Ludzie dżungli wierzą, że bóg słońca zesłał na Ziemię dwóch synów by rządzili dwiema domenami. El tigre, czyli jaguar stał się panem lasu deszczowego drugi zaś z braci został władcą rzek – nazywa się dorado. Złote jak słońce dorado. Pojechaliśmy zmierzyć się z boskim synem.

Miejsce super specjalne – wspaniała górska rzeka z kryształową wodą z hukiem spływająca z andyjskich szczytów wdziera się w pierwotny, prastary las. Las deszczowy z kompletnie wszystkim tym co od dziecka kojarzy mi się z dżunglą. Indianie, polowania z łukami, pomruk jaguara o zmierzchu, skrzeczące papugi, wyjące małpy, przepiękne ogromne motyle morpho, wilgoć skraplająca się na liściach hebanowych drzew, świetliki zamieniające nocny las w taki jak z bajki i w tym wszystkim ja, bądź każdy z moich kompanów. Wszyscy razem a jednak osobno – każdy sam w sercu indywidualnie chłonący przygodę, każde pchnięcie singi napędzające dłubane czółno, w którym się siedzi. Zapraszam – popatrzcie…
Generalnie ja osobiście miałem cele trzy. Pobyć głęboko w najprawdziwszej, gęstej dżungli i odetchnąć uzdrawiającym powietrzem wprost z serca płuc naszej planety. Nabrać sił przed trudami życia

Złowić złote dorado, sprawdzając dlaczego w świecie wędkarskich podróżników tak huczy, po odkryciu pewnej rzeki przez Argentyńczyków właśnie w Boliwii

I w końcu spojrzeć w coś tak niezwykłego, że szczęka opada. Jest tylko jeden taki kolor, który mógłby się z tym równać – a ponieważ błękit Morpho menelaus jest dla mnie bardziej osiągalny…

No ale po kolei. Ruszyliśmy z Polski w szóstkę: (od prawej) Marek Janicki, Sławek Bobula, Janusz Strzelecki, Szerszeń, Piotrek Żurek i ja (robiący zdjęcie), z Chicago doleciał Artur Michałowicz (pierwszy z lewej). W Santa Cruz de la Sierra po 20 godzinach lotów przywitał nas Adam Kubisiak (drugi od lewej) i zaczęliśmy naszą południowoamerykańską odyseję

Już pierwszego dnia po wylądowaniu Ameryka Południowa ostro zaczęła nas atakować swoimi wszystkimi przejawami. Nawet sprzedawane przez Boliwijki owoce wydawały się bardziej soczyste niż zwykle

Z resztą nie tylko owoce;)

Nasze bagaże poddawane czujnemu nosowi funkcjonariusza K-9

Jak to mówi Bigos – przyszło nam lecieć „rurą”

I faktycznie wiele miejsca w rurze nie ma

Choć wciąż i nadal pamiętajmy, że była to rura południowoamerykańska;)

A lądowaliśmy już w Trinidadzie, gdzie na płycie lotniska zasuwały takie skarby

Co się natychmiast rzuciło w oczy, to bogactwo ptaków wszędzie wokół – faktycznie było tego znacznie więcej niż w Wenezueli. To właśnie na lotnisku widzieliśmy pierwszego kolibra i pierwsze papugi, np. tą Konurę złotoczelną (Aratinga aurea)

Co prawda nie wszyscy byli zainteresowani ptaszkami…

Ja jednak skupiłem się na faunie uskrzydlonej. Tu młody dzięcioł łąkowy (Colaptes campestris). Co ciekawe – żywi się tylko i wyłącznie mrówkami i nie przyjmuje innego pokarmu.

Bentewi wielki (Pitangus sulphuratus) – agresywna tyranka, potrafiąca polować na ryby niczym zimorodek, lecz po 3-4 nurach musi wyschnąć

Orzechy kokosowe – również znalezione na jednym z drzew, na terenie lotniska

Guira (Guira guira) – czyli kleszczojad, trzymający się zbiorników wodnych (wokół lotniska rozlewiska i bagna) bądź pastwisk bydła, których też nie brakuje wokół Trinidadu. To ten ptak właśnie wyskubuje kleszcze z bydlęcych grzbietów. Tu raczy się wielkim żukiem

Parki młodych Guira

W oczekiwaniu na autoryzację docelowego lotniska. Niestety popadało, a tam gdzie mieliśmy lądować płyta lądowiska nie jest utwardzona. Musieliśmy czekać aż wyschnie, bo w błocie lądować niedobrze

Piotrek nie tracił czasu – zaczął kręcić doradowe muchy. Właśnie ocenia dzieło

Karakara (Polyborus plancus) – potrafi żywić się padliną. Wczesnym rankiem patroluje autostrady w poszukiwaniu zwierząt zabitych nocą przez auta. Znajduje je przed sępami, które są uzależnione od wznoszących prądów ciepłego powietrza, tworzących się dopiero w ciągu dnia.

Żarek (Pyrocephalus rubinus)

Niestety okazało się, że nad lądowiskiem znów zaczęło padać i musieliśmy przenieść się do centrum, spędzić noc w hotelu. Taxi znalazły się natychmiast

Bez komentarza…

Ponieważ była to wigilia Dnia Matki a w Ameryce Południowej święto to obchodzi się znacznie uroczyściej, wieczorem na placu głównym (zawsze przed kościołem) grano świąteczny koncert i grzechem było siedzieć w hotelu. Zawsze lepiej przy lampce dobrego wina z Nowego Świata

Widok z hotelowego okna o poranku

Z powrotem na lotnisku. Środek dalszego transportu już czeka

Piotrek z Szerszeniem przy Cessnie 402 – ulubionym modelu karteli narkotykowych

Samolot ten ma tyle luków bagażowych, że nasze liczne bagaże pomieściły się bez problemu – nawet w skrzydłach!

W środku miejsca nie za wiele ale naprawdę wygodnie

Ostatnie spojrzenie na „większe” miasto…

I widoki, do których niedługo przywykniemy – jakby niczego innego nie było na świecie

Oczywiście dżungla i rzeka, płynąca jak jakiś wyjątkowo wygimnastykowany wąż tego dnia zrobiły na nas piorunujące wrażenie

Pierwsze spojrzenie na cel naszej podróży – rzekę El dorado

Chwilę później lądujemy w ostatnim przyczółku cywilizacyjnym na nieutwardzonym lądowisku, już na szczęście suchym

Cessna elegancko parkuje a my śmigamy na miasto

W mieście wszyscy zajarani gringosami i tym że robi się zdjęcia, szczególnie chicas;)

Może tylko Indianie wystraszeni – bali się jednak chyba wszystkiego. Wyraźnie obraz osadnictwa w postaci dwudziestopięciotysięcznego miasteczka przygniatał ich swym ogromem. Wydawali się zagubieni.

Boliwijski rekwizyt do Shakespeare’owskiej wersji monologu „To be or not to be…”

Szerszeń z „kiciusiem”

Marek u Tito (były burmistrz osady) zamienił się nawet w szamana

Również Piotrek uległ metamorfozie – z rozgadanego zamienił się w… jeszcze bardziej rozgadanego;)
Liście koki nie raz w górach miały nas nieźle stawiać na nogi, choć u niektórych zaczynało się nawet ADHD!;)

W miasteczku liście koki miały także swoich innych amatorów

Wyjeżdżamy z osady na „autostradę” prowadzącą do stolicy – La Paz. Oczywiście, jak każda przyzwoita autostrada tak i ta była płatna. Na zdjęciu – nasze auta przy automacie;)

No właśnie – „jak każda przyzwoita autostrada”…

Towarowy port rzeczny Dorothea – widać banany gotowe do transportu do miasteczka. Niestety zadzwonić po taksówkę nie sposób

Nasz środek transportu – dwie długie curriary, wydłubane z jednego pnia drzewa. Wolne i ciężkie ale niezawodne, miały nas dowieźć w górę rzeki, gdzie woda się czyści i warto wyciągnąć wędki

Chłopaki rozsiedli się niczym japońscy turyści a Miguel zaczął skręcać jakieś takie dziwne papierosy

Wkrótce miało zrobić się naprawdę wesoło, potem trochę głodno ale ciągle wesoło;)

„Parostatkiem w piękny rejs…”

Zaczęły się pierwsze motyle. Wkrótce miało się okazać, że to co widzieliśmy rok wcześniej w Wenezueli nie może się równać z tym boliwijskim rajem entomologów. Na zdjęciu Jaskółczy ogon królewski(Heraclides Thoas)

Nowy transport bananów zmierzający do Dorothea’i

Zmierzamy przed siebie co rusz płosząc białe czaple

Oczywiście z krótkimi postojami – w końcu piwa z lodóweczki nie brakowało. Na zdjęciu Yankee złapany „na gorącym uczynku”

Wkrótce miało się okazać, że w łodzi „towarowej” było znacznie wygodniej

Podążamy glinianą wodą. Kolor był mało zachęcający do łowienia, co nie znaczy, że dorado na tej wysokości rzeki nie bywa. Jest jej wcale niemało, tylko komu się chce łowić w czymś takim?

Brzytwodzioby (Rynchops niger) – na przykładzie ptaka z lewej strony widać jak tną wodę otwartym dziobem niczym brzytwą a gdy natrafiają na rybkę gwałtownie zamykają dziób i połykają zdobycz

Kąpiące się Indianki gdy spostrzegły, że robimy zdjęcia po prostu nas… wyśmiały

Nie ma jednak co skupiać się na gołych cyckach (jędrności wątpliwej) – trzeba zasuwać w górę. Dorado czekają…

Jeden z wielu napotkanych kajmanów. Biedaki nie mają łatwego życia w Boliwii. Strzela się je namiętnie na paski, torebki i portfele. Na szczęście nad El dorado nie widzieliśmy żadnych przejawów tego procederu. Co innego na lotnisku w Trinidadzie;)

Blisko równika robi się szybko ciemno. Noc i dzień sprawiedliwie trwają po 12 godzin. Szkoda, bo traci się wiele czasu i miast łowić ryby trzeba po szesnastej rozglądać się za miejscem pod obóz. Niestety nawet piękne zachody nie były nam w stanie tego wynagrodzić.

Pierwsza noc w interiorze. Paweł z Grześkiem zadbali o wszystko – także o agregaty prądotwórcze. Trochę to zakłócało ciszę i cały romantyzm dżungli ale było wygodnie i baterie można było doładować

Żyć, nie umierać – po prostu czekać aż podadzą kolacyjkę pod nos… oczywiście jako starter szklaneczka wybornego rumu

Pawica z rodzaju Dirphia na polarze Pawła. Na szczęście w nocy, gdy zapali się latarkę wszystkie oczy w dżungli świecą- czy to jaguara, czy kajmana, czy nawet węża bądź pająka.

O poranku ruszamy dalej w górę rzeki


Na rozpoczęcie dalszej podróży gęby gringos się śmieją, niestety Indianie pewnie woleliby jeszcze pospać

Z czasem się to zmienia:) Specjalne zdjęcie dla Agnieszki i Gosi Wyk, które także znajdują w górach wszystko co kochają:)

Chill out na rzece

Nie łudźcie się, że to starsza siostra dogląda malucha. Praktycznie wszystkie 14-letnie Indianki Tsimane mają już dzieci! Zaczyna się to u nich strasznie szybko

Wygrzewający się „pasek”. Gdy się przyjrzycie – zobaczycie, że w górnej szczęce ma otwory, z których wystają dolne zębiszcza

Samczyk zimorodka Chloroceryle Americana

Młode Indianki Tsimane na brzegu rzeki El dorado


Wpływamy w labirynt zaczarowanego lasu. Drzewa w wodzie były przeogromne!

Swoiste wydanie torebek Luis Vuitton (edycja limitowana, boliwijska) – po prostu garnek

Dzieci Indian nawet nie wiedzą, że nie mają łatwego życia. Za to całymi dniami nad El dorado potrafią bawić się w wodzie. Mało kiedy też żeśmy widzieli by ktokolwiek dzieci od 2 lat wzwyż raczył pilnować.

Kadr jakby z jednej z książek Arkadego Fiedlera

Szerszeń jak zwykle umilał sobie podróż chrupaniem smakołyków

Reszta nie była jakoś zainteresowana

Płyniemy

Gratów trochę było, znalazł się nawet inwalidzki klopik. Wygodna rzecz do kontemplacji przyrody – przynajmniej lepsza niż pozycja „na narciarza”;)

Indianie w górze rzeki, poza uprawą bananów zajmują się pleceniem pokryć dachowych z palm – to chyba jedyne dwa towary, które mogą spieniężyć w miasteczku, w dole rzeki. Spławianie obładowanych tratw zabiera około tygodnia w dół rzeki.

Początkowo mieliśmy nieprzewidzianą pasażerkę, która poprosiła nas o podwiózkę do góry rzeki. Na taką okazję czekała cztery dni i noce żywiąc się bananami i śpiąc na ziemi pod chmurką w porcie Dorothea. Tu ją żeśmy zostawiali

Rusałki 88 (Diaethria clymena) – dzienne motyle z charakterystycznym czarno-białym motywem na tylnych skrzydłach przypominającym liczbę „88”

Motyl o pięknej i jakże pasującej nazwie „Gwieździsta noc” (Hamadryas Laodamia). Należy podkreślić, że nazwa ta nawiązuje do jednego z obrazów Van Gogha. Inną, już jakże mniej wdzięczną nazwą, którą określa się ten gatunek jest „skwarka”, co ma opisywać dźwięk wydawany przez samce przy starcie, przypominający odgłos smażonego na gorącej patelni boczku. Motyle te bardzo rzadko spotyka się na ziemi, więc miałem niezłego fuksa. Przez większość swego życia żyją wysoko w koronach drzew, rzadko kiedy zlatując poniżej 4-5metrów!

Podróż, co prawda się nużyła ale wszyscy zgodnie czuliśmy, że brnąc coraz dalej w pierwotny las zbliżamy się do jego serca. Motyli było coraz więcej, woda jakby nieznacznie czystsza, las gęstniał i piętrzył się wysoko na górzystych zboczach

Wysokie skarpy pokazują jak wysoka potrafi być woda w porze deszczowej

Las nad El dorado należy do tych najbardziej pierwotnych i szlachetnych. Rośnie tam pełno nieznanych nam drzew, których nazwy czasem można znaleźć w sklepach z egzotycznymi parkietami: Verdolago, Bibosi, Mahoń, Amazoński orzech – są wysokie, stare i przez Indian wielokrotnie uważane za święte

Niestety nie powstrzymuje to białych przed kłusowniczym wyrąbem. Na szczęście nad El dorado to rzadkie widoki, jednakże…

Im wyżej tym ciekawiej

Amazonki Żółtogłowe (Amazona ochrocephala)

W końcu i my zatrzymaliśmy się na „noclegowisko”

O poranku przywitał nas taki widok i…

taka wilgoć, że musieliśmy się przeprosić z polarami

Ruszyliśmy w pierwszych, rozgrzewających promieniach słońca – podobnie jak napotkane indiańskie czółno, na popularnym w Ameryce Południowej silniku „peke-peke”

Indianie żyjący nad El dorado są biedni jak myszy kościelne, co najczęściej widać już po ubraniach


Przelatujące inne papugi – Ararauny Anasau (Ara severa), zwane przez swą wielkość również jako karłowate

Któregoś razu dobiliśmy z Miguelem do brzegu pod osadą Indian i zagadaliśmy o toronchy, czyli dzikie grejpfruty. Bez problemu dostaliśmy co chcieliśmy. Robienie fotek i pokazywanie ich dzieciakom na monitorze aparatu jak zwykle było nie lada atrakcją. Wiecie ile ten drugi od lewej „dzieciak” miał lat? 45! Niezłe co? Pewnie tak wygląda bo ma dwie żony;)

Najprawdziwsze dzikie toronchy – najsłodsze grejpfruty świata! Pycha!

Indianie robią to tak: obierają owoc cienko ze skórki, wycinają wieczko, nakłuwają środek owocu i piją wyciskając. Na zdjęciu typowa toroncha a la Tsimane

W końcu mijamy ostatnią wioskę indiańską na górze El dorado i zmierzamy do punktu, gdzie z łodzi motorowych przyjdzie nam się przenieść na łódki nieco innego typu

W punkcie zbornym czekają już wszyscy Indianie z wioski. Trzeba Wam było widzieć jakim sprintem zasuwali w górę rzeki, gdzie czekały na nas łodzie. Kobiety niemal pogubiły swoje dzieci z dyndających temblaków!

Spotkanie gringos z ludźmi innego świata. Od tego miejsca, rzeka jakby nożem uciąć stawała się czysta.

Dzieci oczywiście były najbardziej ciekawskie i jednocześnie bezpardonowe. Gdy się przepakowywałem potrafiły wciskać głowy do mojego wora „ze skarbami”. Mimo to, o nic nie musieliśmy się bać. Nic nie zginęło

Ruszyliśmy w końcu w górę zaczynając łowić. Mnie uderzył widok już tego, pierwszego dnia, gdy dorado atakowały ławicę mniejszych ryb a te w popłochu wskakiwały na pionową skałę. Zaczęliśmy łowić pierwsze dorado. Największą złowioną rybą dnia był jednak sum surubi, złowiony przez Szerszenia na wahadłówkę

Rozbiliśmy się poniżej ujścia większego dopływu. Był to ostatni wspólny nocleg przed prawdziwą przygodą. Kolejnego dnia mieliśmy się rozdzielić na trzy grupy, wpływając w dwa, różne dopływy i w wyższe partie głównej rzeki

Późno wieczorem Indianie, na prośbę naszych guide’ów pospiesznie wypłynęli po najlepszą przynętę na suma – glonojada. Filet z tej ryby już pierwszego dnia miał udowodnić, że jest czymś specjalnym i miał nie zawodzić już do końca wyjazdu

To między innymi Yankee (Artur Michalowicz), właśnie na tą przynętę miał złowić wkrótce jedynego suma torro na tej wyprawie. Doprawdy sumy wprost przepadają za glonojadami…

Oczywiście nie wszystkie są w stanie zjeść, bo glonojady zdarzały się i takie (!) :

… albo takie! Ich mięso jest czerwone jak wołowina i w ogóle nie smakuje jak ryba. Przepyszne!

O poranku na Boca de… Szerszeń zapina w końcu pierwszą, zacną dorado. Ryba ostro szaleje nad wodą

Na szczęście udaje się ją wyholować a wyszczerzony uśmiech Szerszenia mówi sam za siebie, jakie emocje grają w sercu. Świetny przeciwnik!

Ryba jest złota jak obrączka na palcu, charakteryzuje się niespotykanym sposobem walki (walczy więcej w powietrzu niż w wodzie), stadną agresją (często w obiecujących miejscówkach długo się nic nie działo, a gdy zapięło się jakąkolwiek rybę natychmiast wokół niej pojawiało się całe, złote stado) i nieopisanym szczękościskiem!

Po to właśnie przejechaliśmy taki szmat świata! 100% złowionych dorado było catch&released (czyli złowionych i wypuszczonych). Pamiętajmy, że Indianie (choć zdarza się im tą rybę jeść) postrzegają ją jako świętą, a już na pewno byliby niepocieszeni, gdyby któryś z gringo zabił złotą rybę. Inne ryby możemy jeść, jednak dorado bezwzględnie wracają do wody. Tak mówi także regulamin łowiska, za który odpowiada Grzesiek z Pawłem czyli prawni opiekunowie rzeki

A oto mała próbka możliwości dorado – złamany hak i rozerwany, pleciony, metalowy przypon. Jeśli wybierasz się na dorado to zapomnij o jakichkolwiek kompromisach – ma być topornie, ciężko, grubo i niewygodnie. Tylko wtedy masz szansę. Oczywiście jeśli łowisz na spinning i tak będziesz wyciągał co 5 rybę… Wystarczy:)

Obóz na Boca de…

Szerszeń jeszcze pięć dni wcześniej łowił na jętkę majową potokowce, teraz zabrał się za kuszenie złotych gangsterów. Ależ egzotycznie wygląda muchowanie pod palmami!

Indianie skoro świt spłynęli jeszcze do wioski, by na kolejne dni zaopatrzyć grupę w toronchy, limonki i pomarańcze

Uwierzcie – czegoś takiego nie jadłem. Co prawda natura zadbała by dzikie owoce miały dużo pestek ale ten smak… Nieporównywalny z żadnym innym. Niebo!

Również panamski rum Abuelo wydawał się nie mieć sobie równych. Havana Club to ścierwo przy słodkawym Abuelo!

Z resztą sami popatrzcie – modliszki również wiedziały co dobre

Nim ruszyliśmy dalej, pozwoliliśmy się zahipnotyzować kolejnym motylom – Urania leilus, zwane „ćmami zachodu słońca”. Po morpho, były to chyba najpiękniejsze motyle jakie spotykaliśmy

Dalej płynęliśmy w chybotliwych czółnach na singach, czyli o tyczkach. Na początku było to nieźle stresujące, jednak już następnego dnia wszyscy byli gibcy i giętcy, niemal jak jaguary. Czółna przestały być niebezpiecznie chybotliwe, za to kojąco ciche. Dopiero na singach człowiek czuje się jak odkrywca a nie jak gringo-mieszczuch, który zakłóca świętą ciszę niczym jakiś garażowy tunnigowiec z golfa II

Ponieważ woda była tak cieplutka, nikomu nie przyszło do głowy zakładanie spodniobutów. Z przyjemnością brodziliśmy w krótkich spodenkach. Stety bądź niestety nasze owłosione nogi natychmiast otaczały mniejsze rybki, które uparcie dbały o depilację. Niby to nie przeszkadzało ale trzeba było się przyzwyczaić.

Depilator złapany na gorącym uczynku – mała yatorana

Stary osobnik urubu różowogłowego (Cathartes aura)

Początkowo mieliśmy problem by usiedzieć i nie wypaść z czółna. Indianie zaś „obsługują” te czółna odpychając singi na stojąco. Z czasem i tego mieliśmy się nauczyć. Na zdjęciu widać, że całość jest z jednego pnia drzewa

Tego dnia i ja zostałem szczęśliwym łowcą suma surubi – również na wahadłówkę

Ryba nie była może duża ale cieszyłem się bardzo. Oczywiście natychmiast po braniu wiedziałem, że to coś innego niż dorado. Nie skakał, lecz walczył długimi, upartymi odjazdami, przy dnie. Wyciągnięty z wody wydawał charakterystyczne dźwięki puszącej się kwoki

Dżungla już ostro piętrzyła się ponad nami. W końcu wpłynęliśmy w góry, do których zmierzaliśmy przez trzy poprzednie dni

Oczywiście musiało się to wiązać też ze znaczną zmianą charakteru rzeki, która stawała się coraz bardziej górska, a bystrza zwane tam „cachuela’mi” kazały Indianom przepychać czółna po kamieniach. Jak się później okazało miało się to stać naszym chlebem powszednim.

Tymczasem Piotrek z Yankesem młócili już wodę ostro w swoim dopływie.

Popłynęła pierwsza krew! Pamiętajcie – palce z dala od doradowych pysków! Uwierzcie mi – można za jednym kłapnięciem pyska stracić je wszystkie! Tu szczęście w nieszczęściu, Piotrek pozbył się tylko opuszka. Ponoć wskazana rzecz w złodziejskim fachu:P

Szybko się jednak zapomina o bólu, gdy widzi się eksplodującą w powietrze yatoranę. Ależ te ryby walczą!

Yatorany najczęściej stały na remansach, czyli w wolniejszych dołach, tuż pod skałami. Jak widać na zdjęciu, pyski miały zaopatrzone w cały repertuar zębów, niepozwalający się wymknąć ofierze

Oczywiście poza „przerzucaniem” kolejnych ryb uwagę chłopaków przykuwały także dziwne gąsienice, których broń Boże nie należy dotykać – tak… na wszelki wypadek

Być może wykluje się z nich taki właśnie motyl jak ten Xanthiris flaveolata, czyli dzienna ćma, zwana Szafranowym Playboy’em (!). Jej ubarwienie, prawie na pewno należy do aposematycznych, czyli mających ostrzegać np. ptaki przed toksynami jakie zawiera, bądź mające udawać podobny gatunek, o takich właśnie, trujących właściwościach.

Ja z Szerszeniem w tym czasie podziwiałem jak jeden z Indian Tsimane poluje z łukiem na ryby! Tego samego dnia byliśmy również uczestnikami polowania Indian z łukami na tapira, który dał nura do wody. Szkoda, że nie widzieliście Sławka, krzyczącego do Indian gdzie widzi bąble! Strzały tylko świstały pod wodą a Anta (tapir) biegał sobie po dnie bez tlenu, aż w końcu dał nogi w tylko sobie znany sposób. Świetna przygoda i niesłychane emocje i poruszenie wśród Tsimane.

Nim jednak z Szerszeniem wpłynęliśmy w „nasz” dopływ, ruszyliśmy do dżungli po więcej owoców. Tak właśnie kwitną banany!

Tak rosną

A tak rosną dzikie grejpfruty czyli toronchy

Wracamy z dżunglowej pachty;)

Dopływ El dorado, który mieliśmy zbadać wraz z Szerszeniem okazał się królestwem głębokiego lasu. Rzeka miała ciemne dno i przez większą część dnia ukryta była w cieniu dwóch ścian dżungli, pomiędzy którymi usilnie się rozpychała. W przeciwieństwie do naszej rzeki, dopływ Piotrka i Yankesa był odkryty, z kamienistymi plażami, dno rzeki było jasne i cachuele (bystrzyny) bardzo wyraźne, wzburzone. Górna El dorado zaś okazała się królestwem skał. Ale po kolei – wkrótce poznacie każdą z tych rzek.

Ponieważ nie było miejsc na obóz, na pierwszą noc zatrzymaliśmy się w samym środku lasu, podkopując saperką skarpę, by chociaż móc rozbić namioty. To była magiczna, smolista, gęsta noc – połknięci przez prastarą dżunglę, straszeni jej wszystkimi odgłosami, odwiedzani przez przeróżne stworzenia – m.in. ogromne widelnice pocieszaliśmy się widokiem setek świetlików latających wokół, jak w Avatarze

Ciepło w sercu podtrzymywało jeszcze światło ogniska i zapach pieczonego suma na ruszcie

Tego wieczoru Yankes kilka kilometrów dalej, na drugim dopływie również zapewnił kolację ekipie

Nasz obóz o poranku wyglądał tak

Pod drzewem, jakie widać na zdjęciu powyżej – nad głową Szerszenia, coś pogoniło. Była to kwestia jednego rzutu i rozpoczętej ułamek sekundy, później wariackiej walki. Na szczęście, tym razem się udało i przyzwoita dorado wylądowała w moich rękach. Ponieważ cęgi do wypinania ryby zostawiłem za krzakami w obozie, byłem zmuszony wypinać rybę przy pomocy zdrowej gałęzi 5cm średnicy. Po wypuszczeniu ryby, na brzegu mogłem grać sobie w bierki;)

W tym samym czasie, na głównej rzece Sławek również witał dzień złowioną dorado

Janusz zaś rozpoczął znacznie oryginalniej – z gruntu złowił raję!

I my na leśnym dopływie i chłopaki na głównej rzece, raje widywaliśmy kilkukrotnie. Niech Was nie zmyli ładny wygląd tej ryby.

Ma ona ogon zaopatrzony w kolec jadowy, którego ukłucie wiąże się z jednym z najgorszych bólów świata! Brodząc należy uważać, by niechcący nie nadepnąć na zagrzebaną w piasku raje. Dlatego na piasku najlepiej szurać butami. Na kamieniach raje za to świetnie widać. Nie jest źle. Ta jednak pozbyła się kolca

Nim słońce zdołało rzucić pierwsze promienie na rzekę było zawsze już dobrze po 10 rano

My na leśnej rzece nie mieliśmy ani jednego takiego miejsca na obóz – bajeczka, godna pozazdroszczenia.

Nie wiem co to. Pal licho – niech by był i nieśmiertelnie niebezpieczny. Najważniejsze by nie był to tzw. pająk bananowy, po którego ukąszeniu nic się nie dzieje a jednak każdy facet zamienia się w impotenta!!! Ależ to cholerstwa po tym świecie chodzą!

Zainteresowane japońskim woblerem motyle Flambeau (Dryas iulia), zwane także ładnym, kobiecym imieniem „Julia”

Lyropteryx apollonia, czyli rzadko widywany Medalik błękitnoprążkowany

Na szczęście niedogodności związane z nocowaniem po krzakach, nad leśną rzeką wynagradzały, może nie tyle dorado co yatorany

Ich zęby przypominają nieco zęby pacu (wenezuelska morocoto)

Te pająki były całkowicie nieszkodliwe. Problem, że było ich dużo i te największe były jak dłoń, a ja pająków nie lubię żadnych. W dzień wygrzewały się na otoczakach, a gdy się szło chowały się w cień.

Kolejna yatoranka w pełnym słońcu i o dziwo przy jakże rzadkiej plażyczce leśnej rzeki

W końcu! Złoto! Gdy się przyjrzycie – zobaczycie jak ryba wypluwa nadtrawioną, wcześniej pożartą rybę

W końcu wypełzłem do niej, z łódki. Fatalnie jest podbierać ryby z czółna

Często płynęliśmy, rzucając raz za razem (jednego dnia Szerszeń siedział z przodu czółna, kolejnego ja i tak na zmianę). Indianie sprawnie napędzali łódź a my mieliśmy po jednej szansie wpakowania przynęty w miejsce właściwe. Jakikolwiek błąd psuł miejscówkę. Gdy zapinało się rybę – hop do wody i hol dalej wyglądał jak Pan Bóg przykazał – przynajmniej z naszej strony, bo ryby to chyba przez diabła opętane były

Szerszeń z yatoraną w prześwietlonej toni

Yatorana (Holobrycon pesu) – bliska krewniaczka dorado. Ktoś nazwał ją „leszczem z płetwą tłuszczową”. Niestety leszcze nie walczą jak ich sobowtórki z Ameryki Łacińskiej. Nawet te małe potrafiły w półmetrowych świecach rozrywać sprzęt na grubą dorado!

Gdy my cieszyliśmy się dłubaniem yatoranek na leśnym dopływie, Piotrek gdzieś w górze dopływu cachuel skutecznie przerzucał złote rybki. Choć, jak później oglądałem na filmie, czasem i rybki rzucały Piotrkiem. Kamienie w tych rzekach były tak okrutnie śliskie, że czasem ryby ciągnęły wędkarza, jak motorówka narciarza wodnego. A jak widać kamieni nie brakuje w dorzeczu El dorado. Na zdjęciu atak dorado na Piotrkową przynętę

Oczywiście zaraz skok!

I już w rękach. Nieduża a cieszy. W rogu zobaczycie naszą tradycyjną algę – bardzo dobra przynęta na dorado. Ważne by była srebrna! Jak się miało okazać, na El dorado odbywa się corocznie migracja endemicznej, słodkowodnej sardynki. Płynie ona w górę rzek na tarliska. Jest jej tak dużo, że brzegi strumieni stają się czarne od ryb. Nic dziwnego, że nakłania to największe dorado by zostawiły sabalo, których jest bardzo dużo ale jednak trzeba między sobą konkurować i by ruszyły za sardynką, dosłownie się w niej taplając

Najlepsza blacha i jednocześnie przynęta spinningowa w ogóle, na El dorado wyglądała tak. Wyrób Adama Kaczmarka

Piotrek w kamiennym labiryncie. W takich miejscach można było łatwo ryby podejść i nie dość, że nie można było to jeszcze nie trzeba było wykonywać długich rzutów. Dorado okazały się bardzo płochliwymi rybami – jakikolwiek widok wędkarza, nieudany rzut (za krótki nakłaniał ryby by pogoniły ale nie brały i później już nie powtarzały, za długi zaś wiązał się z puknięciem w kamień i po sprawie), hałas na brzegu dyskwalifikowały miejscówkę

Gdy do sprawy jednak podszedł fachowiec, na efekty nie trzeba było długo czekać. Hol w takim miejscu był szalony! Loco dorado! Loco Piotrek!;)

Udało się! Zacięcie na twarzy Piotrka pokazuje jakie emocje wywołują złote rybki które najadły się sterydów;)

Kolejne miejsce (tym razem remanso)…

Kolejna akcja

Dodatkowego uroku całej wyprawie dodawał fakt, że wielokrotnie stąpaliśmy po śladach jaguarów. Władcy dżungli wciąż i nadal kręcili się wokół. Nasi przewodnicy – Grzesiek z Pawłem a także Michał widywali je wielokrotnie. Widzieli nawet czarną panterę! Którejś nocy podnieceni Indianie mówili o trzech kotach krążących wokół ogniska! Na prawdę nie zostało już zbyt wiele takich miejsc na naszej planecie. To po prostu trzeba doświadczyć!

W końcu Piotrek postanowił zakończyć dzień ciekawym duetem. Pierwsza gruba yatorana zażarła na smukłą wahadłówkę (swoją drogą takie były najlepsze!)

Drugą zdjął na muchę, a to nie lada wyczyn

Jak miało się okazać- w głównym korycie El dorado, gdzieś na górze yatorany także nie zawodziły. Sławek młócił jedną za drugą

Janusz także nie odpuszczał

Gruba locha!

El dorado w górze, jak widać wypłukuje całe góry skał

I nie dość, że wygląda to pięknie…

To jeszcze łowi się w tym ciekawiej

Czasem aż trzeba usiąść i się napatrzeć, zebrać myśli, uspokoić w sercu radość z tego, gdzie się znalazło

A gdy jakiś natrętny fotograf przeszkadza w tych intymnych chwilach, sam na sam z przyrodą zawsze można pokazać pewien palec!;) Albo rusałkę „BD” (Callicore cynosura). Motyw na jej skrzydłach obrazuje właśnie litery „B” i „D” (lepiej to wygląda na skrzydle prawym). Jest to jeden z motyli najbardziej irytujących fotografów! Nie ważne jak wiele razy będziesz odganiał tego motyla by usiadł na czymś naturalnym, ten zawsze będzie wracał na ramię, na spodnie, na buty czy pasek od aparatu. W skrócie – im bardziej jesteś natarczywy w odganianiu, tym BD natarczywiej usiłuje usiąść Ci na czubku głowy. Całość zjawiska tłumaczy jedno, krótkie słowo: „pot”

Oczywiście ileż razy można odganiać motyle, trzeba też robić to po co się przyjechało – łowić dorado!

Napieranie w górę El dorado (swoją drogą – chłopaki, czy mieliście w lodóweczce jeszcze lód?)

Jakże inaczej wyglądał spływ (raczej „wpływ”- ciągle podążaliśmy ku źródłom) na leśnym dopływie

Szerszeń holuje a duża yatorana majaczy gdzieś pod łodzią swymi kształtami. Tu nie było szans wyjść z czółna – za głęboko. Ryba w fazie podbierania niestety spadła

Pocieszaliśmy się widokiem ar

Usiadły na jednym drzewie i skrzeczały tak przeraźliwie, że czuliśmy się jak lisy w kurniku! Na zdjęciu para arakangów (Ara chloroptera) czyli ar zielonoskrzydłych, które potrafią żyć nawet 80lat!

Tuż obok zaś skrzeczały ararauny zwyczajne (Ara ararauna). Niezwyczajny widok

Na El dorado, ekipa już znalazła miejsce na nocny obóz

A my nie odpuszczaliśmy. Szerszeń zapiął na muchę najpierw sabalo (poza sardynkami, główna ofiara dorado), a potem yatoranę


Było to poniżej tego miejsca – właśnie tam na wprost, pod zwieszającym się lasem, gdzie odbijała się kamienna skała. Całe koryto rzeki w tym miejscu było litą skałą od brzegu do brzegu, przypominającą wannę, z której notabene skwapliwie tego wieczora skorzystaliśmy

Nim do tego jednak doszło, na wlocie do „wanny” też wyciągnąłem yatoranę, uzupełniając nasze śniadanie

Niestety przed kąpielą zdążyła mnie ugryźć tęga mrówka, którą z resztą uciekającą udało mi się sfotografować. Na zdjęciu widać jej szczęki jeszcze czerwone od mojej krwi. Spokojnie – nie było to takie straszne jak wygląda.

Gdy ja wyskakiwałem z portek, by pozbyć się mrówki zbliżającej się w jakże bliskie mi miejsce, Piotrek z Yankesem, pod okiem Grześka jeszcze napierali w górę dopływu cachuel. Mieli inaczej ale też niełatwo

Ale opłacało się nie odpuszczać do ostatnich promieni światła

Co by się złote sny śniły

Niestety, rzucone na ruszt do wędzenia ryby przygotowane będą, w naszym obozie dopiero rano. Specjalny gatunek drzewa, którego gałęziami się pali dymi nieprzeciętnie zabiera to wiele czasu. Co fajne, to ryb w ogóle nie trzeba na ruszcie przewracać

Gdy my układaliśmy ryby do wędzenia, nad dopływem cachuel Indianie układali opaloną na ogniu małpę czepiaka (na zdjęciu bez głowy)

Czepiak po upieczeniu

A tu nasze, gotowe rybki. Na co mielibyście większą ochotę?:)

Jak dobrze, że nie trzeba szorować garów ani misek. Wstawialiśmy je do zmywarki… Tak, tak – małe rybki wręcz wymiatały choćby najbardziej przypalony tłuszcz! Dobre nie?!:)

Wspomnienie z pory kolacji, dnia poprzedniego. Tym razem się nam udało i obóz mieliśmy na skale, a nie jak zwykle w krzakach. Jak widać po prawej stronie Indianina – buteleczka spirytusu jeszcze stała cała

A to już nasz Donato o poranku, po nocnej alkoholizacji i pustej buteleczce:) Smeagol?

Jedni leczyli ciężkiego kaca (nie ja) a Szerszeń upajał się pierwszymi promieniami słońca

A było czym się upajać

Najważniejsze by po wilgotnym poranku wysuszył się namiot. Swoją drogą dowiedzieliśmy się dlaczego okoliczne lasy nazywa się „deszczowymi”. Wcale nie od pory deszczowej nawiedzającej te strony, lecz od zjawiska skraplania się wilgoci o poranku. Nagłe ogrzanie powietrza zwiększa gwałtownie parowanie co w danej temperaturze powoduje ostrą zmianę punktu rosy na liściach drzew i dosłownie pada deszcz – natężenie zjawiska bliższe jest ulewie niż kapuśniaczkowi. Doprawdy niezwykłe. Na zdjęciu także widać typowy okop pod namiot.

Chłopaki na głównym korycie El dorado również się rozkręcali

No ale po co się spieszyć skoro wokół jest tak pięknie?


By dostać trochę „szpungu” zarzuca się bulę z liści koki, doprawia się szczyptą sody, by wywołać obfitsze ślinienie…

I w drogę!

Marek z pierwszą yatoraną dnia

Ja w tym czasie cykałem kotłujące się w wodzie sabalo. Wyobraźcie sobie taki obraz, a tu nagle znikąd, z pełnym impetem wparowywuje w taką ławicę stado dorad w amoku! Nogi same wyskakują z wody!

Mimo, że w locie widywaliśmy je już znacznie wcześniej i wcale nierzadko (około 15 dziennie) to siedzące na gałęzi, do tego z otwartymi skrzydłami były arcyrzadkością! Panie i Panowie – przedstawiam Wam Morpho deidamia – najbłękitniejszego motyla świata!

Błękitny Morfeusz, nazywany przez Indian z hiszpańskiego Mariposa. Wierzą oni, że złe duchy dżungli potrafią się zamieniać w najpiękniejsze Morpho. Wabią wówczas człowieka swym połyskującym wdziękiem, wciągając go w głąb lasu, na pewną zgubę. Tam potrafią wrócić do swojej postaci i dosłownie wyrwać serce! Niestety kobiety też znają takie sztuczki;)

Gdy z Szerszeniem daliśmy się hipnotyzować błękitnym Morpho, Piotrek na dopływie Cachuel zachwycał się innymi widokami. Na zdjęciu zbiór spod kija.

Na powierzchni Morpho kuszą połyskiem metalicznego błękitu, a pod wodą dorado połyskiem metalicznego złota

Dwie różne ryby, dwa różne miejsca, mina ta sama


Tak walczy Yatorana! Ole!

Gruby kaliber! Takich na leśnym dopływie nie było

To był dzień Piotrka! Naprawdę złupił tyłki konkurencji – czyli kolegom i samym doradom

Boliwijski złoty „Pudzian”

Ole!

Kolejna złota rybka – zdaje się, że Piotr po złowieniu pierwszej szepnął życzenie „chcę was złowić wszystkie!”

Myślę, że jednym kłapnięciem poradziłaby sobie z trzema palcami. Szczękościsk tajmienia przy dorado to jak uszczypnięcie ratlerka przy pitbulu. Z całym szacunkiem dla tajmienia

Mało? Piotr się dopiero rozgrzewał!

Należało mieć bardzo długie, metalowe przypony. Wielokrotnie, odprowadzające holowaną siostrę dorado próbowały jej wyrwać przynętę z pyska – różnie się to kończyło

Sposób Piotrka – przyklejenie spinningowego kołowrotka do morskiej muchówki i rzucanie taką „kluchą”, zdał egzamin na szóstkę! Miał bardzo mało spadów.

Złoty predator

Tamtego popołudnia Piotr zakończył dzień w tylko Jego właśnie stylu. Czyli kłapnął ot taki sobie pysk na Piotrkowej przynęcie, a ten po prostu potwora pokonał

Co Wy na to?!

Mi opadły ręce, gdy zobaczyłem tą rybę na fotkach. Jednak gdyby ktoś powiedział, że weźmie przez cały wyjazd jedna taka ryba to najbezpieczniej, dla honoru grupy byłoby kij oddać właśnie Piotrkowi! Skubany, potrafi naprawdę dobrze łowić!

Sztaba złota ważąca około 12kg!

Na szczęście, z Szerszeniem nie mieliśmy świadomości co się dzieje na innych rzekach więc kolejnego dnia obudziliśmy się znowu między żabami na leśnym dopływie…

I cieszyliśmy się jak dzieci, łowiąc takie oto „doradity”

Ale było to i tak świetne łowienie. Tą rybę widziałem jak pogoniła sabalo – rzut „z tylnej ławeczki” (tego dnia na przedzie czółna była kolej Szerszenia) i siedzi!

Ponownie Jaskółczy ogon królewski (Heraclides Thoas) – tym razem w całej okazałości. Larwy tego motyla wyposażone są za głową w specjalny gruczoł, zwany „osmaterium”, który w razie niebezpieczeństwa wydziela nieznośnie pachnący feromon z odstraszającym kwasem octowym

Janusz na El dorado też łowił w towarzystwie motyli. Tu z harmonią tygrysią (Tithorea harmonia) – toksycznym motylem, który jako larwa żywi się na trującej roślinie Prestonia acutifolia, stąd jego toksyczne właściwości, już nawet w imago dorosłym. By podtrzymać swe właściwości trujące, nierzadko żywią się na ptasich odchodach, z których pozyskują specjalne alkaloidy

Czarna osa – przykład parazytoidu, czyli organizmu pośredniego między drapieżcami a pasożytami. Składają swoje jaja w ciele lub na ciele innego owada. Dalszy rozwój nie prowadzi bezpośrednio do śmierci żywiciela, jednak później rozwijające się larwy konsumują ciało żywiciela.

Kolejna „yato” z leśnego dopływu

Na zdjęciu tym dobrze widać jak ciemnym żwirem pokryte było dno „mojej i Szerszenia” rzeki

A tu można porównać sobie z kolorem dna rzeki cachuel. A jakże – Piotrek oczywiście targa kolejną dorado

I to nie byle jaką dorado – jedną z większych wyjazdu

Dobrze ponad 10kg

W końcu z Szerszeniem zdecydowaliśmy się na zmianę rzeki. „Regresamos Amigos!” Z pewnością nikt z białych nie dotarł tak wysoko na leśnym dopływie El dorado. Wędkarsko nie było wyśmienicie, za to takiego połknięcia przez dżunglę jak tam i takiego klaustrofobicznego lasu prawdopodobnie już nigdy więcej nie zaznamy. Było to ciekawe i warte przeżycia doświadczenie

Przygoda z leśnym dopływem jednak tak szybko się nie kończyła. Trzeba spływać, poprawiając co lepsze, poznane wcześniej miejscówki

Warto! Uśmiechnięty Szerszeń z yato w urokliwym miejscu podczas odwrotu

Typowa cachuela na leśnym dopływie – nic wyraźnego ale dorado były

Chłopaki świetnie radzili sobie z pokonywaniem przeszkód w dół. Nie było już takiego przepychania, jak w trakcie napierania w górę

Na pierwszym planie Mario a w głębi nasz niezastąpiony opiekun – Donato (umiał nawet czytać!)

Ręka, noga, mózg na ścianie gdy taka mała żabka wskoczy w nocy pod tropik namiotu. Jej kumkanie jest tak donośne, że echo niesie – usnąć nie sposób!

Choć obóz potrafią odwiedzić i mniej proszeni goście, np. rzadki skorpion Tityus Confluens. Pewnie niewielu z Was wie, że skorpiony to jedne z nielicznych stworzeń, które poddane dawce radioaktywnego promieniowania mogącej zabić człowieka nic sobie z takich rzeczy nie robią!

Albo młody osobnik okrytego złą sławą Fer-de-lance (Bothrox atrox)

Wiem, że wiele opisanych rzeczy może wystraszyć. W rzeczywistości, jeśli ktoś przestrzega pewnych reguł (Paweł robi na początku szkolenie) i zachowuje się podstawy rozsądku to nie ma prawa się nic stać. Przewodnicy są wyposażeni w telefony satelitarne, więc w każdej chwili można ściągnąć helikopter w celach ewakuacyjnych. Surowice są na wyposażeniu grupy. Indianie cały czas z łukami asekurują grupę i nie pozwolą nikomu samotnie oddalić od grupy.

W końcu Tsimane żyją obok tego wszystkiego i wydają się całkowicie beztroscy. Oczywiście każdy wąż czy pająk jest dla nich „peligroso!” czyli z hiszpańskiego „niebezpieczny”. Natomiast Muy Peligroso (bardzo niebezpieczny/a/e jest według nich „esposa”. Wtajemniczeni wiedzą, że „esposa” znaczy… żona!;)

Udane łowy na sabalo

Sławek też zdołał jedną złapać

Szkoda, że nie widzieliście ile tych sabalo lusterkowało w toni obgryzając podwodne kamienie z glonów w tym miejscu

Portret sabalo

Po charakterystycznym pysku widać, że nie jest to drapieżnik lecz typowy denny roślinożerca, choć zdarzało się nierzadko, że zbierały owady z powierzchni

Ostatnie spojrzenie na leśny dopływ i za chwilę wpłyniemy z Szerszeniem w główne koryto El dorado

W końcu – porządny obóz w porządnym miejscu. To tu na Szerszenia prawie wleciał koliber i to tu właśnie stało się kilka innych, ciekawych rzeczy. Popatrzcie

W końcu udało mi się zdobyć boliwijski „wielki szlem” czyli złowić dorado, yatoranę, surubi i tu na zdjęciu pacu! Świetna, bardzo silna, wytrwała i duża ryba. Na codzień odżywiająca się orzechami, zażarła a jakże… wahadłówkę. Zatoka ta pełna była pacu – nie dość, że o zmierzchu jeszcze widzieliśmy, to całą noc było też słychać jak gonią drobnicę

Moje przepocone skarpetki szczególnie upodobały sobie łase na sól ćmy

W końcu żyłkę zarzuconej sumówki zaatakował nietoperz! Co za miejsce!

Ożżż niedobry!

Widać, Szerszeń znalazł z nim wspólny język;) Razem śmiali się do rozpuku! Nietoperz wręcz za brzuch się łapał;)

W górze El dorado Indianie, chwilę wcześniej pozowali ze złapanym lelkiem

A o poranku Szerszeń na muchę w końcu zapiął dorado!

Piękna ryba z pięknej, klasycznej cachueli

Spójrzcie na tą charakterystyczną, ciekawą płytkę kości skrzelowej

Gdy ja cykałem zdjęcia roślinie zwanej „Boliwijskim zachodem” (Gloxinia sylvatica)…

Paweł ze swoją grupą, w górze El dorado przecinał las, na skróty

Transport ciężki w dżungli czyli mrówki niosące pocięte liście, na których dopiero wyhodują pleśń, którą będą mogły się żywić

Wędrujące drzewa – potrafią unosić korzenie, zapuszczając jednocześnie nowe tak by przesunąć się w bardziej naświetlone miejsce! Mogą przemieścić się w ciągu życia o wiele metrów w bok! Normalnie Enty z zaczarowanego Tolkienowskiego lasu! Niesłychane!

Spojrzenie na rzekę spod wędrujących drzew

Ciekawe ile by się przemieszczały drzewa gdyby zarzucały liście koki, jak nasi Indianie;)

Jeden z licznych wodospadów wpadających do El dorado…

i para, przyglądających się mu bardzo rzadkich Mozajek Annulata (Colobura annulata). Co ciekawe, chcąc je złapać entomolog zawsze będzie biegał wokół drzewa, gdyż motyl ten inaczej nigdy nie ucieka

Strumień powyżej tegoż wodospadu – nawet pływały tam jakieś małe rybki!

Ujście owego wodospadu do El dorado, gdzie spodziewaliśmy się yatoran bądź dorado. Niestety – nie tym razem

A tu już inny z wodospadów, wpadający do dopływu cachuel…

w którego chłodzie, z kolei odpoczywała para Sióstr Thessalii (Adelpha thessalia) – ich cykl życia jest jeszcze całkowicie nieznany!

Szerszeń z kolejną doraditą na muchę

Muchowanie pod ogromnymi konopiami południowoamerykańskimi

Złapany na gorącym uczynku! Wyżarł dziurę w gumowej poduszce!

„Myyydło wszystko myjee, naaawet uszy…”… i dido długoskrzydłe (Philaethria dido). Bardzo rzadko widywany motyl, bo żyjący głównie wysoko nad ziemią, w koronach leśnych konopii

Najpierw cicho podszedłem przez obiecującą płytką płań, chwilę potem dorado zaczęły swą gwałtowną pogoń za sabalo, wypłaszając je nawet na kamienną wyspę. To była kwestia jednego rzutu i jest! Veni vidi vici!:) W rzeczywistości rzeka nieraz wydawała się martwa, wtem nie wiedząc czemu znikąd pojawiała się wataha dorado, która w amoku goniła sabalo. Przypominało to falę meksykańską na stadionie. Wszystko uciekało gdzie mogło – w powietrze, na brzeg. Dorado wyrywało sobie kilka kęsów z pogłowia swych ofiar i dosłownie się rozpływało, jakby całe zdarzenie nie miało miejsca. Jeśli się akurat było o właściwej porze, we właściwym miejscu branie następowało natychmiast. Kilkanaście sekund później było po ptokach.

Któregoś razu zachciało się nam z Szerszeniem bananów – uszczknąłem coś z rosnącego nieopodal bananowca (pamiętajcie by zawsze w dżungli obejrzeć czego się łapiecie!) a tu niespodzianka. Miałem dużo szczęścia!

Nawet nie wiedziałem jak dużo szczęścia! Jak się okazało przy przygotowywaniu tej relacji dla Was, pająk ten to Wałęsak brazylijski (Phoneutria Nigriventer), który nie dość że daleko skacze to jeszcze w 2007 roku został wpisany do księgi Guinessa, jako najbardziej jadowity na świecie! Z resztą „phoneutria” z greckiego oznacza „morderczynię”! Pamiętacie moją wzmiankę o pająku bananowym robiącym z facetów chodzących impotentów? W rzeczywistości był to też Wałęsak, który wcale nie robi z facetów impotentów tylko wręcz odwrotnie! Toksyna Tx2-6, znajdująca się w jego jadzie powoduje długotrwałą erekcję i jest badana pod kątem zastosowania jako lek na zaburzenia erekcji!:) Także jakby ukąsił Was bananowy – trzeba znaleźć wałęsaka, a jeśli dziabnie wałęsak szukać należy bananowego. No chyba, że się nie zdąży, ale głupio tak stanąć przed Świętym Piotrem z uniesioną sukienką 😉

W końcu znudziliśmy się sesją fotograficzną a banana zjeść jednak chciałem. Strząsanie nie pomogło więc wrzuciłem owoc do rzeki. Ten opadł wraz z trzymającym się pająkiem na dno, a gdy do owada dobrały się rybki ten się po prostu puścił i jak bańka powietrza wypłynął na powierzchnię całkowicie suchuteńki! Szybko potem zaczął popindalać po powierzchni wody! Szok! Tak szybko z wody jeszcze nie wyskakiwałem!

Widząc tą akcję, również miałem ochotę wyskakiwać z wody. Szerszeń na muchę zapiął około 2-kilową dorado gdy podpłynęła taka 20-tka i ją po prostu chlasnęła! Niezłe?

Czy ktoś jeszcze ma ochotę wkładać łapki do doradowego pyska?

W końcu postanowiliśmy z Szerszeniem wpłynąć w dopływ cachuel, gonić Piotrka z Yankesem. Zupełnie jakbyśmy przeczuwali, że w górze dobrze łowią. Dobra yato na początek tylko nas zmobilizowała

Motyl o charakterystycznej nazwie „Bydlęce serce” (Parides vertumnus)

W tym czasie chłopaki na El dorado dawali ostro czadu. Tu Janusz z dobrą Yato

I Sławek obławiający miejsce właściwe

Na efekty nie trzeba długo czekać. Jeśli tylko się nie zepsuje rzutu to branie na tej wysokości rzeki jest pewne


W końcu złoto w ręce

Ależ miejsce! El dorado z głazami jak auta i wielkimi złotymi rybami – coś pięknego!

El dorado po prostu

Branie ryby!

I znowu udane zakończenie holu

Ja w tym czasie ciężko pracowałem – trzeba było ostro zasuwać by dostać się coraz wyżej rzeki

Z bliska wyglądało to tak

Wkrótce od przeciągania liny moje dłonie zamieniły się w coś przypominającego łapki nastolatka, który odkrył że można się bawić swoim… hm… (wiem, wiem – jestem prostakiem:P )

W nagrodę mogłem popatrzeć jak wygląda endemiczna srebrna dorado (skubana załatwiła mi opuszka podobnie jak dorado Piotrkowi!)

Yankes w tym czasie również złowił podobną – niestety wszystkie srebrne dorado jakie udało nam się złowić miały tylko 40-45cm

Piotrek w tym czasie, jak zwykle przerzucał kolejne sztaby złota. To zdjęcie jest po prostu obłędne!

Rzadko bo rzadko, ale czasem trzeba było gonić za rybą, w dół cachueli

Ale się opłacało! Kolejna dyszka

Aż strach myśleć jak wyglądała dorado, która tej wielkiej rybie wygryzła ogon!

W tym czasie z Szerszeniem zachwycaliśmy się pięknem dolnego odcinka dopływu cachueli

Ależ się pięknie łowiło na takiej wodzie, a nie w ciemnym i ciasnym leśnym dopływie

Odrobina liści koki w polik i można działać

No a gdy zapada zmrok trzeba myśleć o jedzeniu bądź dobrej kawie

Pierwsza noc dla mnie i Szerszenia na nowym dopływie

I pierwszy nieproszony, nocny gość w tym miejscu – na wszelki wypadek tykaliśmy go saperką. Lepiej nie dotykać takich żab, tym bardziej jeśli mają jaskrawe kolory. Rzekotka żółta z rodzaju Hyla, prawdopodobnie Hyla crepitans albo imbricata

A kolejnego dnia rano ekipa górnego El dorado, po wyjściu z namiotów patrzyła na taki widok

Chwilę później łowili w tym kamiennym labiryncie


Piękny Morpho Menelaus

Marek, Janusz i Sławek nad rzeką wędrujących drzew i błękitnych morpho

No dobra – nie ma co marnować czasu. Trzeba łowić!

Ole!



Sławek ostro mobilizował innych. Gdy ciągnie się jedną dorado warto by ktoś rzucał tuż obok holowanej ryby. Często odprowadzają ją jej siostry i ich branie jest niemal pewne

Złoto z kamiennej, jurajskiej kopalni

Michał, który robił za kucharza na wyjeździe pierwszy raz w życiu wziął muchówkę do ręki. 5 minut i…

Paweł podbiera elegancko i… tylko gratulować Miguel, albo może raczej Kajman blanco;)

Rzeka powoli zamieniała się w kamienny labirynt

Janusz nie wytrzymał

Musiał pokazać, że też umie łowić! Pokazał wystarczająco dobrze:)

Jak okonek:) Swoją drogą dorado charakterem często przypominały watahę okoni. Często stały nie reagując na przynętę a wtem ruszały do niej „na łeb, na szyję” i wszystkie na raz.

Kolejna złota torpeda zza kamienia na El dorado

Tu na zdjęciu Paweł, który również muchówkę miał od kilku minut, pierwszy raz w ręku. Miguel niestety ryby nie podebrał. Bał się wejść do wody! Wy też byście się bali – wokół, jak piranie krążyło dziesięć innych 10kg dorad! Któregoś dnia jedna z tych ryb miała się pomylić i zaatakować mojego buta do brodzenia, pewnie myśląc, że to jakiś gryzoń (brązowa skóra). Ryba odbiła się od pięty i z impetem wylądowała na kamiennej wyspie, ponad metr od wody. Nie wiedziałem czy uciekać czy ją łapać do zdjęcia! W końcu ryba dała dyla. Jednak pamiętam – po raz kolejny „Simms saved my life”!

Tego dnia, po raz pierwszy po leśnym dopływie obudziliśmy się z Szerszeniem na cudownie odkrytej, kamiennej plaży. Gdy się przypatrzycie zobaczycie nasz namiot

Miejsce to było nafaszerowane małymi dorado – niestety, co innego zapiąć rybę a co innego ją w takim miejscu wyciągnąć. Zabawa fajna ale bez sensu

Podejście dorado wymagało czasem nieco sprawności i trudu. Szczególnie przykładaliśmy się do miejsc znanych z opowieści bądź ze zdjęć z relacji z poprzedniego roku

No i w ogóle gonitwa za Piotrkiem i Yankesem wymagała wysiłku. Cachuele rozszumiały się w górze rzeki na dobre

Przepychanie czółna przez te kamienie to prawdziwa mordęga. Pozostałe grupy miały lepiej, bo rąk nie musiały brudzić przy takich czynnościach. Tylko łowili a łodzie przepychali liczniejsi Indianie

Miało to jednak swój urok – nieopisany czar uczucia bycia podróżnikiem, odkrywcą. Łechtaliśmy nasze ego ostro;)

Żeby jeszcze te kamienie nie chciały być takie śliskie! Wszyscy pod koniec wyprawy zgodnie stwierdziliśmy, że nikt nie spotkał się z równie śliskimi otoczakami. Gdy się tam wybierzecie pamiętajcie o podkuciu podeszw!

Kolejny czarujący morpho

Nie było to łatwe ale w końcu się udało. Zdecydowaną większość morpho widzieliśmy w locie. Latają częściowo szybując, opadają a przy każdym ruchu skrzydeł gwałtownie podrywają się w górę. Metaliczny połysk błękitnej części skrzydeł przeplatany z ciemnym ich spodem powoduje mylące refleksy mające za zadanie prawdopodobnie dezorientować polujące ptaki. Motyle te siadały dopiero późnym popołudniem, najczęściej poza zasięgiem człowieka, do tego składając skrzydła. Na szczęście, w końcu nauczyłem się patrzeć na liście tak by móc z nich wzrokiem wyłuskać morpho. Złapać trzeba szybko i delikatnie by nie naruszyć delikatnych skrzydeł. Chwila wahania i motyl ucieka

I wypuszczenie:) Nie miałbym serca zabić morpho! Potrzymać jednak takie cudeńko w dłoni to coś więcej niż fajna sprawa.

Tego samego popołudnia w górze dopływu cachuel rzeka szumiała sobie tak

A Piotrek yatorany łowił tak:)

O dziwo na woblera imitującego szczupaczka

Tego było już za wiele dla Yankesa! Rzucił w miejsce właściwie i lora siekła!

Nie odpuszczała do samego końca, a zaciągnięta na płyciznę całkowicie się rozszalała. Z prawej strony fotografii dojrzycie spłoszone sabalo

No i jaki Yankes może się pochwalić w Chicago takim wyczynem?!:)

Dobra sztaba – ponad 10kg złota! Uwierzcie, nikt z nas nie zamieniłby takiej złowionej ryby na prawdziwe złoto! A z całą pewnością nie Artur w tamtej chwili;)

Dorado zostawiła Arturowi pamiątkę nie tylko w postaci zdjęć

By ją jednak złowić trzeba było trochę się natrudzić…

…również złowić kilka mniejszych rybek

Dopływ cachuel potrafi zachwycać nie tylko złotymi rybami

Choć El dorado też czaruje na maxa. Któż by nie chciał łowić w takim miejscu?

Łowienie w bryzie wodospadu

Janusz, jako pierwszy człowiek stawiał stopy w kanionie dżungli na tej wysokości El dorado. Indianie już dawno się przyznali, że tak wysoko nie byli nigdy!

Widzicie te ogromne sabalo przed rzucającym Januszem?!

No ale trzeba też odpoczywać – ileż można gonić? Na rzuconą „sumówkę” przecież ryby złapać się mogą same!

Np. kolejna raja. To z całą pewnością nie ta sama, która nas wystraszyła tego dnia na dopływie cachuel. Wraz z Szerszeniem i Donato pchaliśmy czółno z tyłu gdy wtem Mario na dziobie zaczął krzyczeć „Raja!”. To cud, że się nie pozabijaliśmy wskakując na raz szczupakiem do łodzi!

Kolejny mały gość w jednym z obozów – gdzieś na górze El dorado

Tego dnia grupa z El dorado podjęła decyzję o odwrocie – wszystko co dobre, szybko się kończy a i na samolot do Europy trzeba zdążyć

Oczywiście Indianie nie przerywali swojego normalnego trybu życia i cięciwy łuków dalej brzdękały nad naszymi głowami, gdy tylko zobaczyli duże sabalo. A te, im wyżej tym większe. Widzieliśmy już nawet takie po 5-6kg!

My z Szerszeniem postanowiliśmy wstać, jeszcze nim słońce zacznie przygrzewać i pociągnąć w górę do południa, zostawiając obóz rozbity do wyschnięcia. Parujący las i szumiące cachuele nie przestawały robić na nas wrażenia

My z wędkami a Indianie jak psiaki za nami na czółnie

Rzeka naprawdę ciekawa

I ciekawie się łowiło. Ryby poukrywane w tzw. „pocket’ach”, zajmowały każde zagłębienie, każdy cień prądowy i każdy przesmyk między kamieniami – były wszędzie. Jak na złość, niewielkie ale cieszyły nie mniej od holi nawet zakończonych porażką. Brania były najlepsze i na długo pozostaną mi w pamięci

Ciekawie było również dlatego, że ciągle po piętach deptały nam dzikie koty – jeśli nie jaguary to oceloty albo margaje. Widzieliśmy też ryjkonosy, paki i tapiry

Gdy napieraliśmy w górę Piotrek jeszcze szalał


Wielokrotnie obserwowaliśmy jak zacięta dorado w wodzie tylko odpoczywa ledwo kiwając się na boki, zbierając siły do kolejnego wyskoku. Potem zaczyna się szybciej i mocniej kolebać zbliżając do powierzchni i po prostu wiesz, że zaraz skoczy! A dźwięk gdy trzepie łbem w powietrzu… !!!


To były ostatnie podrygi w kamiennym labiryncie

Królowa w złotej koronie ściągnięta z kamiennego tronu

Dobra locha w skalistym korycie


Bez dalszych komentarzy – bo zaraz samego mnie, piszącego tą relację coś trafi;)


I o to chodzi!

Piotrek z dobrą dorado

Artur z dobrą yato

Najpierw Piotr przypaździerzył piękną yato



Aby coś takiego forsować w górę, przekupywało się Indian. Dalsza niemożliwa do przebycia droga automatycznie stawała się możliwa

Takie cachuele oczywiście też pokonywaliśmy

To było moje ostatnie zdjęcie na dopływie cachuel – tropy anty, czyli tapira, na którego też mieliśmy możliwość polować wraz z indiańcami z łukami!

Na koniec żegnały nas motyle. Helikonie (Heliconius Erato), które mogą sobie latać nawet w górach osiągających 2500m! Temperamentny gatunek jeśli chodzi o samce. Potrafią one dopadać samicę tuż po wykluciu z larwy, nim zdąży wysuszyć skrzydła!

Toksyczna Królowa mimiki (Lycorea ilione). Ptaki które ośmielą się ją zjeść zawsze później wymiotują

Heliconius hecale

Rajski dzwonek (Phocides metrodorus)

Myscelus assaricus

W końcu razem spotkaliśmy się na Boca de… Tam też złowiłem przedostatnią dorado wyjazdu!

Byłem już taki zdruzgotany ciągłymi stratami, że hamulec miałem bardzo delikatnie dokręcony. Ryba zrobiła odjazd na 50 metrów nim wyskoczyła i pokazała się po raz pierwszy

Co znaczy zdjęcie na wyciągniętych łapkach

Zaraz wróci do wody

Co ciekawe, to kolejnego dnia – ostatniego na El dorado wyciągnąłem chyba jej siostrę!

Podbierać dorado można śmiało chwytem za trzon ogona

Ostatnie złoto wyjazdu. W ciągu 3 kolejnych godzin miałem nie schrzanić a spieprzyć cztery większe ryby. Wszystkie spadły i tak zakończyłem przygodę z wędką na El dorado

Szerszeń jak zwykle przygarnął lokatora

Reklama

Czepiak czarny (Ateles paniscus) niedaleko rzeki. Małpy te mają bardzo czepliwe ogony. Owijają nimi gałęzie i pomagają sobie nimi w przemieszczaniu w koronach drzew. Gdy w nocy układają się do snu, owijają sobie nimi szyje niczym szalikami. Ogon na końcówce jest nieowłosiony i wyposażony w odpowiednik linii papilarnych

I już z powrotem we wiosce Tsimane. Tu, po zapłacie przesiadamy się z czółen na łodzie motorowe

Zebranie przypominało giełdę papierów wartościowych. Wielkie poruszenie – gringos chcieli kupić łuki

Korzystając z okazji, odwiedziliśmy wioskę na górze skarpy

Ławki w indiańskiej szkole – każda chyba “ośla”

Piotrek „zakosił” łuk, który najbardziej mu się spodobał. Oczywiście się rozliczył – Indianie nie mieli szans odmówić;)

Przenoska w czasie

Jeszcze kilka portretów plemienia Tsimane





Po dniu płynięcia w dół rzeki wracamy do cywilizacji

Bolivia by night. Nikt tam wieczorami w domu nie siedzi, jak ja szykując tą relację;)

Sławek z czaszką słusznego kajmana

Szerszeń z oswojoną „sarenką” w ośrodku Joniego – przyjaciela Pawła i Grześka

Prawie zoofilia;) Co zrobić gdy człowiek pieszczot spragniony

No właśnie!;)

Prom w drodze do Trinidadu. To tu oglądaliśmy słodkowodne delfiny

Oczywiście w Santa Cruz, na sam koniec nie odmówiliśmy sobie wizyty w dyskotece. Jak widać, warto było! Szczęście Piotrka nie opuszczało do końca;) Ach te nnnogi!

Na sam koniec LOT zrobił nam miłą niespodziankę i w Madrycie podstawił nawet złoty samolot. Ach dorado…

To była naprawdę wspaniała przygoda! Bezcenna chwila w życiu każdego z nas. Warta pieniędzy, trudów podróży, stresów związanych z niespodziankami dżungli. Znaleźć się w lesie, gdzie drzewa same chodzą, mieszkają najpiękniejsze motyle świata, pachnie kwiatami deszczowego lasu, z Indianami Tsimane poluje się z łukami a w rzece znaleźć można kilogramy najprawdziwszego złota – czegóż więcej może zapragnąć człowiek? Czegóż więcej może zapragnąć facet by poczuć się jak odkrywca i by w końcu spełnić marzenia, które prześladują od lat dzieciństwa? Przy czym ani Szklarscy, ani Fiedler, Tony Halik czy Ostrowski nie opisywali miejsca gdzie jest tyle takich rzeczy na raz! Po prostu brak słów!

A ponieważ po prostu musimy tam wrócić i wiem, że te powroty będą częstsze zapraszam wszystkich by ruszyli z nami. Zapraszam do wzięcia udziału w wyprawie do raju entomologów, wędkarzy, botaników, ogólnie miłośników przyrody i wszelkiej maści ambitnych ludzi.
Te rzeczy po prostu trzeba zobaczyć na własne oczy. Planujemy wrócić jesienią 2011 i na wiosnę 2012.

Jeśli ktoś byłby zainteresowany, proszę o kontakt na e-mail’a:
rafalslowikowski@yahoo.com
r.slowikowski@bayangol.pl
lub pod numerem telefonu kom. 501 762 321

Ostatnie spojrzenie na Morpho. Tym razem rzadkie Morpho marmurkowe (Morpho deidamia)