji turystycznych tego miasta jest rejs kanałami.

A kiedy zachodnia Europa trąbi o zielonych ładach, klei nakrętki z butelkami i sztucznie podbija ceny paliw wszelakich z uwagi na dbałość o ekologię pamiętaj, że jak zachce Ci się w centrum Amsterdamu szczać to są takie oto „szczalnie”, gdzie wchodzisz, lejesz na ścianę a szczyny spływają bezpośrednio do kanałów a z nich dalej do rzeki Amstel i jeziora Ij i w końcu do Morza Północnego. Czyż nie pięknie?!

A mimo to jesienną porą jest klimacik tam jak cholera!

I pomyśleć, że kilkanaście godzin później, nieco zmęczeni holenderskimi atrakcjami lądowaliśmy w Stabroek – dawnej stolicy holenderskiej kolonii Essequibo i Demerara, która dziś w niezależnym państwie nazywa się Georgetown. A po kolejnej, już jakże spokojniejszej nocy zapakowaliśmy tyłki do awionetki i polecieliśmy ku prawdziwej przygodzie.

Po drodze czekał nas jeszcze krótki postój nieopodal wodospadu o największym na świecie swobodnym spadku wody. Wysoki na 226m i szeroki na 100m Kaieteur.

Ląduje się nie u jego podstawy a na szczycie

Dalej to już kilkusetmetrowy spacer z przewodnikiem (to serce Parku Narodowego Kaieteur) między ogromnymi bromeliami, w których często mieszkają wielce toksyczne żaby drzewołazowate, z których trucizny korzystają lokalni Indianie przy produkcji zatrutych strzałek do polowań.

89% powierzchni Gujany to las deszczowy, w którym już głęboko się znaleźliśmy. Miesiąc wcześniej turystów na tymże szlaku miał spłoszyć jaguar a codziennie popołudniu widuje się tam skalikurki gujańskie (Rupicola rupicola) a w takim poszyciu trzeba uważać na wielce niebezpieczne żararaki lancetowate (Bothrops Matrox).

Niestety my musieliśmy się zadowolić „tylko” endemiczną złocistą rzekotką z gatunku Anomaloglossus beebei, która występuje tylko w tym parku, na powierzchni 20 km kwadratowych. Żyje tylko na bromeliach z gatunku Brocchinia micrantha. Jaja składa na tych zielonych liściach a kijanki lądują w zbiornikach wody u ich nasady jak na tym zdjęciu. Żywią się detrytusem, larwami owadów, niezapłodnionymi jajami i innymi kijankami.

Kaieteur podziwia się tam z kilku stanowisk, a oto jedno z nich. Nazwa tego wodospadu pochodzi z języka Indian Patamona i znaczy mniej więcej „upadek starca”, co ma upamiętniać legendarnego wodza  Kai tego plemienia, który poświęcając się miał popłynąć na wodospad czółnem by udobruchać duchy lasu i uratować swój lud.

Przy wysokim stanie wody to dopiero musi być efekt! Ale i tak – nie było krzywdy. A niski stan wody dobrze wróżył wędkowaniu, choć to dopiero dopływ naszej rzeki – Potaro.

Heliconia acuminata – co ciekawe, to czerwone to wcale nie kwiat. To podsadki, które dopiero otaczają właściwe, mniej pozorne jasne kwiatki.

 

Kaieteur w szerokim obiektywie. Te jasne rośliny u jego podstawy to porastająca zimną skałę Brocchinia reducta. Roślina, która żyje nie dzięki wartościom odżywczym w ziemi a owadom, które wabi wydzielanym pyłkiem. Te spadają po śliskich liściach do środka lejka podobnego jak ten, w którym żyją rzekotki złociste i są po prostu przez roślinę trawione. Oczywiście obok nich występują rosiczki różnych gatunków.

Tres Amigos – po wcześniejszej wspólnej Grenlandii dobrze było grzać gnaty tym razem w tropiku.

Mirek zahipnotyzowany niczym w Rijksmuseum

Cała wycieczka trwała ok 3 godziny. No ale do Gujany przylecieliśmy, co pewnie nikogo nie zdziwi by łowić ryby. Ostatni rzut okiem na Kaieteur.

Loty w Gujanie odbyły się tak sprawnie i przyjemnie, że zahartowało nas to dobrze. Na powrocie i w Brazylii – zero strachu.

Lot nad selwą czy to amazońską, czy gujańską jest wspaniałym doświadczeniem. Ocean zieleni, który nie kończy się od horyzontu za plecami do horyzontu przed Tobą. A każde drzewo to osobny świat, a każdy kilometr piechura potrafi wykończyć. Zostaje się z krwawiącymi odciskami od maczety, obtarciami od kaloszy, ukąszeniami owadów, ranami kłutymi i ciętymi od roślin. Wszystko tam chce Cię dopaść by przedłużyć swoją egzystencję. Świat tak piękny, że aż nierzeczywisty. Tak mało gościnny, że przypomina oceaniczne odmęty, do przetrwania których jesteśmy tylko trochę mniej przystosowani niż do tej piekielnej puszczy. Taka droga jak ta poniżej, jak nie będzie regularnie utrzymywana to prędzej niż myślicie zostanie wchłonięta przez zachłanny las.

Lądowisko w Kurupukari. Nie ma tam żadnej lotniskowej infrastruktury poza wykarczowanym lasem, nieutwardzonym pasem startowym i ogrodzeniem z bramą by nie kręciły się tam psy czy inne gospodarcze zwierzęta.

Sami zabieramy nasze bagaże i pakujemy się do czekającego już vana, by po 5 minutach znaleźć się na łodziach, gdzieś na górnej Essequibo

Las Iwokrama to ścisły rezerwat o powierzchni 371 tys. hektarów, położony w samym sercu Gujany. Jedyna droga, którą można się przezeń przemieszczać to rzeka.

Naszym domem na najbliższe 10 dni miała się stać ta oto, samowystarczalna piękna baza z mozołem wydarta dżungli (raczej selwie albo lasom deszczowym). Las i jego mieszkańcy jednak cały czas upominają się o ten przywłaszczony przez ludzi skrawek. A to jaguar zagryzie kilka owiec, a to anakonda skubnie kurczaka czy nietoperz wampir posmakuje świńskiej krwi. Niebywałe ile trudu trzeba włożyć by to wszystko utrzymać a w tym ugościć takich jak my.

A dookoła nic – tylko gęstwina lasu z prastarymi górami w tle.

Jeszcze wtedy nie wiedzieliśmy ale rzeka jest tak ściśnięta imadłem gęstej puszczy, że przez cały nasz tam pobyt nie mieliśmy widzieć ani jednego wschodu, czy zachodu słońca. Niby nic ale jakby się nad tym zastanowić to jednak przedziwne.

24 godziny na dobę przy plaży kręciły się kajmany okularowe, które zawsze liczą tam na resztki ryb wyrzucane z łodzi po zakończonym wędkowaniu.

Moim i Dawida przewodnikiem był Lionel, który znał rzekę i las jak własną kieszeń i co cenne – dzielił się fantastycznymi opowieściami, najczęściej o zwierzętach zamieszkujących las Iwokrama. Z łukiem się nie rozstawał. Podobnie jak my z wędkami na wodzie.

I jakkolwiek by się człowiek nie przygotowywał, nie zbierał informacji od ludzi, którzy już tam wędkowali, nie był uzbrojony w polecane przynęty, zrozumie o co chodzi dopiero pierwszego dnia wędkowania.

Takie wlewy między kamieniami zawsze są pilnowane przez dobre ryby. W tym przypadku była to piękna aruana, która po obłędnym ataku i piekielnej walce sponiewierała Dawidka jak małego Kazia. Nie popełnił błędu – po prostu się w końcu spięła.

Mijać się mieliśmy regularnie. Wody jednak jest tam tak dużo, że nie miało to praktycznie znaczenia. Do tego te same miejsca obławiane rano, w środku dnia czy wieczorem odpalały coraz to inne ryby.

O wilku mowa – Lionel. Sympatyczny i cichy. Zapytany o coś stawał się gadatliwy. Minus był taki, że dziwna gwara i brak zębów pozwalały zrozumieć 30% tego co mówił. A można by z tego napisać książkę.

Od godziny 10:00 aktywność ryb spadała i czas zwalniał. A że podczas naszego tam pobytu nie było żadnych komarów, można było się glebnąć i pogapić na ten piękny świat.

A jak się zaczynało nudzić to się wracało do rzucania.

Lunchyk prosty, no ale jak będziemy chcieli się pysznie najeść to pojedziemy do Brazylii albo na wyjazd śladami kuchni neapolitańskiej. Tam byliśmy w innym celu, by najebać ryb ile wlezie!

Poco moco – roślina, której podgrzany w garnku sok zamienia się w gęste mleko a to działa fantastycznie znieczulająco na toksynę z jadu np. rai – niebezpiecznej płaszczki, która może wbić kolec nieostrożnemu, brodzącemu w wodzie piechurowi.

Nasz Lionel po spotkaniu z rają miał spędzić w szpitalu 3 miesiące a roślina ta miała mu pomagać wielokrotnie podczas innych wypadków. Rosnąca w lesie wygląda tak.

No ale od botaniki medycznej znacznie bardziej interesuje mnie ichtiologia. Na zdjęciu endemiczny gatunek pielęgnicy pawiookiej występujący w dorzeczu Essequibo. Lokalnie znany pod nazwą „lukunani”, o nazwie łacińskiej Cichla cataractae, opisany przez zespół badaczy dopiero w 2020 roku!

Oczywiście Mirek nie bez powodu ma na nazwisko Fischer. Strach pomyśleć jakie rybony by łowił gdyby pisało się przez samo „h”!👻 A tak serio – gość ma genialny warsztat!💪👏

Tomek z mniejszym ale jakże idealnym egzemplarzem.

I tak jak w Brazylii na Rio Negro peacocków należy szukać przy podwodnych drzewach, tak na Essequibo przy skałach. Szczególnie późnymi popołudniami zapuszczają się na kamienne płycizny w poszukiwaniu słodkowodnych krabów. Jeśli w ich zasięgu wtedy znajdzie się niewielki popper – nie ma szans by pogardziły. Atakują wtedy jak torpedy i przeżywa się wtedy z wędką jedne z lepszych chwil, jakie można tam doświadczyć.

Poza peacockami, szczególnie w pobliżu spokojnych lagun, odciętych od głównego nurtu formacjami skał można liczyć na branie bicudy (Boulengerella cuvieri)

Nazywana „amazońskim szczupakiem” zajmuje podobne do szczupaczych stanowiska i walczy dość podobnie, choć na pewno częściej wtedy zobaczyć ją można w powietrzu.

Typowa, peacock’owa woda

Takie porośnięte roślinnością kamienie z szybką wodą to królestwo pacu ale i do nich dojdziemy.

Brzytwodzioby amerykańskie (Rynchops Niger) – chwytają pożywienie, lecąc tuż nad wodą z zanurzoną dolną częścią dzioba. Ta tnie wodę niczym brzytwa, a gdy tylko natknie się na rybkę… chaps! Z uwagi na sposób polowania, żerują głównie nocą.

My polujemy w dzień, nocne zasiadki na suma mniej nas interesują.

Chyba że nocne zasiadki przy szklaneczce rumu😉

Takie nurciki może zamieszkiwać wszystko!

Uroki tamtejszej puszczy wypaliły się na zielono nie tylko na kartach pamięci ale i w serduchach. Oj różni się ten las od tego znad Rio Negro. Tam jet oddech i jakaś przestrzeń. Tu czuje się nieco klaustrofobicznie. Ściana lasu jakby pochylała się nad Tobą by po chwili wszystko pochłonąć. Czasem niepokojące, zawsze fascynujące.

Złota godzina – najlepszy czas na krabożerne peacocki. Między takimi formacjami skalnymi często widać wtedy zawirowania wody, wystające grzbiety i ogony tych ryb. Wystarczy cicho podpłynąć i…

Nie czeka się długo na branie.

Portret w złotym świetle

Nie chcielibyście przedzierać się przez te chaszcze

Dużym komfortem jest możliwość podziwiania tego z pokładu szybkiej, śmigłej łódki, która dzielnie sobie radzi z najszybszymi nurtami.

Rybołowy (Pandion haliaetus) mają tam prawdziwy raj. I nie wiem czy gdziekolwiek na świecie znajdą lepszy (?) Może na Kamczatce ale tam przegrałyby szybko z orlą konkurencją.

Niemal każdego dnia budziły nas awantury amazonek modrobrewych (Amazona amazonica), których krzyki echem odbijały się od linii lasu i docierały do naszych domków, jakby pochodziły tuż zza ściany.

Często żerują w dużych stadach i uwielbiają owoce, nasiona, orzechy a także kwiaty i pąki liści dlatego przez rolników uważane są za szkodniki.

Rybacy i wędkarze za to za jedne z większych szkodników uważają wydry. Tu największe z nich – ariranie amazońskie (Pteronura brasiliensis), nie bez powodu nazywane wilkami rzecznymi. Ich grupy liczą do 20 osobników i zajmują terytoria 20 km kwadratowych, wyłącznie przy rzekach, choć potrafią spędzać dużo czasu na lądzie. Ta jasna plama futra na gardle jest bardzo indywidualna – można ją traktować jak linie papilarne w celu identyfikacji poszczególnych osobników.

Gdy takie stadko przepłynie – można sobie darować po nich poprawianie. Są niezwykle skuteczne w swych łowach. Wyżerają ryby od tych najmniejszych do kilkunastokilogramowych sumów (nie ma się co dziwić skoro największe osobniki tych wydr potrafią ważyć 45kg!), ślimaki, kraby a nawet ptaki i ich jaja. Z drogi schodzą im kajmany i jaguary!

Jak z Dawidem wstrzeliliśmy się w dobrą przynętę to podobnych peacocków łowiło się dziennie kilka, mniejszych pewnie kilkanaście/kilkadziesiąt.

Kilkanaście razy dziennie widywaliśmy i ary zielonoskrzydłe (Ara chloropterus), które tworzą monogamiczne pary na całe życie.

Drapieżny myszołów czarny (Buteo albonotatus) odganiany przez parę tyranów melancholijnych (Tyrannus melancholicus). Co ciekawe, jego sylwetka w locie jest często mylona z padlinożernym sępnikiem różowogłowym (Cathartes aura) więc jego pojawienie się często nie wzbudza alarmu wśród potencjalnych ofiar. Jak widać te tyranki nie dały się oszukać.

Ary żółtoskrzydłe (Ara macao) – ich masywne dzioby potrafią rozłupywać najtwardsze orzechy brazylijskie. Co ciekawe, podobnie jak ludzie są prawo- albo lewo- ręczne; zatem do podtrzymania pokarmu używają zawsze jednej nogi. Zaciekawione albo zaniepokojone potrafią się rumienić!

Ary zwyczajne (Ara ararauna) – samce tego gatunku o najbardziej intensywnych barwach mają największe szanse na znalezienie partnerki.

Ciekawe jak z intensywnością barw peacocków🤔

Na te z bardziej intensywnymi barwami zdecydowanie bardziej lecą wędkarze🤪

No ale chyba najbardziej osobliwymi rybami tamtej rzeki, które z powodzeniem często można złowić na spinning są srebrne arowany (Osteoglossum bicirrhosum), które dzięki corocznym wysokim stanom wód w porze deszczowej przywędrowały tu z Amazonki.

Nazywane rybami małpami z uwagi na ich skoczność, kiedy to z nadwodnej gałęzi potrafią zdjąć owada albo niewielkiego ptaka, choć fantaści mówią i o małpach!

Zdolność oddychania powietrzem atmosferycznym daje jej sporą przewagę nad innymi rybami, z którymi dzieli naturalne siedliska.

W Azji nazywana „rybą smokiem” i wcale nas to nie dziwi – jej głowa, jak i cała wijąca się sylwetka podczas patrolowania rzecznej toni rzeczywiście przypominają chińskiego smoka.

W Gujanie łowi się ich sporo, do tego najczęściej występują w stadach. Gdy spudłują atakując powierzchniowego popperka, należy zostawić przynętę bez najmniejszego ruchu na kilka do kilkunastu sekund! Rzadko kiedy nie poprawi. Jest to o tyle trudne, że przy ataku peacocka za to trzeba przynętę powierzchniową poprowadzić jeszcze agresywniej. Wymaga to koncentracji, uważnej obserwacji wody i powstrzymania mechanicznych odruchów.

Oczywiście Miras nasiepane miał ich już pełno!🤯

Cichla ocellaris – drugi gatunek peacock bassa, zamieszkujący wody Essequibo. Znacznie barwniejszy ale mniejszy i występujący na spokojniejszej wodzie.

A rzeka oczarowuje widokami różnych odnóg. I nie ważne czy patrzy się z poziomu ziemi…

… czy z perspektywy lotu ptaka.

Gujana oznacza „ziemię pełną wód”. Człowiek nigdy nie wziął tej ziemi w pełne posiadanie, nie ujarzmił jej, nie uczynił poddaną. To raczej ona każe człowiekowi klękać. A rzek jest tu ponad 1500! Więc z wędkami do końca życia byśmy tego nie przerobili.

A takich miejsc, które by dobrze obłowić należałoby opierdzielać cały dzień, było mnóstwo.

Kolejna wypuszczona ryba wraca przez płyciznę na głębszą wodę

Co to za dziwne zagłębienia?

Ufo? Meteoryty?

Nic bardziej mylnego – to gniazda żab. Stosunkowo bezpieczniejszy w nich skrzek a potem kijanki przy wyższej wodzie w końcu trafią do rzeki, gdzie jakiś procent przeżyje. Jaja złożone bezpośrednio w rzece pewnie nie miałby szans.

A oto mamusia…

Poza tymi dziwnymi żabimi gniazdami, któregoś dnia natknęliśmy się i na takie kocie ślady. Dzikich kotów w Gujanie mieszka wiele gatunków i są to:

Oceloty nadrzewne (Leopardus weidii), oceloty tygrysie (Leopardus tigrinus), oceloty wielkie (Leopradus pardalis), jaguarundi amerykańskie (Herpailurus jagouaroundi), pumy (Puma concolor) i oczywiście królowie tych lasów – jaguary (Panthera onca)

Ryby poukrywane w tych kamieniach były wszędzie.

Rzucone z plaży mięcho na haku skusiło tylko niewielkiego ale jak zwykle pięknie ubarwionego suma surubi inaczej tygrysiego (Pseudoplatystoma fasciatum).

😳

I jeszcze tego samego dnia Dawid zaliczył swój drugi, dotąd niezłowiony gatunek – pajarę (Hydrolycus scomberoides). Przez swe wampirze kły, które podczas zamknięcia paszczy chowają się w specjalnych otworach w górnej szczęce (aby nie przebić własnej głowy) i bardzo skoczny styl walki są emocjonującym przeciwnikiem. Do tego mają bardzo twarde pyski przez co trudno je zaciąć i potem wyholować. Generalnie paskudne ale kocham je za to, że polują głównie na piranie. A tych nie znoszę! Kasują przynęty jedna po drugiej, przeszkadzają w dobraniu się do sumów i arapaim, kaleczą największe peacocki a śmiałych pływaków pozbawiają beztroski.

Do tego czasu Mirek już dawno znudził się pajarami!😝

Prawdziwym Van Helsingiem dla pajar okazał się jednak Tomek!

W ciągu dnia też nie raz musieliśmy wyciągać z toreb poncha albo mniej wygodne kurtki przeciwdeszczowe. Były to jednak zlewy bardzo przelotne. Największe i najdłuższe ulewy zaczynały się po zachodzie słońca. Pobyt w lodge’y, a nie gdzieś w lesie pozwalał usiąść i cieszyć się beztroskim sączeniem rumu, rozmową z kolegami, lub (o zgrozo!) z uwagi na działający starlink mieszaniem palcem po ekranie smartfona.

Kontakt z rodziną to piękna rzecz, tylko po co myślami być gdzieś indziej, skoro się jest tam?

No ale nie wszyscy mieli tego dnia szczęście spać pod dachem! Zdjęcie zrobione nim przyszła ulewa!🥵

Tapiranga Ciemna (Ramphocelus carbo), jest stałym bywalcem w ogrodzie za kuchnią, gdzie żeruje na mango i innych uprawianych owocach.

Na szczęście limonki, po które się tam zapuszczałem nie interesują ptaków, za to pachną najpiękniej na świecie!

Banany to inne owoce kuszące zlatujące się tam ptaki

A podczas moich porannych ogrodowych obchodów z aparatem w ręku spotykałem jeszcze m.in. bardzo śmiałe tangarki niebieskie (Thraupis episcopus), w Trynidadzie i Tobago potocznie nazywane „blue jean”.

Tangarki palmowe (Thraupis palmarum), których nazwa jest nieprzypakowa, jako że gniazdują właśnie na palmach.

Czajki obrożne (Hoploxypterus cayanus), które gniazdują najczęściej na plażach rzecznych łach. Zatem pisklęta tego gatunku muszą szybko nauczyć się latać z uwagi na regularne zalewanie przez podnoszący się poziom wód w porze deszczowej.

Co tam jednak ptaszki, skoro z rana dobrze żerują peacocki!

Ta bicuda zafundowała mi jeden z lepszych holi w życiu, wzięła na powierzchniowego sticka w oczku wodnym za skałami przy rwącym nurcie, który szybko znosił naszą łódź. By ją stamtąd wyciągnąć musiałem w końcu wskoczyć na ławkę i wspiąć się na czubki palców z wysoko uniesioną wędką

Było gorąco ale się udało!

Wzbijając drona i patrząc nieraz w ekran odnosiłem wrażenie, że latam nad jakąś sztuczną makietą albo nad przygotowanym plenerem w hollywoodzkim studio👻

Skoro z Dawidem na naszej łodzi królowało action fishing a nie zasiadki z gruntówkami na suma, chętnie dzieliliśmy się filetami z krabami a cholery – piranie częstowały się same!

Lionel zawsze prychał śmiechem jak patrzył, że szykujemy pocha i kurtki na zbliżający się deszcz

Najczęściej zlewy szły bokiem ale weźcie się nie szykujcie jak widzicie coś takiego.

Poncho, peleryną albo w ostateczności lekka kurtka przeciwdeszczowa w Gujanie to must have.

Co fajne to taka pogodowa dynamika ruszała rybę.

Byli jednak tacy, którzy nie potrzebują pogody a marzenia o wielkich rybach realizują na przekór wszystkim przeszkodom. Pogoda dla nich praktycznie nie ma znaczenia!🤯

Mirek ze swoimi arapaimami, których nazwa łacińska nie bez powodu brzmi Arapaima gigas.

To Jego mniejsza a wiadomo, że każdy by się skichał by taką złowić!🤯

Większa część Gujany znajduje się pod tak zwartym baldachimem drzew, że ziemia pod nimi nigdy nie widzi słońca. W tym cieniu jak wampiry czyhają malaria czy denga. Duszna wilgoć sprawia, że gniją bezczelnie w lesie stawiane budynki i stopy samych budowniczych. Ludzka świadomość, wiedza o tym regionie tak historyczna jak i przyrodnicza wydaje się również tonąć w mrokach tej zielonej nocy. Tylko rzeka chroni śmiałków przed zamieszkującymi las demonami. Tylko ona zapewnia jako takie bezpieczeństwo.

I kiedy trzeciego dnia zakończyliśmy już wędkowanie a nasza łódź zostawiała wzburzony kilwater w miejscach tego dnia obławianych, po półgodzinnym spływie, 300 metrów od bazy, Lionel nagle zwolnił i zgarbiony wpatrując się w jakiś ruchomy punkt kilkadziesiąt metrów przed nami w zapadającej powoli nocy sapnął, że coś przepływa przez rzekę. Ledwo rzuciłem okiem i natychmiast  i bez wątpienia wiedziałem, że to On. JAGUAR!!!

Był zbyt wyraźny i zbyt… wymarzony (!) by obawiać się, że to ułuda. Tyle lat zazdrościłem kolegom, których ścieżki przecięły się z tym królem lasów deszczowych Ameryki Południowej. A tego dnia – 5 listopada 2025 roku moja ścieżka przecięła się ze ścieżką tego samca. Co więcej – na body mojego Canona nakręcony miałem jasny obiektyw z co prawda małą ogniskową ale po chwili mieliśmy mieć kota przy burcie łodzi! Wysokie ISO i ciut dłuższy czas naświetlania z nadzieją, że Lightroom pomoże wyciągnąć co trzeba.

Lionel po moim „Jaguar!” natychmiast przyspieszył i zrównał się ze zwierzęciem. Wrzucając luz zwiększał obroty i walił wiosłem o burtę! Przy tym krzyczał jak opętany! Chciał porządnie kota nastraszyć. Rozpoznał go – to on miesiąc wcześniej w obozie zagryzł 4 owce. W kolejne dni, mieszkańcy lodge’y czekali uzbrojeni na owcożercę by go odstrzelić i by sytuacja się nie powtórzyła. Spryciarz jednak wyczuł pismo nosem i nie pokazał się więcej. Nie wrócił by dokończyć co zaczął… aż do tego dnia.

Pytałem Lionela potem czy to był przypadek. Parsknął tylko pod nosem na moją naiwność i rzucił, że w żadnym wypadku. Kot musiał się ponownie czaić by zaatakować ale najwyraźniej coś albo ktoś go spłoszył i wolał skryć się po drugiej stronie rzeki i tak go też zobaczyliśmy.

Mieliśmy go w pewnym momencie 1,5m od burty! Zafascynowany patrzyłem jak pięknie pracują mu łopatki i mięśnie na grzbiecie. Jak z wysiłku albo bezradnej złości marszczy skórę na nosie, jak faluje mu ogon, w końcu jak zwalnia jakby ze zmęczenia przynurzając grzbiet by po chwili przyspieszyć ukazując niemal całą jego muskulaturę pod futrem tak pięknym, że gdyby nie aparat to chciałbym, jak Boga kocham dotknąć.

 

Mechanicznie robił swoje – szybko płynął przebierając łapami i patrząc ku zbawiennej ścianie bezpiecznego lasu. Raptem kilka razy lekko łypnął na nas okiem, delikatnie zwracając głowę.

Pstrykałem jak najęty, jednocześnie próbując utrwalić ten nadzwyczajny obraz, wypalić w pamięci każdą rozetkę z czarną kropką w środku; zaskakująco małe, przez co wręcz diaboliczne uszy; długie, sztywne i jasne wąsy i takie same wibrysy (wąsy dotykowe) nad oczami, które pomagają mu w orientacji w gęstym, ciemnym lesie deszczowym. Obłędne zwierzę, o którym marzyłem całe życie by móc zobaczyć w naturalnym środowisku a co dopiero sfotografować! Tego dnia ta puszcza zielonej nocy pobłogosławiła nas szczególnie!

 

Nie umiem powiedzieć ile czasu minęło nim kot dotarł do brzegu i jak oparzony wyskoczył z wody i w pięciu (liczyłem!) susach zniknął w lesie bezproblemowo omijając przeszkadzające gałęzie. Pamiętam jeszcze jak mnie zaskoczyła niewielka ilość wody, która ściekła z jego krótkiego futra. I było po wszystkim. Na szczęście całe zdarzenie, wcale nie wydawało się takie krótkie.

Dobijając do brzegu coś tam bełkotałem a gdy adrenalina w końcu zaczęła schodzić ręce zaczęły się trząść jak w delirze. Musiałem bez względu na późną porę w Polsce zadzwonić do Ewki. Gdy w słuchawce usłyszałem Jej głos to nie mogłem wyartykułować sensownego słowa. Piorunująco emocjonujące spotkanie!

Ostatnie światło dnia 5.11.2025

Rzekotka szmaragdowooka, od niedawna zwana też rzekotką bananową (Boana platanera), jako że w ciągu dnia najczęściej spotkać ją można na bananowcach właśnie. Tu na deskach naszego tarasu.

Nie chciałem by ten dzień się skończył.

Właściwie to po spotkaniu z jaguarem byłem gotów wracać do domu. Nie musiałem już nawet złowić swojej arapaimy, dla której tak w skrytości ducha tam poleciałem.

Nowy dzień – nowe nadzieje…

Poranny obchód ogrodu z aparatem niestety nie pozwolił uchwycić nic nadzwyczajnego. Chłopak od trzody chlewnej chwalił się swoimi podopiecznymi i nie ma co – w tych warunkach naprawdę miał czym.

Owce z uwagi na swą zadziwiająco dobrą, długotrwałą pamięć i zdolność do zapamiętywania szczególnie stresujących wydarzeń i niebezpieczeństw musiały jaguara mocno pamiętać. Badania dowodzą, że zwierzęta te potrafią np. zapamiętać 50 innych owiec albo ludzi i pamiętać ich przez okres dwóch lat. Zatem mam nadzieję wrócić tam nim mnie zapomną 😉

Po śniadaniu, ruszamy na ryby.

Nie sami.

 

Na jednym z płytkich przelewów Lionel pokazuje nam lusterkujące czerwone ryby – to również endemicznych dla tej zlewni czerwone pacu (Pacu myleus). Ta spokrewniona z piraniami ryba jest niby roślinożerna ale świetnie bierze na czerwone obrotówki. Może przypominają im owoce.

Na Essequibo żerują głównie na porostach występujących na podwodnych kamieniach. Czerwone pacu często na nich tak zapamiętale żerują, że zdają się nie zauważać, że ich ciała wystają do połowy z wody.

Tego dnia mieliśmy złowić ich po kilkanaście!

A że są masywnie zbudowane i jeśli tylko piranie się nimi nie zajmą to mają wielkie płetwy napędowe, w mocnym nurcie potrafią stawiać naprawdę spory opór.

Nasze kołowrotki ostro dostały przez nie w kość.

Samce, szczególnie w okresie tarła są znacznie bardziej jaskrawe – czerwono-różowe.

Shit happens! Nawet multiplikatur z DC nie powstrzyma brody, gdy obie przynęty wędkujących zepną się za plecami podczas wymachu.

Więc kiedy ja pierniczyłem się z rozplątywaniem, Dawid z kołowrotkiem o nieruchomej szpuli…

Podobnie jak nad Amazonką tak i tu tutejsze drzewa, aby posłać swe nasiona w lepsze miejsca by mogły wykiełkować i wyrosnąć owocują nie dla ptaków czy ssaków a właśnie dla ryb. Kiedy las zostaje zalany, ponad 200 gatunków owocożernych ryb Amazonii przypływa by jeść i się rozmnażać. A rośliny wyewoluowały tak by ich owoce były atrakcyjne dla ryb, w tym pacu. Większość owoców unosi się na powierzchni wody. Do tego np. wawrzyny i czy cynamonowce wytwarzają aromatyczne mleczka, olejki, żywice i kwasy, których zapach przywabia ryby. U niektórych, np. pacu wykształciły się płetwy nosowe, co widać na tym zdjęciu. Do tego mają mocne, przypominające końskie zęby trzonowe, potrafiące skruszyć owoce kauczukowca. Sumiki pancerne połykają owoce palmy w całości, trawią mięsistą powłokę i wydalają twarde jak kamień nasiono, które gdy wody opadną, kiełkuje w nowym miejscu, gdzie nie musi walczyć z rodzicem oświatło, albo w ogóle ma szansę na światło, nie jak w lesie zielonej nocy.

Ten egzemplarz widać ma tylko ogon ciut skorygowany przez piranie. Albo to inne osobniki tego samego gatunku! W Boliwii co prawda czarne pacu świetnie brały na srebrne wahadła i agresywnie goniły mniejsze rybki, a w Wenezueli z powodzeniem łowiłem je na mięcho!

Nie ma to jak dobry peacock! A te jego błękitne płetwy!

Jak większość przynęt, tak i ten wyśmienity tan tan robił świetną robotę. Dopóki nie podziurawiły mi go te cholerne piranie i po prostu przestał pracować.

Chwilowe spotkanie w cieniu drzew jednej z najlepszych miejscówek na suma. Była tam wielka na całą szerokość rzeki i głęboka na kilkadziesiąt metrów jama.

Miras jeszcze nie wrócił z arapaim ale po drodze do Lodge’y nie odpuszczał. To była definitywnie JEGO wyprawa!💪 Leiarius marmoratus zwany sumem achara.

Rybołów z kawałkiem niedojedzonej ryby.

Co odważniejsi korzystali ze słońca by nie wrócić do domu zbyt bladym.

Używane przez nas łodzie były bardzo dzielnymi jednostkami.

A formacje skalne, na niektórych przełomach Essequibo przypominały te z Seszeli.

Dawny sumowy obóz na miejscówce dobrej na drumy (Aplodinotus grunniens), ryby o genialnym smaku i których żerowanie słychać spod wody,  z uwagi na używanie przez ryby zębyów gardłowych.

Nasza łódź zdołała złowić tylko jednego druma ale pozostałe:

No i wiadomo🥸

Drumy może nie są wielkie ale za to są genialne w smaku! W krajach hiszpańskojęzycznych znana pod nazwą „corvina” i też poważana przez wszystkich znawców smaku.

Niebiesko żółte ary zwyczajne (Ara ararauna) – co ciekawe, w niewoli gatunek ten potrafi być bardzo zaborczy, wręcz zazdrosny. Swojego opiekuna potrafią nawet traktować jak partnera seksualnego! Zdecydowanie powinny żyć na wolności, jak ta para.

Po spłynięciu tych kolegów zostaliśmy sami na wodzie.

A że dobrze brały zostaliśmy zbyt długo na wodzie…

…i do bazy mieliśmy dotrzeć ciemną, głęboka nocą. Pamiętam jak Lionel grzał jak nienormalny a dosłownie nie było widać nic! Jedynie pioruny na horyzoncie raz po raz rozświetlały niebo i mogłem dostrzec nad głową linię drzew z jednej i drugiej strony rzeki. Jak nasz przewodnik omijał kamienie i płycizny doprawdy nie wiem. A gdy jak każdego wieczora masowo wyleciała z wody drobna jęteczka ten dodatkowo założył okulary przyciemniane, by owady nie wpadały mu do oczu. Wyglądał jak opętany Stevie Wonder! Gdy dotarliśmy na miejsce miałem ochotę jak papież całować ziemię.

Kolejnego dnia, po śniadaniu miało rozpadać się na dobre. Tu jedna z pomocnic kuchennych, która zapomniała coś z łodzi. Jakże to wdzięczny widok po tylu dniach daleko od domu.

Ananasy rosną tam tuż przy tarasie. Na pachtę jednak się jeszcze nie nadawały.

Co tu robić Panie jak poza dachem leje?!

Dobrze było widać miejsce gdzie spotkaliśmy jaguara. Przepływał gdzieś tam na wysokości tego zadrzewionego występu z naszego brzegu.

Jedni nudzili się w pokojach.

Inni drzemali w przejściu na hamakach.

Był czas pogadać z bliskimi.

Kuchnia i jadalnia, gdzie każdego dnia serwowano posiłki.

Większość materiałów, które posłużyły przy budowie lodge’y pochodziła z lasu, który kiedyś porastał to miejsce.

Dawid z łukiem Lionela. Ciekawe, czy jaguar przeżył bo my (turyści) byliśmy na pokładzie, czy przewodnik nie odważyłby się strzelić tak czy inaczej.

Koniec strzały z lotką, która ma ją wprawić w ruch obrotowy.

Tu ruchomy grot ze strzały na ryby.

Samica rybaczka amazońskiego (Chloroceryle amazona) podczas połykania zdobyczy.

Młody kajman okularowy, jakże zlewający się z tłem. Często widzieliśmy je dopiero, gdy płynęły zaciekawione za naszą przynętą. Trzeba było uważać by nie zaatakowały, bo skomplikowałoby to sytuację na chwil kilka. O ile w ogóle dało by się gadzinę wyholować.

Rybaczek obrożny (Megaceryle torquata). To ten gatunek z powodzeniem udawało mi się fotografować także na Ziemi Ognistej

I kolejna bicuda w powietrzu z najlepszą przynętą tej wyprawy!

Kajman z pasażerami na gapę na pysku.

I kolejna Cichla cataractea.

Aruana jak chce skoczyć to skoczy. I żadne trzymanie nisko kija nie pomoże. Świetna, sportowa ryba.

Szybko stały się one naszym ulubionym tam gatunkiem.

Smok chiński.

Czy te oczy mogą kłamać?

Lionel znał pewną kamienistą łachę gdzieś na środku rzeki, przy której miało się kręcić sporo aruan. Od razu pomyśleliśmy, że miło by było porzucać mając grunt pod nogami a nie kołyszącą się łódź. I była to miejsce bez pudła. Aruany stały wszędzie dookoła łachy, czasem marszcząc grzbietem powierzchnię płynącej rzeki. Widać było jak i gdzie pływają.

I właściwie nie było takiej, która by nie wzięła! Co jest fajne w tym miejscu, bo nie oszukujmy się – nie byliśmy tam pierwsi ani w historii ani nawet w sezonie (Amerykanów tam nie brakuje, ale przyjeżdżają głównie na sumy), mniejsze ryby, jak peacocki, aruany, bicudy itd. są tam traktowane po macoszemu. „I wtedy wyskakujemy my – cali na biało!”

W kraju dynamicznego nieba.

Aruany po braniu, często robiły taki kocioł, że ciężko było nawet ocenić ich rozmiar.

Dopiero przy podbieraniu można było się zdziwić, bo ryba mierzyła np. 90cm!

Taki peacock po takiej aruanie już nie robił takiego wrażenia.

Po prostu wiadomo było, że nic bardziej wystrzałowego tego dnia nas już nie spotka.

Kolejny dzień był naszym dniem na arapaimy! I nie powiem – ekscytacja przypominała tą kiedy się czuło pierwszy raz w życiu realną szansę na pierwsze umoczenie!

Tukan czerwonodzioby (Ramphastos tucanus), który przeleciał nad nami mógł być dobrym omenem. Ktoś umoczy na pewno!

Drzewo na tych kamlotach pokazuje na co stać rzekę przy jej wysokim stanie.

Na odcinku przypominającym labirynt kamiennych raf natknęliśmy się na wygrzewającą rodzinę ariranii.

Rzeka w górze, momentami nie płynęła po kamieniach ale po litej skale, w której zdołała wyrzeźbić liczne, naturalne kanały.

W jednym z nich natknęliśmy się na sępnika czarnego (Coragyps atratus) żerującego na martwej arapaimie. Spuchnięte truchło obracało się w tę i we w tę a padlinożerca tańczył na nim z gracją pirata kuternogi na beczce rumu pływającej w oceanie.

Mirek, który na swym koncie miał najwięcej arapaim zdradził gdzie należy płynąć. Zostawienie silnika, zbiornika z paliwem, zbędnych wędek, pustych puszek okazało się kluczowe nie tylko dla zmniejszenia ciężaru…

Bo czekała nas słodka przechadzka jakieś 200 metrów przez las. Tyle, że z łódką👻

Nie było to łatwe zadanie, ale czego nie robi się dla spełnienia marzenia. Marzenia tak śmiałego, że w żadnym wypadku nie mogę napisać, że miałem je od dziecka. Kiedy za dzieciaka czytałem Fiedlera, z wypiekami oglądałem Tonego Halika, nawet bym nie śmiał marzyć o pojmaniu wielkiej, prehistorycznej piraruku, jak Indianie nazywają gigantyczną arapaimę. Równie dobrze mógłbym zamarzyć o zobaczeniu, a co dopiero pojmaniu King Konga. Jak wkrótce miało się okazać – łódź została ze wszystkiego opróżniona również by na jej pokładzie zachować totalną ciszę. Najmniejsze puknięcie, wypowiedziane nawet cicho słowo miało te czujne „dinozaury” definitywnie płoszyć. Mocno sobie wzięliśmy to o serca. Na odnogę wpłynęliśmy z obawą, że nawet nasze szybciej bijące serca zdradzą naszą obecność. Zza winkla zatoki usłyszeliśmy wyraźny wdech z porządnym łomotem wody – zupełnie jakbyśmy zbliżali się do King Konga! Gdybym napisał o ekscytacji, kontynuując myśl o umoczeniu to – już dawno mieliśmy przestrzelone nogawki!🤪

Nie było tak różowo. Lionel milczał jak zaklęty więc pozostały nam informacje pochodzące od Mirka i własne wyczucie. Na branie wyrzuconego kawałka mięcha na haku czekaliśmy kilka godzin w upale i niewygodnym, niezbędnym bezruchu. Przewodnik by nie płoszyć ryb, nie wyciągał z wody nawet wiosła, bo spływające zeń krople wody wg Niego mogły wzbudzić w arapaimach niepokój. A tych w tym odciętym starorzeczu było na pewno kilkadziesiąt! Raz po raz, któraś wynurzała się by zaczerpnąć powietrza (oddychają powietrzem atmosferycznym). W końcu się stało!

Dawid poczuł na żyłce trzymanej w palcach (kabłąk musiał być otwarty) niepozorne puknięcie i w końcu żyłka zaczęła uciekać ze szpuli. W sekundę po zacięciu ryba była w powietrzu. W sekundę po zacięciu ryba była w powietrzu.

10 minut później szczęśliwy wędkarz miał ją w rękach. 10 minut?! Tak – to nie pomyłka. Należy mieć na uwadze, że ryby te oddychają powietrzem atmosferycznym, zatem ciągnąc pod wodą walczą na beztlenie. Dopiero podczas wyskoku i próby wytrzepania z pyska haka mogą zaczerpnąć życiodajnego tlenu. To niewiele czasu. Zatem słabną szybko. Ryby oddychające skrzelami by nas pozamiatały jak małych Kaziów. Podduszone arapaimy nie miały na to szans.

Ależ Mu zazdrościłem! Arapaima gigas pojmana!

I te kolory na ogonie!

Na swoją kolej musiałem czekać znacznie dłużej. Olbrzymie arapaimy pojawiały się to tu to tam ale wydawały się omijać podrzucane im moje filety. Jedynie piranie się nimi interesowały, doprowadzając mnie do szewskiej pasji. W końcu doczekałem się naprawdę wyraźnego brania, szybkiego zabierania plecionki a po zacięciu ogromnego oporu.

Ryba co prawda nie skakała ale opór stawiała naprawdę niezły. Ależ mnie ukłuło gdy wyszło na jaw, że ciągnąłem… raję! Do tego zapiętą za bok. Była to dość powszechnie tam występująca ale jakże pięknie ubarwiona płaszczka plamista (Potamotrygon motoro).

Brak płetw brzusznych u nasady ogona dowodził, że to samiec. Co było jednak bardziej interesujące to precyzja ryby w posługiwaniu się kolcem jadowym. Ani przewodnik ani ja nie odważyłbym się zbliżyć ręki do tej niebezpiecznej ryby. By ją wyczepić używałem kawałek kija, którym rybę siłowo odpychałem jednocześnie podciągając plecionkę wędką licząc tym samym na rozerwanie płetwiastej krawędzi ciała i uwolnienie z haka. Gdy to się nie udawało, odwróciłem kij zakończony z drugiej strony metalowym szpikulcem. Raja raz po raz chłoszcząc ogonem natrafiała kolcem na szpikulec wydając metaliczny brzęk. I powtarzało się to zbyt często by było przypadkowe. Kosmos! W końcu płetwa się przedarła a raja odpłynęła.

Tamtego dnia wracałem na tarczy. Gdy zbliżaliśmy się łodzią do końca laguny gdzie znów miało nas czekać targanie łodzi przez las, spróbowałem sfotografować jeszcze las zielonej nocy pięknie odbijający się w lustrze wody. Z prawej strony pojawiła się kolejna arapaima by zaczerpnąć tchu.

Z Dawidem mieliśmy bardzo mieszane uczucia. Pirarucu dla Indian jest święta – bez jej istnienia w przyrodzie wiele wiosek przymierałoby nie raz głodem. Zatem gatunek ten cieszy się szczególnym szacunkiem. To karmiciel. Nasze poczynania, czyli próby jego złowienia i to nie z głodu, chyba że głodu własnego ego i jakby ludzkiej próżności, a potem fotografowania się z tą przepiękną ale bezsilną rybą samym nam wydawały się trochę nie na miejscu. I to bezradne patrzenie tej ryby… Ona ma oko dosłownie jak rozumne zwierzę; jak cielak jakiś. Łypie nim na wszystkie strony i przysiągłbym, że widać w nim strach.

Spłynęliśmy do obozu, gdzie miała nas czekać noc na skałach. Smażone na kolację peacocki były genialne. Już kiedyś miałem okazje je jeść w Wenezueli. Świetna w smaku ryba!

Zasypiać mieliśmy pod rozgwieżdżonym niebem. Tym samym, pod którym być może niektóre Indianki z lasu zielonej nocy opowiadały swoim dzieciom legendę na dobranoc: „Pirarucu był młodym i pięknym wojownikiem z narodu Nalas. Młodzieniec był bardzo odważny, dumny ale i próżny, niesprawiedliwy i lubował się w popełnianiu złych uczynków. Któregoś dnia bóg Tupã postanowił ukarać go za całą jego niegodziwość i poprosił boginię Luruauaçu o rozpętanie wielkiej burzy. Posłuchała. Z nieba spadł ulewny deszcz na las Xandoré. Demon, który nienawidzi ludzi, zaczął zsyłać błyskawice i grzmoty, rażąc cały las silnymi piorunami. Silny Pirarucu polował akurat w lesie, gdy zobaczył co się dzieje, postanowił uciec, ale nie mógł. Pokonany siłą wiatru, upadł na ziemię. Piorun rozłupał ogromne drzewo, które spadło na głowę młodego wojownika, całkowicie ją miażdżąc i zbryzgując krwią resztę ciała. Bezwładne ciało młodego wojownika zostało porwane przez wody powodziowe w głąb rzeki Tocantins. Jednak w lesie Xandoré bóg Tupã nie był jeszcze usatysfakcjonowany i postanowił wymierzyć wojownikowi dalszą karę: przemienił go w czerwonawą rybę o dużych łuskach i płaskiej od zmiażdżenia drzewem głowie. Odtąd jako ryba, Pirarucu, miał pływać w wodach Amazonki, Orinoko i też Essequibo”.

Japończyk za taki widok w kiblu musiałby zapłacić milion dolarów!

Zjedliśmy śniadanie, przewiązaliśmy sprzęt…

I odbębniliśmy poranną zaprawę pod okiem prawdziwego trenera – Maurycego💪🤓

Targane przez Niego łodzie wręcz latały w lesie!

Cała reszta tylko udawała, że pracuje!

No ale pozory zachować trzeba było. Maurycemu lepiej nie podpaść😉

Godzinę później, w miejscu gdzie poprzedniego dnia wieczorem sfotografowałem oddychającą arapaimę, poczułem w palcach pstryk i z kołowrotka spadły wolno raptem dwa zwoje plecionki. Poczekałem jednak dwadzieścia sekund i bez przekonania zamknąłem kabłąk, delikatnie zwinąłem luz i zaciąłem w ciemno.

Lionel szybko odbił od brzegu na otwartą wodę, gdzie po prostu musiałem pilnować napiętej żyłki i patrzeć na skoki złego wojownika, który z łomotem raz po raz spadał na wodę.

Nie wiem jak wyglądała burza wywołana przez Luruauacu ale chyba przeżywałem podobną w lesie własnej duszy.

Dopiero kiedy arapaima wyszalała się na otwartej wodzie, dobiliśmy do brzegu z nadzieją na podebranie. Ale to nie był jeszcze koniec walki.

Po kilku jeszcze zrywach w końcu mogłem ją dotknąć! Gujana spełniła moje drugie wielkie marzenie!

Nie było nam łatwo podnieść tego prehistorycznego kolosa, nie bez powodu nazywanego żywą skamieliną.

To ryba z rzędu kostnojęzykokształtnych, czyli ma kostny język, z resztą przez Indian używany jako skrobaczka lub tarka do warzyw. Oddychanie powietrzem atmosferycznym umożliwia jej zmodyfikowany pęcherz pławny. By zaczerpnąć świeżego powietrza musi co 15, 20 do 30 minut się wynurzyć. Co jest kluczowe w jej lokalizacji dla takich wędkarzy jak my.

Jej cykloidalne łuski są niezwykle twarde i działają jak zbroja. Piranie jej niestraszne. Ba – wręcz uwielbia je pochłaniać. W lagunach jak ta, arapaimy leżą bez ruchu na dnie i zasysają wszystko co pojawi się w obrębie głowy. I oby był to cicho podrzucony filet… W rzekach z nurtem są o wiele bardziej ruchliwe, przez co trudniejsze do złowienia. Co prawda mają swoje stałe miejsca zamieszkania ale regularnie patrolują niewielki rewir wokół. Ich linia boczna w postaci tych zagłębień na części łusek, które widać dobrze na zdjęciu odbiera impulsy elektryczne. Te wytwarzane przez specjalnie przekształcone mięśnie i odbite od przeszkód wracają i odbierane są jakby przez radar. Umożliwia im to orientację w mętnej wodzie lub w ciemnościach albo umożliwia w nich znajdowanie pokarmu przez zakłócenia wysyłanych fal radiowych.

Ocenia się, że arapaima o długości 2m waży około 100kg

Nie wiem ile ta miała ale… była bardziej niż wystarczająca.

Po wypuszczeniu arapaimy musieliśmy się dokładnie umyć mydłem. Jako że ich śluz ponoć zawiera niepożądane bakterie i poza smrodem ma wywoływać suchą jeszcze skórę. Zaraz po kąpieli, uciekliśmy z laguny na główną rzekę na trochę jeszcze action fishing’u ze spinningiem. A na jednej ze skalistych wysp udało mi się w końcu sfotografować dość popularnego ale jednak bardzo trudnego do sfocenia ptaszka.

Wylatują na łowy, jak my z łowów wracamy – wybitnie nocne ptaki, które w ciągu dnia zwykle pochowane są w skalnych szczelinach i praktycznie niewidoczne z uwagi na swój wybitny kamuflaż. Mają ogromne paszcze otoczone sztywnymi szczecinkami (wąsami), które działają jak siatka na motyle podczas szybkiego, zwinnego lotu. Dodatkowo potrafią pić  wodę w locie. Lelki – ulubione ptaki, autora „Zewu Cthulu” – Lovercrafta. Nie ośmielę się na pewną identyfikację, który to dokładnie gatunek. Cieszę się jednak na tak udane zdjęcie.

Aruana – ryba z tej samej rodziny co arapaima.

Na koniec dnia Dawid na dobre rozkręcił się z peacockami.

Łowił jednego po drugim.

Kolejny portret Cichla cataractae

Las zielonej nocy dla mnie tamtego dnia jakby jaśniejszy

Na sam koniec dnia Dawid łowi luja – 63cm

Do bazy oboje wracamy jak królowie życia.

Tego dnia Michał też był królem!👏😎

Ale to oczywiście Mirek złupił wszystkim tyłki swoimi kilkunastoma aymarami (Hoplias aimara) złowionymi głównie na niepozorną cykadę w kolorach naszej flagi!

Michałowi udzieliło się trochę i Mirkowego szczęścia i Mirkowego warsztatu.

A w surubikowym miejscu dziabnęli sobie taki dublecik!👏

Kolejnego dnia uzbrojeni w Mirkowe cykady wybraliśmy się na miejsce Jego aymarowego pogromu. Niestety, jak to często bywa – nic dwa razy się nie zdarza. Do tego ani Rafał, ani Dawid to jednak nie Mirek. Do tego już w pierwszym rzucie urywam podarowaną cykadę. Skupiłem się zatem na fotografowaniu ar. Kopara mi spadła jak opowiedział, że na zamówienie pewnego kłusownika ściął siekierą drzewo z podobną dziuplą za 100$USD, tylko po to by ten mógł z gniazda wybrać dwie młode papugi.

Ta ara na szczęście mogła sobie swobodnie latać dalej i dokarmiać młode ukryte w dziupli.

Jak dobrze móc na własne oczy obserwować zdrowe środowisko, w którym żyją i mają się dobrze takie rubinowe klejnoty przyrody.

Nie sposób oderwać od nich ani oczu, ani obiektywu.

Nie nadążałem z produkcją filetów na suma, tak piranie je chlastały. Bardziej niż sumowanie przypominało ich dokarmianie.

Chyba nie muszę pisać, że Miras łowił większe!😝

Palec w tej szczęce to… brak palca! Te nozdrza muszą wyczuwać krew z naprawdę daleka!

Arirania z większym od niej samej sumem!

Zawsze mi się podobały ale z bliska niektóre egzemplarze okazały się szkaradne jak jakieś utopce. Nie chciałbym spotkać ich pływając w nocy w jeziorze Zawiat na Kaszubach.

Lunch

Essequibo przypominało mi wenezuelską Rio Nichare w jej najpiękniejszych odcinkach, z ta różnicą, że Essequibo była cała taka piękna!

Bicuda w deszczu. Zwróćcie uwagę jaką ten gatunek potrafi mieć olbrzymią płetwę ogonową. Jeśli tylko nie skorygują jej piranie. Nic dziwnego, że podczas holu z taką łatwością wypryskują w powietrze.

Tukan czerwonodzioby (Ramphastos tucanus). Dzioby tukanów mimo ogromnych rozmiarów, są zaskakująco lekkie. Zbudowane z tej samej substancji co nasze paznokcie – z keratyny. Dzioby te służą im nie tylko do sięgania owoców czy jaj bądź nawet piskląt z gniazd. Pomagają im również w termoregulacji, oddając nadmiar ciepła.

Aruany wyposażone są w jakże inne a jednak też ogromne paszcze.

Kajmany również.

Wyjec gujański (Aloulatta macconnelli) – małpa z rodzaju największych małp Nowego Świata. Potrafi ważyć 9kg. Samce tego gatunku posiadają powiększoną kość gnykową, która działa jak komora rezonansowa, umożliwiająca wydawanie dźwięków o natężeniu ponad 90dB. To najgłośniejszy głos ze świata zwierząt! Są wybitnie liściożerne, a że te są mao kaloryczne, wyjce gujańskie spędzają 80% czasu na spaniu i odpoczywaniu – tak oszczędzają energię. Z uwagi na ostrożność, najlepiej czują się w koronach drzew. Rzadko kiedy schodzą na ziemię, by się na przykład napić wody z rzeki. Generalnie czekają na deszcz a wodę spijają z liści i zagłębień w pniach drzew. Stąd może twierdzenie Indian, że gdy wyjce wyją to z pragnienia modlą się o deszcz.

Kapucynki oliwkowe (Cebus olivaceus) – co ciekawe, najdalej na wschód występują do lewego brzegu Essequibo, zatem po drugiej stronie rzeki się już ich nie spotka. Żyją w grupach liczących do 33 osobników a dominujące samce, chcąc podkreślić swą pozycję w stadzie często chwalą się innym samcom swoimi penisami w wzwodzie. Ze względu na swą wysoką inteligencję, w Stanach Zjednoczonych bywają szkolone do pomocy osobom niepełnosprawnym w podawaniu potrzebnych im przedmiotów. Należy mieć nadzieję, że nie często mają wtedy ochotę na podkreślanie pozycji dominującej😅

Ostatniego dnia dopiero popłynęliśmy poprawiać miejscówki obławiane przez nas dnia pierwszego. Przywitały albo bardziej żegnały nas znów ary zielonoskrzydłe. Należy dodać, że papugi te mają bardzo dobry zmysł węchu i rozróżniają smaki słodkie, kwaśne, gorzkie i słone, co pomaga im w selekcji pokarmu. Dodatkowo często zjadają glinkę z brzegów rzeki, która działa odtruwająco, neutralizując toksyny zawarte w niedojrzałych owocach i nasionach, które stanowią znaczną część ich diety.

Jak dłuższy czas coś nie brało to wystarczyło założyć czerwoną obrotówkę i ruszyć na pacu.

Te nie zawodziły nigdy, nawet w najmniej produktywnej porze dnia, kiedy słońce prażyło najbardziej. Miras przynajmniej do nich się nie dobrał!🤪💪

Essequibo.

Największy złowiony przez nas Cichla ocellaris

Piękny guz tłuszczowy na łbie dowodził, że to samiec. Garb ten powiększa się szczególnie w okresie godowym (ten potrafi u tych ryb, przy obecnych zmianach klimatycznych występować cały rok), służy do magazynowania białka i uważa się, że uwalnia feromony, które przyciągają samice.

Mirek z sumem czerwonoogonowym (Phractocephalus hemiolopterus), zwanym w Brazylii pirarara

Powrót do wody

Tęczowe chłopaki🤡

Kiedy my wyciągaliśmy peleryny, Miras zapiął kolejną lokomotywę pod wodą…

I był to niewielki ale jakże piękny i rzadki sum. Przez co jakże pożądany przez tropikalnych sumiarzy, okryty sławą Lau Lau, czyli Piraiba (Brachyplatystoma filamentosum)

Jeśli Piraiba waży mniej niż 50kg to nazywana jest „filhote”. Wyglądał jak bolid formuły 1 z lakierem „kameleon”🤩

I wcale nie był Mirka największą rybą tamtego dnia!

Mirosław Fischer – zapamiętajcie to nazwisko! Arapaimy w Gujanie mają je wyryte na blachę!😅

Ja nie mam na imię Mirek więc, bez żalu musiałem zadowolić się takim oto samcem Cichla cataractae

Dawid z Essequibo zaś pożegnał się taką aruanką

Maskotka lodge’y – odrzucona przez matkę a słodka jak cholera. Jak się opiła mleka z butelki to przewracała się o własne nogi. Zupełnie jakby się upiła.

Płynąc szybko łodzią nierzadko widywaliśmy pojedyncze pary kardynałków czarnogardłych. Najwięcej jednak kręciło ich się w krzaku, 10 metrów od drzwi naszego pokoju. Zupełnie jak bombki na bożonarodzeniowej choince, którą za półtora miesiąca każdy z nas miał ubierać wspominając te jakże piękne chwile w Gujanie. Pewnie każdy z nas gdyby mógł to życzyłby sobie jak najszybszy powrót do Gujany!

Paroaria gularis – jego nazwa rodzajowa pochodzi z języka Indian Tupi

Po opuszczeniu Iwokramy (nie obyło się bez przygód, bo Lionel niestety przywalił śrubą w skały i zablokowało przekładnię), docieramy znów do cywilizacji. A tam sklep (niebieski budynek).

Kurupukari w całej okazałości.

Pasa lądowego dla samolotów strzeże tam nie straż graniczna z psami K-9 tylko młoda urubitanga czarna (Buteogallus urubitanga), która na takich słupach potrafi siedzieć godzinami i zrywać się tylko do węży albo krabów, ew. małych ssaków. Upierzenie dojrzałych ptaków tego gatunku jest niemal całkowicie czarne, stąd angielska nazwa – black hawk.

Strefa bezcłowa lotniska nie urzeka.

Dobrze, że chociaż zadbano o etnograficzny charakter sąsiednich budynków.

Pielęgniarska szkoła w Kurupukari.

Niestety między nami a Georgetown (stolicą Gujany) przetaczały się liczne komórki burzowe, więc na samolot przyszło nam poczekać z dwie godziny.

Po drodze mieliśmy nieplanowaną zmianę trasy i międzylądowanie w Mahdii – głównym ośrodku wydobycia diamentów i złota w Gujanie. Nie chcecie wiedzieć jak wyglądają krajobraz i rzeki w jej okolicy…

… podobnie jak ten nightclub, do którego przyjdzie jakaś dziewczyna do roboty za kilka godzin🤯

O tej porze można tam co najwyżej zagrać w partyjkę warcab.

Późnym popołudniem dotarliśmy w końcu do stolicy i naszego hotelu.

I mimo, że Georgetown daleko do bezpiecznych miast świata postanowiliśmy nieco poczuć jego vibe.

Południowoamerykańskie bazary jak zwykle cieszą oko egzotycznymi owocami…

… i egzotyczną urodą, rzadko spotykaną w Polsce.

A jeśli mowa o bazarach to największym w Georgetown jest Stabroek, którego wieża zegarowa ma nawiązywać do czasów wiktoriańskich Wielkiej Brytanii.

Architektura drewnianych, kolonialnych budynków pokazuje wpływy brytyjskie, holenderskie i francuskie. Były budowane głównie z twardego i odpornego na wodę i termity drewna greenheart (Chlorocardium rodiei). A w celu ochrony przed wpływem wilgoci mocno dbano o ich wentylację, stąd werandy i okna żaluzjowe.

Budynek sądu z neoklasycystycznymi ozdobnymi balustradami, łukowymi oknami i charakterystycznymi zwieńczeniami fasady.

Konserwator, podlewający kwiaty w jednym z urzędów. Z resztą rastafarianie to w Gujanie dynamiczny ruch oporu, zakorzeniony w afrykańskiej świadomości, antykolonializmie i duchowości (wiara w Boga Jay i podkreślanie boskości ludzkości wg nauk Marcusa Garveya i cesarza Haile Selassie I). Praktycy, czyli „Rase” kładą nacisk na naturalny styl życia (spożywanie nieprzetworzonej żywności i unikaniu alkoholu), często w wiejskich komunach, jednocześnie opowiadając się za legalizacją marihuany („świętego zioła”) i promując wzmocnienie pozycji Afrogujańczyków w dobie nierówności systemowych.

Muzyka reggae i bęben rastafariański to kluczowe elementy ekspresji kulturowej, które łączą wyznawców z afrykańskimi korzeniami.

I mimo, że Gujana obecnie jest najszybciej rozwijającą się gospodarką świata dzięki gigantycznym odkryciom złóż ropy naftowej i imponującym wzroście PKB (w samym 2023 o 33%) naoglądać się można do woli obrazów z minionej epoki.

Podejście do seksualności w Gujanie charakteryzuje się wyraźnym kontrastem między konserwatywnymi normami społecznymi a powszechną praktyką kontaktów pozamałżeńskich, powszechnym zjawiskiem cudzołóstwa, które obecnie stało się już określane jako problem kulturowy. Zatem popularność alkoholi w sklepach, mających wpłynąć na jurność nie powinna dziwić.

Oczywiście nie ma nic za darmo. A gotówka to w większości miejsc najważniejsza forma zapłaty.

Rumy El Dorado, produkowane w Gujanie przez Demerara Distillers, cieszą się doskonałą opinią wśród znawców tematu. Z resztą to poniekąd od nich pochodzi popularność rumu w stylu „Demerara”, czyli z bogatym i słodkim, często dymnym profilem smakowym, który wynika z użycia lokalnej trzciny cukrowej oraz starzenia w dębowych beczkach.  Charakteryzuje się nutami karmelu, wanilii, toffi, owoców tropikalnych i intensywną melasą. Oczywiście pity tam na miejscu zdecydownie wyborniejszy niż pity u nas w kraju (choćby przywieziony). Podobnie jest z przeżywaniem podobnej wyprawy będąc tam a pisząc/czytając będąc tu.

Dlatego właśnie zbiera się ekipa na powrót do Gujany i jeśli tylko Cię coś podobnego interesuje to zapraszamy do zakładki „KONTAKT” albo prosimy o kontakt ze Słowikiem (kom. 501 762 321). Listopad 2027!

W wyprawie udział wzięli (od lewej): Tomek Piestrzyński, Jacek Puchalski, Mirek Fischer, Dawid Pilch, Rafał Stawiany, Sebastian Kalkowski; (na dole): Andrzej Karpowicz, Michał Szewczuk, Maurycy Bryła i robiący zdjęcie – Rafał Słowikowski

Tekst i opracowanie: Rafał Słowikowski

Zdjęcia: Rafał Słowikowski, Dawid Pilch, Mirosław Fischer, Michał Szewczuk