Plateau Putorana – jedno z ostatnich nietkniętych miejsc; zapomnianych a właściwie niespecjalnie odkrytych i już wogóle nieopisanych. Zakątek Syberii – tej niemal świętej, mitologicznej, w naszych planach zajmującej specjalne miejsce.

Relacja

Jak to jest to z tymi wyjazdami wędkarskimi? Często nie aż tak różowo, jak jawi się to w wybiórczych artykułach, jakie pojawiają się sieci lub w prasie wędkarskiej. Łatwo to zaobserwować wśród znajomych jeżdżących do Szwecji czy chociażby nad Ebro. Mnóstwo wypraw jest nieudanych. Czasem ze względu na pogodę, czasem ze względu na stan wody, a czasem organizator „da ciała”. Czy reportaże z takich wyjazdów pojawiają się w mediach? Oczywiście, że nie 🙂 Dlaczego nic nie słychać o takich ekspedycjach? Prawdopodobnie uczestnicy nie mają ochoty dzielić się negatywnymi emocjami i starają się szybko zapomnieć o takim wyjeździe. Czasami dochodzi też wstyd, że brało się udział w takiej katastrofie.
Czy to znaczy, że wszystko co przychodzi nam czytać to ściema? Ależ nie! Przecież ryby za granicą są i jeśli tylko trafimy w odpowiednie warunki to jesteśmy w stanie pięknie połowić. Jednak zdecydowanie brak jest artykułów pt. „Co i jak się spie…iło”.
Tym razem szczęście i pogoda nam nie sprzyjały…

Wyprawa

Plateau Putorana – marzenie wielu globtroterów. Kraina zapomniana i w pewnym sensie jeszcze nieodkryta. Chęć dotarcia w ten zakątek świata zaszczepił we mnie Mariusz Aleksandrowicz. Facet planował taki wyjazd od 10 lat, ale do tej pory podróż wydawała się nie do zrealizowania. W końcu pojawił się cień szansy –młody Rosjanin, który za znacznie mniejsze pieniądze niż profesjonalne firmy, zdecydował się zorganizować wyprawę. Jak zawsze nic nie jest za darmo i ten brak profesjonalizmu odczuliśmy wiele razy. „Coś za coś”, jak to powiadają 🙂
Klimatyzacja parowa (??) – lot do Krasnojarska

Tura … jesteśmy blisko








Helikopter w opłakanym stanie, ale obsługa przynajmniej miła 🙂




Rozładunek

Vivi

Vivi to po prostu wielka górska rzeka. Bardzo dużo informacji kryje się w tym jednym zdaniu, jak chociażby to, że jest wybitnie trudna dla muszkarzy, że nie każdy odcinek nadaje się do łowienia, a także to, że zdecydowanie łatwiej jest znaleźć ryby w dopływach. My jednak przyjechaliśmy na wielkie tajmienie, więc nie bardzo mieliśmy ochotę tracić czas na jakieś strugi.



O takie tajmienie nam chodziło






Obozowiska i jedzenie

Plan od początku był taki, że codziennie spływamy pontonami po kilkanaście kilometrów, a na koniec dnia rozbijamy wspólnie obóz. Różnie to wychodziło, na co wpływ miało wiele czynników. Efekt był taki, że spływaliśmy za dużo, łowiliśmy za mało, a obozy były rozbijane chaotycznie w dziwnych godzinach i do tego zaskakujących miejscach.








Głód, to jedna z rzeczy, która będzie mi się kojarzyć z tym wyjazdem. Cały dzień spływu połączonego z łowieniem i posiłek dopiero po dopłynięciu do obozowiska. Na nasze szczęście rzeka była pełna lipieni, które stały się bardzo dobrym uzupełnieniem diety – zazwyczaj spożywane na surowo. Dodatkowo pobliskie zarośla obfitowały w jagody i grzyby, co skrzętnie wykorzystywaliśmy. Ja obżerałem się nimi na potęgę, do tego stopnia, że moje zęby jeszcze przez kilka tygodni nie potrafiły pozbyć się fioletowego barwnika.






Deszcz

Pogoda – czynnik, który zawsze ma największy wpływ na powodzenie wyprawy. Tym razem nam wybitnie nie sprzyjała. Popadywało od samego początku, ale od dnia czwartego zaczęła się prawdziwa ulewa i towarzyszyła nam już do końca spływu. Niestety Vivi i jej dopływy momentalnie zmieniły się w płynące błoto …
Mętna woda zredukowała szanse na złowienie tajmienia do zera. Nawet lenoki przestały żerować. Jedynymi rybami, jakie meldowały się na naszych wędkach, były lipienie. Dodatkowo zrobiło się mokro i chłodno, a im dalej na południe tym noce stawały się ciemniejsze. Dość często zatrzymywaliśmy się podczas spływu i biegaliśmy wzdłuż brzegu, aby się rozgrzać. Bywało ciężko 😉




Nadzieja umiera ostatnia …





Poziom wody rósł błyskawicznie


Namioty trzeba było przestawiać kilka razy w ciągu nocy

Rozgrzewacz

Dobre humory, mimo wszystko, nas nie opuszczały

Pierwsze „zimowle” zauważyliśmy gdzieś w połowie naszego spływu. Okazało się, że tych chatek będzie coraz więcej. Po całym dniu płynięcia w deszczu ogrzanie się w ciepłej izbie było zbawienne. Zazwyczaj udawało się nawet podsuszyć ubrania.
Pierwsze napotkane zimowle, ukryte w tajdze


Sprzęt można było wypożyczyć … nie wiem po co tyle wędek braliśmy ze sobą 😉




Najbardziej wypasione zimowle, w jakim dane nam było przebywać

… a do tego bania

Rzeki, rzeczki i bagna

Płynące błoto skutecznie uniemożliwiało łowienie w Vivi, ale nikt nie był w stanie siedzieć bezczynnie. Część ludzi podjęła próby namierzenia dopływów, które niosłyby czystszą wodę. Były w nich ryby, ale tylko lipienie i lenoki. Na bezrybiu …




Podmyta wieczna zmarzlina … ciekawe rzeczy można znaleźć poniżej



Padł też pomysł, aby pójść poszukać szczupaków na pobliskich jeziorach. „Wystarczy” znaleźć wodę wystarczająco głęboką, aby nie zamarzła do dna przy temperaturze -50 utrzymującej się przez kilka miesięcy. Idealnie byłoby, gdyby zbiornik był przepływowy. Brzmi prosto ? 🙂
Dwukrotnie odszukaliśmy na mapie potencjalne miejsca, gdzie była szansa na jakiekolwiek życie i ruszaliśmy w drogę. Scenariusz wyglądał podobnie – kilka kilometrów po trzęsawiskach, kilogramy potu, potężne zmęczenie i na koniec bajoro o głębokości ledwo przekraczającej metr. Mimo wszystko warto było. Widok Pawła przechodzącego po dywanie z bagiennej roślinności – bezcenne 🙂




Ryby

Nadszedł czas, żeby napisać coś o łowionych przez nas rybach. Niestety nie będzie to długi rozdział. Przyczyna jest prozaiczna – nie połowiliśmy 🙂
Było bardzo dużo małego lipienia, który nie przekraczał 35 cm i atakował wszystko co się rusza. Moją najskuteczniejszą przynętą był Salmo Executor 9 cm w kolorze pstrąga 🙂
Trafiały się też przepiękne blisko 70 centymetrowe lenoki .








Przełom nastąpił dnia trzeciego. Przed południem spotkaliśmy Andrzeja z ekipą, który zdał nam relację ze spotkania „3 stopnia”. Ryba uderzyła w dużą obrotówkę ściąganą z dryfującego pontonu. Tajmień momentalnie odjechał kilkadziesiąt metrów w górę rzeki, praktycznie nic nie robiąc sobie z 30 funtowego zestawu. Próba zatrzymania ryby skończyła się stratą przynęty …
Po godzinie napotkaliśmy następny ponton i usłyszeliśmy podobną relację. W tym przypadku łowca (Marek) przynajmniej widział rybę, ponieważ wzięła na płytkiej i przezroczystej wodzie. Niestety finał był identyczny.
Po tym fakcie skupiliśmy się mocno na łowieniu, a rozbawienie ustąpiło miejsca skupieniu. Niewiele zdołaliśmy przepłynąć, gdy na naszej drodze stanął genialny wlew. Rzeka zwężała się mniej więcej dwukrotnie, by z wielkim impetem wyżłobić piękną i ogromną banię. Poniżej ciągnęła się głęboka rynna. Stanęliśmy na samym początku i biczowaliśmy wlew we czterech. Aleks dość szybko zaczął schodzić w dół, a ja z resztą uparcie czesaliśmy banię. Dziesiątki rzutów i nic ! Jednak nie traciłem wiary w tę miejscówkę i w pewnym momencie założyłem 120g wielką wahadłówkę. Pierwszy rzut, blacha mocno kolebiąc spływała wzdłuż bani, gdy nagle poczułem potężne szarpnięcie. Nie było to typowe agresywne uderzenie, ponieważ wybrzuszona 40 funtowa plecionka skutecznie tłumiła impet, ale bardzo mocne i głębokie pociągniecie. Sumowy kij momentalnie wygiął się po korkową rękojeść i tyle. Oczywiście zaciąłem i stałem tak patrząc na kolegów, a oni na mnie. Wiedziałem, że zaraz się zacznie i czułem ekscytację połączoną z przerażeniem. Na drugim końcu linki był „przepotwór”! W pewnym momencie rzuciłem ze śmiechem: „może to drzewo” . Dokładnie w tym momencie targnęło zarówno wędką jak i całym mną. Ryba zeszła kilkanaście metrów z prądem i … wypięła się!
Mimo, że straciłem chęć do łowienia, to zmusiłem się do jeszcze kilkunastu rzutów i powoli zaczęliśmy schodzić w dół rzeki. Dość szybko natknęliśmy się na Aleksa, który w tym samym czasie co ja, przeżywał podobną przygodę. Trafił stado pięknych lenoków na płytkiej wodzie i niewiadomo skąd pośród tej gromadki znalazł się król rzeki. Mimo równie potężnego zestawu ryba odjechała kilkadziesiąt metrów i najzwyczajniej w świecie się spięła.
To był dla nas całkiem spory szok – 4 wielkie ryby w tak krótkim czasie i żadnej nie udało się wyholować. Niestety tego dnia nie było nam więcej dane zmierzyć się z takim klamotem. Złowione zostały co prawda 4 tajmienie, ale żaden nie przekroczył 80 cm.


Wszystkie tajmienie wróciły do swojego królestwa

Walka

Hol niedużego tajmienia

Próba podebrania

Współczucie i wsparcie kolegów w trudnych chwilach … 🙂

Niespodziewany gość

Czwartego dnia mimo deszczu woda była jeszcze klarowna, ale oprócz lipieni nie mogliśmy nic złowić. Zagadka wyjaśniła się pod koniec dnia – natknęliśmy się na lokalnego myśliwego, który prowadzi skuteczną „racjonalną gospodarkę rybacką” na tym odcinku. Mieszka tam samemu już 18 lat i jedynie noc polarną spędza w Turze. Początkowo traper podchodził do nas bardzo nieufnie, ale atmosfera szybko się ożywiła i niespodziewany gość uraczył nas wieloma opowieściami ze swojego życia, a także obdarował wędzonymi siejami (rewelacja!).
Starszy myśliwy okazało się, że nie dysponował za mocną głową (tak tak, też byliśmy zaskoczeni) i zanim uciekł do swojej łodzi chwiejnym krokiem, wskazał nam kilka miejscówek w dole rzeki, a także powiedział jakie tajmienie pływają w Vivi – jego rekord wyjęty z siaty to ryba ponad 180cm. Czy któryś z „potworów” z dnia ubiegłego mógł być aż tak wielki? Nigdy się niestety nie dowiemy …


Następnego dnia przyspieszyliśmy nasz spływ, aby oddalić się jak najbardziej od przełowionego odcinka. Dość szybko pojawiły się pierwsze ryby. Ja ponownie spiąłem „tajmyszkę”, która wzięła na tę samą wahadłówkę, ale tym razem był to jedynie podrostek, więc nawet mnie to nie zasmuciło. Niestety tak jak szybko pojawiła się nadzieja, tak samo szybko pojawiło się błoto…

Różne takie …

Misie były wszędzie. Ich ilość na początku była przerażająca. Jednak szybko oswoiliśmy się z ich obecnością. Mimo, że co chwile pojawiały się nowe ślady, w tym pojagodowe odchody, to nie udało mi się żadnego niedźwiadka zobaczyć. Były nieagresywne i trzymały bezpieczny dystans.


Kilka fotek z komentarzem lub bez 😉



Lektura na deszczowe dni

Jedno ze znalezisk

Co to może być? Długo się zastanawiałem, czym jest ta wypłukana skamielina. Dopiero przewodnik uświadomił mi, że to ząb mamuta.

Takich „znalezisk” nie należy dotykać. Można za to zapłacić wysoką cenę …

Powrót

Nie wiem od kiedy zaczął się „powrót” dla nas. Czy to był moment gdy dotarliśmy do ujścia Vivi, czy może już od 5’ego dnia odliczaliśmy dni do końca …
Deszcz padał non stop, woda wzbierała i w pewnym momencie zadaliśmy pytanie przewodnikowi, czy nie będzie problemu na dole z przekroczeniem wielkiego wlewu zwanego „Wrotami Vivi”. Miejsce to ma na swoim koncie ponad 400 odnotowanych ofiar. Co prawda wielkie wiry, powstają tam tylko po wiosennych roztopach, ale co będzie jeśli deszcz nie przestanie padać?
Zazwyczaj spokojny i wyluzowany Stas stwierdził, że już o tym myślał i nie wie jak będzie. Jego plan był taki, że dopłyniemy na miejsce, wdrapiemy się na górę i ocenimy sytuację. Jeśli będzie duże zagrożenie, to porzucimy pontony i dalej pójdziemy przez góry.

Nie jest źle, jest jeszcze spory zapas. Można spokojnie płynąć.

I po strachu – poniżej Wrót

Chwila na rozluźnienie

Po dotarciu do ujścia czekały na nas dwie motorówki, które miały nam pomóc w transporcie w górę Niżnej Tunguski. Nowoprzybyli kompani dość szybko stracili kontakt z rzeczywistością za pomocą kilku buteleczek i rozpoczął się dwudniowy wariacki rejs w ślizgu 🙂

Biały kot, czarny kot




Byli więksi pechowcy niż my, na przykład łoś



O dziwo do Tury dotarliśmy 3 dni przez planowanym odlotem.
Przez pozostały czas działo się dużo, ale nie miejsce i czas żeby to opisywać. Mi jedynie nasunęły się skojarzenia z „Mad Maxem”, tyle że w wersji rosyjskiej … to miasto i ludzie je zamieszkujący. Dobrze że wszyscy cali i zdrowi wsiedliśmy na pokład samolotu. Ba, niektórzy nawet z „łupami” w postaci munduru rosyjskich służb specjalnych wymienionego za polar, noży używanych przez rosyjskich komandosów wymienionych za zegarek, niektórzy z wielkim kacem, ale wszyscy z wielką dawką wspomnień.
Tu nas nie wpuszczono… 🙂

Kuchnia, łazienka i ubikacja w jednym

Skąd wy jesteście, co wy jesteście?

Czy żałuję, że wybrałem się w tę podróż? Oczywiście, że nie. Była to wielka przygoda. Kosztowała nas masę nerwów i stresu, ale było warto!
Może kiedyś bym tu wrócił … taaak, bardzo chętnie, ale kiedyś … 🙂

PS. Ani jedna tuba z wędkami nie doleciała do Warszawy. Wszystkie zostały w Moskwie. Tak żeby na koniec nie było za łatwo … 😉

tekst: Daniel Celeda