W ciele każdego prawdziwego faceta już od najmłodszych lat bije dzikie serce. Serce poszukiwacza skarbów, przygód, samotności, serce poszukiwacza mitycznej Atlantydy czy legendarnego El Dorado – w naszym przypadku pełnego wielkich, złotych ryb El Dorado. Musieliśmy ruszyć by je znaleźć! W przeciwnym razie nasze serca niedługo wyskoczyłyby z piersi!

Pierwszy raz w Boliwii byłem w 2004 roku i już wtedy dostrzegłem potencjał tamtejszych rzek i z zaciekawieniem słuchałem opowieści, nie do końca wierząc w potwory żyjące w tamtych wodach. Do tego od kilku lat obserwuję światowy boom na łowienie fantastycznie walecznych ryb w krystalicznych, górskich rzekach tropików a konkretnie złotych dorad właśnie w przyźródłowych odcinkach rzek Boliwii. Jest to teraz numer jeden w światowym flyfishing’u! Czy chcemy tego, czy nie ryby łososiowate w porównaniu z nakręconym metabolizmem ryb Ameryki Południowej przegrywają. Nie przegrywają za to piękne, przeźroczyste wody wartko przelewające się po kamieniach. Na szczęście w Boliwii ich nie brakuje. Musiałem zatem wrócić. Doświadczyć tego wszystkiego na własnej skórze. Nie wiedziałem jednak, że przerodzi się to w tak wielki, poważny projekt. Projekt, który umożliwi przeżycie podobnych rzeczy Wam. Ale pokolej…

Próbując się dostać z Caracass do Boliwii, na którymś z lotnisk poznaliśmy Adama – Polaka, który mieszka na stałe w Boliwii. Okazał się kolesiem nadającym na tych samych falach a jakiś czas później doskonałym kompanem w poszukiwaniu naszego wspólnego El Dorado! Znów słowa Leona okazały się prawdziwe: „Panie, Ty ich tworzysz a potem oni sami się znajdują”.

Adam z żoną Marielą w ich domu w Santa Cruz

W domu teścia Adama – przyjęcie na cześć Polaków – cholera! Na naszą cześć! Teść Adama do dziś darzy sporym szacunkiem Jana Pawła II i to pewnie jemu zawdzięczamy szacunek, którym i nas obdarzono. Świetny klimat!

Steki z południowoamerykańskich wołów – specjalnej, garbatej mięsnej rasy.

Waza pełna świeżo zrobionej caipirinhy! Na szklaneczkę 1/2 limonki, 60ml cachaçy (brazylijskiej wódki – ale można zastąpić i naszą), 2-3 łyżeczki brązowego cukru z trzciny cukrowej, kruszony lód. Oczywiście myśmy użyli kilkudziesięciu limonek – całej reszty też nieco więcej;)

Struś nandu

Kajman – pod drodze do wielkiej rzeki Mamore

Czaszka jednego z jaguarów. Taki kot potrafi dopaść człowieka jednym susem i załatwić jednym kłapnięciem. Co ciekawe, tylko laicy uważają że jaguar boi się ludzi i zawsze ucieka. Kilkukrotnie w minionych latach siedząc w wenezuelskiej dżunglii przy wieczornym ognisku, mimo kilku ludzi w obozie byłem świadkiem świecących oczu dzikiego kota krążącego wokół nas i warczącego z wściekłości, że nie może nas dopaść. Bał się tylko ognia!

Rio Mamore

Jeden z naszych przewodników. Rum i cola – bedzie miło:)

Pierwszy zachód na rzece. Te pierwsze i ostatnie zawsze napełniają człowieka melancholią a jakiś czas potem jest się świadkiem jeszcze lepszych. Tamtego wieczora byliśmy jednak oczarowani.

Złowiona raja…

… i jej odcięty ogon ze słynnym kolcem jadowym. Nadepnięcie na coś takiego wiąże się ponoć z niewąskim bólem.

Barka rybaków na Mamore

Wielometrowa curriara mknie po wodzie tak gładko, że śmiało można spać. Tylko uwaga na słońce!

Uśmiechnięty sum blancito

A ten nazywa się General!

Wziął na martwą rybkę. Walka z takim potworem w całkowitej ciemności dłuży się nieziemsko a rybę widać dopiero pod sam koniec „przeciągania liny”. Najczęściej człowiek zostaje z porwanym zestawem i niestety nie wie nawet z czym przegrał, albo bardziej – co tak skopało mu tyłek!;)

Z łupin tych orzechów robi się naczynia

Grzesiek z pomarańczami nad laguną z pavonami

Surubi akurat nie dość że świetnie wygląda to jeszcze świetnie bierze na spinning.

Poza spinningiem, szczególnie w nocy łowiliśmy na 30cm żywce. Wielokrotnie sumy zjadały przynętę i zrywały cały zestaw. Nie było wogóle dyskusji! Bardzo duże ryby.

Kolejny fantastyczny zachód. Uroku dodawał fakt, że miejsce to obfitowało w słodkowodne delfiny. Pływały tam jak w stawie rybnym raz po raz się tylko wynurzając by zaczerpnąć powietrza.

Grzesiek (Loluniu) z kolejnym surubi na nocnej zasiadce.

Potem wróciliśmy do Santa Cruz, gdzie kiblowaliśmy 5 dni czekając na zgodę na wylot do Parku Narodowego Tipnis.

Lotnisko w Oromomo

Pierwsze spojrzenie na rzekę Isiboro

Wioska indian Tsimane

Młoda indianka łowiąca ryby z ręki

A wyglądało to tak.

Z trzepiącą boconą w łodzi


Dla dziecie Tsimane to po prostu posiłek.

Drugi rzut! Pierwsza złota dorada – 6kg.

Ryba ta słynie ze sposobu walki i faktycznie walczy chyba więcej w powietrzu niż w wodzie!

W wolniejszych partiach rzeki nie było co spodziewać się skaczących dorad ale zwsze mogliśmy liczyć na niezawodne surubi.

Jedenastka! Ja wyciągnąłem. Loluniu niestety nie miał tyle szczęścia – w tym samym czasie z tego samego miejsca wyskoczyła mu podobna jeśli nie większa. Niestety nie założył stalki i zemściło się to szybko.

Po to właśnie przybylismy! Yeah!

W Wenezueli nazywa się je morocoto w Boliwii to po prostu pacu. Świetnie walczące długimi zrywami przebywają na wolnej wodzie tuż przy przeszkodach.

Loluniu z doradką

I kolejna moja. To był pierwszy dzień, woda na tej wysokości ponoć jeszcze nie doradowa a ja zaliczyłem wtedy chyba 15 tych wspaniałych, złotych ryb!

W takim labiryncie podwodnych przeszkód byliśmy pewni, że siedzą pacu.

Instynkt nas nie zawiódł.

W szybszych partiach rzeki wciąż brały dorady.

Ta pacu miała 10kg! Porządna patelacha! Namęczył się Grzesiu strasznie ale warto było.

Coś takiego zmiata woblera w toni jak mknąca lokomotywa, tyle że łomocze jeszcze głową na boki.

I wtedy Grzesiek dziabnął tego suma! To się nazywa Surubi przez duże „S”!

Spójrzcie jaki gruby!

Wagę mieliśmy do 17kg – przy ważeniu tej ryby się skończyła:) Ryba w trakcie holu władowała się jeszcze w kołek i wędkarz owinął plecionkę na łapkę po czym rybka wypłynęła i zaciągnęła pętelkę – dłoń cudem uratowana.

Niestety nasi indianie nie byli zbyt przychylni – prawdopodobnie przez Argentyńczyków, którzy w górze rzeki mają swoją ekskluzywną bazę wędkarską. 7200USD za tydzień łowienia jednego wędkarza musi pociągać pranie mózgu okolicznym indiańcom. Zatem zostaliśmy porzuceni w dżungli bez żadnego transportu. Po dwóch dniach cudem dorwalismy „okazję” i dalej zabraliśmy się na stopa ze zbieraczami dzikich bananów, którzy płynęli z góry rzeki do San Jose.

Martin Pescador – czyli rybaczek obrożny (Megaceryle Torquata).

Capibary (Hydrochoerus hydrochaeris) – spokrewnione ze świnką morską największe gryzonie z rodziny marowatych.

Czapla

Kolejny zimorodek czatujący na ryby

A my wciąż podążamy w dół rzeki, która za każdym zakrętem zmienia się jak w kalejdoskopie.


Kilkaset metrów wyżej była płytka i rozlana na kilkukilometrowej szerokości koryto a tu zwężyła się znacznie przyspieszając.

No i za każdym zakrętem mijamy kolejne dzikie zwierzęta – najczęściej kajmany.


Pewnie czują się tu tak dobrze również z uwagi na spore ilości capibar, które są kajmanim przysmakiem


Rzeka znacznie się zwężyła i nabrała sporej głębokości. Niestety nie mogliśmy sprawdzić jej wędkarsko – wciąż byliśmy uzależnieni od zbieraczy bananów, którzy w końcu robili nam grzeczność. Choć musieliśmy zapodać i własne paliwo (50litrów) – dobrze, że mieliśmy.

Za którymś zakrętem w głuchym lesie zobaczyliśmy indiańskie dzieci.

Pochodziły pewnie z wioski ukrytej w cieniu drzew.

Płyniemy dalej.

W końcu „bananowcy” się zlitowali i pozwolili zarzucić wędkę ale tylko w celu konsumpcyjnym, w końcu dawno było po porze obiadowej a banany jeszcze mocno zielone.

Cholera! W takich przypadkach nie ma szans na dłuższe porzucanie – surubi są wszędzie i współpracują chętnie. W tym przypadku „zbyt chętnie” – wziął w trzecim rzucie i już mieliśmy po łowieniu.

Myszołów

Wysoka woda potrafi odwrócić drzewo do góry korzeniami!

Wciąż płyniemy chłodząc falami wygrzewające się na brzegu kajmany.

Ararauny zwyczajne (Ara ararauna)

Grzbiety błękitne a spody wyraźnie żółte – papuzi skrzek wydaje się kłócić z harmonijnie mieniącymi kolorami w locie.

Badania wykazały, że ararauny zjadają conajmniej 20 gatunków roślin, z których wiele jest dla ludzi niesmacznych lub nawet toksycznych, a które im najwyraźniej nie szkodzą.

Papugi te a także inne ary często zjadają kawałki gliny, co być może pomaga im neutralizować szkodliwe substancje, zawarte w ich diecie.


Karakara czarnobrzucha (Polyborus Plancus)

Myszołów łupkowy (Buteo albonotatus) – samica. Poluje zazwyczaj z powietrza, latając razem z urubu, do których ma podobną sylwetkę. Być może to podobieństwo pozwala mu bardziej zbliżyć się do zdobyczy, która normalnie nie ucieka przed niegroźnym urubu. Ponadto bardzo odważnie broni swojego gniazda. Atakuje, a nawet może uderzyć człowieka, który podejdzie/podpłynie do niego zbyt blisko!

„zchilloutowana” capibara

Drzewo dławigadów

Dławigady Amerykańskie (Mycteria americana)

Żerując dławigady brodzą po brzuchy w wodzie i przeczesują ją na wpół otwartymi dziobami. Gdy natrafią na zdobycz, zamykają dziób i dławią ofiarę.

Kolonia dławigadów

Taka ilość ptaków potrafi ściągnąć hałasem uwagę wszystkiego.

Ararauna sprzeczająca się z motorem naszego silnika;)

Żółw wygrzewający się na gałęzi

Ja – Paweł

Grzesiek po trzecim tygodniu w Boliwii a wcześniej jeszcze dwa w Wenezuelii.

Kolejna capibara – gdyby nie kajmany i jaguary, których stają się najczęstszą ofiarą szczególnie w okresie suszy, miałyby tu raj.

Kwiaty dżunglii

słodkowodny delfin rzeczny

Kolejny, wygrzewający się kajman – ten miał jednak 4 metry! Znaczy „formiter” – nie „forfiter”;)

Ślepowron (Nycticorax nycticorax)

My widzieliśmy kolejnego kajmana, zbieracze bananów kilka drogich pasków, torebek czy par butów.

Czasem kajmany okazywały się estetami i lubiły podziwiać ładne widoki z wysokości, nawet jeśli wiązało się to z trudną wspinaczką.

Żabiru argentyński (Jabiru mycteria) – największy bocian Nowego Świata

Kolejna gadzina – ileż tego tam było.

Tak się płynie i mija kolejne kajmany a te tylko gdy zauważą, że łódź zwalnia bądź odbija w ich stronę natychmiast zsuwają się znikając pod wodą. Ciekawe ile gadów było ukrytych w rzece.

Kolejne drzewo dławigadów

Napieramy dalej w stronę cywilizacji aż docieramy do… Polski. Oczywiście wcześniej zdążyliśmy się pożegnać i ze zbieraczami bananów i z Adamem – z całą Boliwią. Jednak nie rozstawaliśmy się z nią na długo. W głowach naszych narodził się projekt „Boliwia”, niestety potem musiał ulec zmianie ale koniec końców wyszło jeszcze lepiej. Amerykę Południową odwiedzałem od lat i praktycznie już od Meksyku na południe widziałem wiele – , nie widziałem jednak takiego zatrzęsienia ryb jak w Boliwii nigdzie indziej. Kiedyś też komuś powiedziałem, że gdy zobaczę jaguara przestanę do Nowego Świata wracać – w Boliwii było mi dane tego roku zobaczyć jaguara w całej okazałości i to dwa razy. Drugi na dodatek był czarną panterą! Oczywiście wracać będę tam zawsze! Odwiedzane miejsca okazały się tak urocze, że jasnym się dla mnie stało także iż w Ameryce Południowej pewnie nie znajdę piękniejszych rzeczy, wspanialszych rzek i lepszych ryb niż złote dorado w Boliwii! Postanowiłem zbudować tam bazę wędkarską z prawdziwego zdarzenia by więcej ludzi mogło doświadczyć tam tego co ja! Na prawdę warto! Dla mnie i kolegów z Bayan-goł warto żyć właśnie dla takich rzeczy!

Zatem już po dwóch miesiącach znów moczyłem się wraz z Wojtkiem (po lewej) i Adamem (po prawej) w basenie zaprzyjaźnionego hotelu. Oczywiście był i Grzesiek, nierozłączny kompan z którym czekało nas podpisanie kilku umów i ustaleń z władzami Boliwii. Ale powoli. Przygoda dopiero miała się zacząć.

Kobieta wyciskająca sok ze świeżych pomarańczy w Villa Tunari. Zapewniam Was – tak wspaniałych pomarańczy nie jedliście nigdy a taki sok za zeta to po prostu boska ambrozja! Oczywiście w cenie dolewka!

Oczywiście gdy nie można dzieciaka zostawić w przedszkolu zabiera się go do pracy;)

A to już pani z obsługi stacji benzynowej. W Boliwii w cenie paliwa wliczone są także soft-drinki, a że ciepło mało kto odmawia. Z resztą takiej pani;)

Grzesia uwagę coś przykuło…

Acha… 😉

Kilka minut za miastem droga zamienia się w coś takiego. Chwila nieuwagi w takim terenie i…

Bolivian highway!

Nim dotarliśmy do celu musieliśmy przejechać przez sześć takich rzek…


… mijając po drodze kolejne wioski indian Tsimane.


Czasem najpierw trzeba było wyjść i sprawdzić głębokość brodu.


Wielokrotnie mieliśmy wrażenie, że byliśmy pierwszymi którym udało się dotrzeć tak daleko samochodem. Trakt praktycznie zarosła już dżungla. Myliliśmy się jednak – po piętach deptała nam konkurencja;)

W końcu dotarliśmy do wioski o dźwięcznej nazwie „Carmen”…


…a z niej już tylko „rzut beretem” do kolejnej rzeki. Rzeki o bliżej nieokreślonej nazwie, o której zdążył nam powiedzieć syn wodza ze wsi Oromomo. To tu planowaliśmy zbudować bazę – jeśli rzeka się sprawdzi.

Ruszamy na rekonesans.

Miejscowe curriary (łodzie z wydrążonych pni drzew) okazały się znacznie płytsze od tych chociażby z Wenezuelii. Chodzi o inny charakter rzek – by nie przepychać łodzi non stop na mieliznach muszą takie być.

A i tak nie uchroniło to nas od przepychania.

Krystaliczna woda w kamienistym korycie a wszystko w objęciach tropikalnego lasu deszczowego – coś takiego wraz z odgłosami dżungli musi robić wrażenie! A że woda ma ponad 20 stopni Celsjusza takie brodzenie to sama przyjemność.

Pierwsze ryby, z którymi się zmierzyliśmy na Ichoa to bocony

Na obrotówkę brały ich niesłychane ilości!

No i pierwsza złota dorada! Tamtego dnia mieliśmy podobnych po kilkanaście na kiju. Niestety tuż po braniu powstawał kocioł i jednej zapiętej rybie dziesięć innych próbowało wyrwać przynętę z pyska! Ich zęby nawet mimo długich, stalowych przyponów musiały trafiać na plecionkę i było po sprawie. Szalone ryby!

W Boliwii panuje zasada „im wyżej tym lepiej” – im wyżej tym woda szybsza, czystsza, koryto bardziej kamieniste, górskie a przez to dorad coraz więcej.

Obóz w dżungli. Las na tej wysokości jest znacznie bardziej ożywczy – w Wenezuelii, gdzie podróżowaliśmy spanie pod samymi moskitierami dusi człowieka niesłychanie – klimat zabija! W Boliwii jest znacznie optymalniej! Wydaje się ona znacznie bardziej przychylna „białasom”.

Ichoa o poranku spowita w mglistej pierzynie

Widok z namiotów na rzekę.

Boliwijskie skarabeusze zaginają nawet te z bransoletek w Egipcie.

Któraś z mniejszych dorad posłużyła za obiad.

Indianie byli zauroczeni ostatnim numerem CKM-u a gdy powiedzieliśmy, że zrobimy im zdjęcia a te ukażą się w tym magazynie ustawili się w kolejce by pozować.

Częściej niż singi (indiańskie pagaje) na Ichoa używa się tyczek – zbyt płytka rzeka.

Nad jamką

Jama – pewne miejsce na sumy i pacu.

Najprawdziwszy ślad jaguara! Widzieliśmy tego kota!

A gdy zaczął padać pierwszy deszcz tego lata (największa susza w Boliwii od stu lat) ryby oszalały.

Pacu nie poddaje się do końca.

A gdy się podda potrafi ważyć 9kg!

Nie zapomnę tego miejsca!

Lolek w tym czasie ćwiczył na suchą muchę sabalo. Ryby do 50cm zgarynały praktycznie każdą muchę, która napłynęła na rynnę. Coś niesłychanego!

Sabalo praktycznie są wszędzie – dorady najczęściej stoją pod przelewami i na końcu płań.

Najpierw zobaczyliśmy bąbelki na powierzchni wody a po chwili się zgarbiliśmy. Każdy myślał, że to pewnie sum a na naszych oczach wynurzył się tapir! Najwyraźniej wyławiał sobie z dna owoce, które wpadły wyżej do wody.

Tapir anta (Tapirus terrestris) – doskonały pływak i nurek. Pod wodą potrafi wytrzymać 5 minut.

W kolejnym obiecującym miejscu Grzesiek zapina kolejną doradę. Oczywiście w 5 sekundzie holu wszyscy obejrzeliśmy jej sylwetkę dobrze w metrowej świecy!

Świetna ryba z tropikalnej, górakiej rzeki.

Dorady są bardzo wytrzymałe i mimo wariactw, które wyprawiaja podczas holu nie męczą się szybko. Walczą do końca.

Dobra dorado z dobrego miejsca.


Kolejna pacu z mojego miejsca pod osuwiskiem.

Te szczęki miażdżą z łatwością orzechy więc nasze wobki pękały nie raz.

Slider po braniu pacu. Mimo, że przezbrojony w najmocniejsze kółka łącznikowe i kotwice Owner’a nie chroni to przynęty od zniszczenia. A Owner… najmocniejsze kotwice na rynku wyglądają tak.

Ichoa – najniższy stan rzeki od 100 lat!

Podczas gdy Grzesiek uganiał się za doradami a te łoiły mu skórę jak chciały ja skupiłem się na wolniejszych, głębszych partiach rzeki – opłaciło się. Pacu 9kg

Kolejny dobry surubi.

A na końcu wlewu, gdzie woda spowalnia…

Znów 9kg! Jakby jeden rocznik.

Doradowa końcówka płani

Doradowy wlewik

Czystość wody robi w dżungli wrażenie

Po obłowieniu miejsca podąrzaliśmy niżej a łódź z bagażami wolno podążała naszym śladem.

Najczęściej podawało się przynętę w dół i prowadziło pod prąd. Dobrze gdy ktoś obok prowadził przynętę równolegle. Ryby jak na komendę uderzały jednocześnie i równoczesne hole nie były rzadkością. Do tego kocioł i reszta goniących ryb próbujących uszczknąć coś dla siebie rozdzielała się na dwie grupy – większa szansa na wyciągnięcie holowanej dorady!

Nasza curriara

Miejscówki


Ja z asystą podążam brzegiem obławiając co ciekawsze bańki a łódź jak psiak na smyczy za mną


Ostatni obóz w boliwijskiej dżungli nad Ichoa. Niestety po dotarciu do wodza indian okazało się, że Argentyńczycy już nas ubiegli i przygotowana wcześniej umowa została podpisana ale nie z nami! Ależ żeśmy się wkur…rzyli! Przyszło nam podążyć dalej.

Dotarliśmy nad Santo Spirito – widoki były fantastyczne.

Przeprawa na drugą stronę. Wsiada się do takiego wagoniku i pedałuje ręcznie. Faktycznie było to takie solidne jak wyglądało.

Starodawna ścieżka inków na skalnej półce

Niestety woda w Santo Spirito była za zimna. Byliśmy za blisko gór (powyżej 4000m n.p.m.) i mimo obfitości sabalo dorad nie było. Pewnie za zimna woda.

Muszę wspomnieć, że w sierpniu wystąpiły jakieś anomalia i przez trzy dni temperatura w tej części Boliwii spadła do 2 stopni Celsjusza! Indianie byli w szoku i chcąc przetrwać palili wszystko co trafiło im pod rękę. Również odbiło się to na rybach – pierwsze padły pavony, potem piranie a w końcu pacu i surubi. Dorady jednak poradziły sobie wyśmienicie. Najwyraźniej w Santo Spirito wogóle nie występowały. Widać jednak, że drastycznie postępujące ocieplenie klimatu potrafi nawet w najzdrowszych regionach naszej planety spłatać niezłego figla. Oczywiście ignorantom śmiejącym się z teorii ocieplenia klimatu Ziemi trzeba tłumaczyć, że nie musi się ona przejawiać w wysokich temperaturach – może się dziać coś kompletnie odwrotnego w miejscach gdzie nie ma prawa. Skomplikowana sprawa i gdy dalej bedziemy się ocierać o bandę ignorantów jakimi są decydenci i politycy tacy ludzie jak my w Bayan-goł będziemy musieli się coraz bardziej spieszyć by zdążyć w wiele miejsc.

Wojtek na plantacji koki

Gdy się trafi na takie miejsce lepiej uważać i nie pstrykać zbyt dużo zdjęć – po prostu spadać.

Koka czyli krasnodrzew pospolity (Erythroxylum coca Lam.). Liście koki zawierające kokainę są wykorzystywane przez południowoamerykańskich Indian jako używka. Sama roślina odgrywa ważną rolę w tradycyjnej kulturze andyjskiej. W wielu rejonach Boliwii stanowi podstawę egzystencji indiańskich rolników, zwłaszcza w górach, niesprzyjającym innym uprawom. Roślina wykorzystywana jest w produkcji Coca-Coli. Dziś jest głównie używką samą w sobie (działa lepiej niż 10 mocnych kaw na raz!) – zwiększa wytrzymałość i pozwala pokonywać szybciej spore odległości pieszo i radzić sobie z chorobą wysokościową. Oczywiście jest też surowcem do produkcji narkotyku.
Kokainę pierwszy raz wyekstrahował z koki Albert Niemann w 1860. W Niemczech chlorowodorek kokainy zaczęto stosować w medycynie w 1884. Jakkolwiek syntetyczne środki znieczulające są dzisiaj bardzo rozpowszechnione, kokainę nadal w pewnym stopniu wykorzystuje się w stomatologii i okulistyce, w 1879r zaczęto ją także używać w leczeniu uzależnienia od morfiny. Jednak część pacjentów zaczęła eksperymentować z zażywaniem obu środków.
Już w późnych czasach wiktoriańskich używano kokainy dla rozrywki. Określano ją jako silnie stymulującą i rozjaśniającą umysł. Zygmunt Freud był jednym z wielu entuzjastów kokainy. Opowiadanie Roberta Stevensona „Doktor Jekyll i pan Hyde” powstało podczas sześciodniowej kokainowej sesji. Nieustraszony polarnik Ernest Shackleton badał Antarktykę wspomagając się kokainowymi tabletkami o nazwie Forced March. Fikcyjna postać literacka, bohater znanych powieści detektywistycznych, Artura Conan Doyle’a – Sherlock Holmes, nie stronił od przyjmowania kokainy dożylnie.
Kiedy kokainę zmiesza się z alkoholem uzyskuje się kokatylen. Było to przyczyną popularności domieszkowania kokainą win – najbardziej znane Vin Mariani. Kokainowe wina zyskały sobie smakoszy wśród premierów, szlachty, a nawet papieży. Architekt Frédéric Auguste Bartholdi stwierdził, że gdyby posmakował Vin Mariani wcześniej w swoim życiu, zaprojektowałby Statuę Wolności kilka setek metrów wyższą.
Co ciekawe w 1996 r. gazeta San Jose Mercury News opublikowała serię artykułów śledczych pt. Ciemny związek (Dark Alliance), zarzucając spowodowanie epidemii kokainizmu w gettach amerykańskich działaniom świadomym i celowym CIA. Publikacja wywołała społeczne oburzenie w USA, aczkolwiek nikt nie został pociągnięty do odpowiedzialności karnej.

Wojtek Polowiec na jednym ze ściętych południowoamerykańskich drzew – niesłychanie twarde i o pięknym kolorze drewno. W Wenezueli nazywa się je „sejba”.

A dżungla jak to dżungla – mało przyjazna człowiekowi.

Z Santo Spirito przemieściliśmy się dalej, na kolejną rzekę – Ibirisu. Dojechaliśmy późną nocą.

Rano opadły nam kopary! Widok był doskonały, podobnie toaleta.

Obóz nad Ibirisu.

Zapięliśmy namioty, uzbroiliśmy wędki…

…przeżyliśmy bliskie spotkanie trzeciego stopnia z miejscową fauną, …

…pocykaliśmy okazy geologiczne…

… i ruszyliśmy dalej w górę rzeki by znaleźć dorado.


Dorady były ale nie było ich dużo.

Bardzo dużo sabalo i bocony jednak dorad niewiele. Nie zmienia to jednak faktu, że nasz Indianin – przewodnik złowił tam niegdyś doradę powyżej metra!

Rzeka podobnie jak góry wokół przepiękna.

Podobnie jak na Ichoa, woda w Ibirisu była podobnie, ekstremalnie niska.

Po brzegach i wyspach widać jaka woda potrafi tędy płynąć w porze deszczowej. Pod tą wyspą była fajna bańka gdzie harataliśmy bocony jak chcieliśmy i ile chcieliśmy.

W poszukiwaniu dorados.


Wysokości i dystanse potrafią wycisnąć z człowieka wiele kropel potu. Czego jednak nie robi się by znaleźć El Dorado.

W końcu dotarliśmy ponownie do cywilizacji. Szybko opłukalismy gęby i w przydrożnej restauracji zamówiliśmy palmito, czyli serce palmy – marynowany, miękki palmowy rdzeń o smaku warzywa przypominającego tatarak. Wraz z musztardowym sosem i kieliszkiem czerwonego wina – wyborne.

Można też było kupić… kompot – darowaliśmy sobie;)

Podczas przeprawy na Ibirisu Wojtek rozdarł swoje sandały – zanieśliśmy je do elektryka samochodowego a ten zszył je tak, że niejeden szewc mógłby się od niego uczyć!:)

W końcu wróciliśmy do Santa Cruz. Adam miał urodziny i nie do pomyślenia było by nie spedził ich w domu. Najpierw jednak niemal prosto z podróży trafiliśmy na grilla do Jego przyjaciół. Piwo było wszędzie a gdy zajrzeliśmy do lodówki…

Pamietacie reklamę Heineken’a? Jezu – czuliśmy się jak w niebie!

Po grillu, Adam zabrał nas na „after party”, gdzie grająca kapela słysząc Polaków zagrała nam nawet kawałek Perfectu – ale czad!

Oczywiscie południowoamerykańska kultura macho nie pozwala zainstalować w męskim kiblu innych drzwi jak takie;)

Lolek po imprezie urodzinowej Adama. Jak jest?!:)

Biedak już, już sięgał do woreczka z liśćmi koki, które postawiłyby go na nogi lepiej niż cokolwiek innego. Niestety – nie zdążył;)

Samolot miał następnie zabrać nas do Trinidadu

Skutki uboczne nocnego imprezowania pojawiły się pięć minut po zrobieniu tego zdjęcia – wszyscy padliśmy.

Niestety z uwagi na ścianę dymu z wypalanego lasu unoszącą się nad górami mieliśmy nieplanowane lądowanie w Rurrenabaque. Zwróćcie uwagę na wysokość zawieszenia autokaru. No i oczywiście cały czas czuliśmy, że prowadził nas Jezus!:)

Nie ma się jednak co dziwić skoro drogi wyglądają tam tak.

Znowu nie mogliśmy sobie odmówić soków z pomarańczy – tymbardziej, że musieliśmy uzupełnić wypłukaną witaminę C z organizmów;)

Typowy hotel w typowej południowoamerykańskiej dziurze.

Publiczne ubikacje i prysznice:)

Młody przy tokarce do pomarańczy. Owoc w takim urządzeniu jest obrany w 10 sekund!

Nie było co barłożyć i marnować czasu. W końcu wsiedliśmy w autokar jadący na zachód.

Dotarliśmy w końcu do ośrodka naszego przyjaciela Yoni’ego. Miał się on okazać bazą wypadową do naszej rzeki właściwej!

Mała lapa, nazywana także paką (Cuniculus paca) – gatunek dużego południowoamerykańskiego gryzonia z rodziny Cuniculidae. Ceniona przez Indian za smak mięsa.

Młody benato

Wojtek z trzymiesięcznym ocelotem!

Ocelot (Leopardus pardalis). Koty te żywią się wieloma zwierzętami, w tym: szczurami, świnkami morskimi, małpami, pancernikami, mrówkojadami, aguti, różnymi jeleniowatymi, młodymi pekari, jaszczurkami, wężami, żółwiami i różnymi ptakami. Często zakradają się do kurników.

Młody został przyniesiony do Yoni’ego przez któregoś z Indian – jego matkę potrąciło auto a młody kociak został sierotą. Ślinił wszystko co mógł – biedak cały czas szukał matczynego sutka a karmiony mlekiem ze smoczka był wręcz nienasycony!

Adam z ocelotem. Co ciekawe, matki takich ocelotków są bardzo opiekuńcze – potrafią wyrywać sobie sierść z brzucha by wyścielić gniazdo a młodym przynoszą żywe, małe zwierzęta by te mogły nauczyć się szybciej i skuteczniej polować! Ponadto oceloty mają najbardziej miękkie poduszki łap z całej kociej rodziny, przez co diablo skutecznie i cicho potrafią polować nawet na suchym listowiu. Dodam, że jeszcze świetnie pływają i zupełnie nie boją się wody. Zatem na zdjęciu Adam z małą maszynką do zabijania.

Wojtek „w objęciach śmierci”. Kajman, którego czaszkę tu widać pochodzi z laguny, na którą niedługo mieliśmy ruszyć łowić pavony.

Maska z centrum kultury Indian Tsimane.

Obrazek na skorupie żółwia.

Zaraz ruszamy z Tito – kolejny, bardzo pomocny przyjaciel.

Dotarliśmy do farmy, gdzie koła drewniane w wozach funkcjonują do dziś. Jak widać – takie rzeczy to nie tylko w Mongolii.

Indiańska churuata

Kajman przy Bayan-goł

Tito skręcił jakieś dziwne papierosy po których wszystkie zwierzęta wydawały się nam jakieś dziwne. Gdy patrzę na te zdjęcia – oczy też mieliśmy nienormalne;)

Młody szop rakojad (Procyon cancrivorus)

Pisklę długoszpona krasnoczołego (Jacana jacana). Samce, jak w przypadku innych gatunków tej rodziny, odpowiadają za inkubację jaj. Samice są poliandryczne, bronią nawet do czterech gniazd swoich partnerów i potrafią nawet zniszczyć lęg rywalki, by „odbić” jej samca.

Ptaszki te jakby zahipnotyzowane podążały do świateł naszych latarek!

Nawet pełnia księżyca po tych papierosach była nieco bardziej krwista. Dziwne, bo nasz aparat przecież niczego nie palił;)

A to to nie mam pojęcia co to jest. Podobna do zmierzchnika sówka albo jakiś lelek…

A może odkryliśmy nowy gatunek? 😉

Wojtek po tej fajce drzemał jak małe dziecko;)

Dopóki nie obudziły Go wrzaski Adama dziabniętego przez mrówkę! Pamiętacie film „Apocalipto”? Były tam takie same.

Jakże uroczy poranek…

…zastał nas w jakże brzydkim miejscu.

Rolnicy uwijali się już od pierwszych promieni słońca…

… a my chwyciliśmy za wędki i pognaliśmy nad lagunę łowić pavony.

Grzesiu jednak zapiął coś innego.

Co myśmy mieli, żeby gada odpiąć!

Trzeba się nieźle było nagimnastykować by go uwolnić.

Ale udało się.

Przy robieniu tego zdjęcia w biednego kajmana były wymierzone dwie flinty – tak na wszelki wypadek gdyby postanowił Lolka dziabnąć w tyłek;)

Niestety mieliśmy pecha i dzień wcześniej spory wiatr mocno zdołał wzburzyć powierzchnię jeziorka a ta rozkołysana zmącić mocno wodę. Na szczęście kilka pavonów złowiliśmy. Większe niestety były nieaktywne.

Z małą piranią.

A w końcu chcąc nam pokazać duże stada capibar wsadzono nas na osiodłane konie i pognano w pampę.

Uprzęże bywały przeurocze.

Adam w koszulce Polo jako jedyny miał stosowny strój na taką okazję:)

Lolek przy capibarach.

Faktycznie ganiały tam jak kury w kurniku.

W końcu nasze psy postanowiły zapolować i spłoszyły stadko. Jedną jednak złapały…

… a że wszystkiego i tak by nie zjadły:P Żartuję – to szaszłyki z wołowiną;)

W końcu Tito dogadał się z Indianinem i postanowiliśmy ruszyć z laguny z pavonami prosto na sumy w rzeczce nieopodal.

Paweł Mamoń

Wojtek Polowiec

Grzesiek Borowski

Kormoran z małym sumikiem

W rzece tej są jednak sumy do 100kg! Surubi, General, Toro i Muturo – do koloru do wyboru. Na zdjęciu indianie odpoczywający „pod parasolami”

Rzeka El Dorado w dole. W ogóle rzek w Ameryce Południowej, które nazywają się El Dorado jest pełno. Zatem „nasza” niezbyt oryginalnie się nazywa;)

W jakimś momencie rzeka rozwidliła się na 5 odnóg – wpłynęliśmy w jedną znaną naszemu Indiańcowi. Przed trzema dniami wieczorem przepychał on w tym miejscu przez mieliznę łódź. Wyobraźcie sobie, że złapała go duża anakonda! Na szczęście miał koszulę na grzbiecie. Wywinął się jakoś a wąż znikł w wodzie z koszulą w pysku! W tym miejscu gdzie stoi łódź zdołał jednak wcześniej złowić z ręki 30 ryb! Sumów i pacu!

Miejsce jednak wydawało się nam mało interesujące. Przynajmniej woda wydawała się jak z kaczego dołka. Olaliśmy zatem wędkowanie i skupilismy się na… czymś innym;) Jedynie Tito w przebłysku trzeźwosci wieczorem zdołał złowić niewielkiego sumka.

Adam z Coporo – ryby te gonione przez jakiegoś większego drapieżnika wskakiwały z wody nam do łodzi! Nie do wiary!

Sumik Tita na śniadanie. Jak zwykle na ruszcie z nieprzepalających się gałązek.

Nie zdzierżyliśmy długiego przebywania w miejscu ochrzczonym „czarną d…”, tymbardziej że u Yoni’ego działy się ciekawsze rzeczy. Dziewczyny z wioski ćwiczyły do regionalnych wyborów miss.

Nic dodać, nic ująć;)


Któregoś dnia w końcu zebraliśmy więcej paliwa i postanowiliśmy ruszyć w górę rzeki ku źródłom by znaleźć złote dorady. Dzieci na całym świecie są zawsze otwarte, odważne i ciekawe, co się dzieje.

Jedna z dziewczynek miała małą hirarę (Eira barbara)

Adam z hirarą – drapieżną łasicą, która potrafi w pogoni bądź ucieczce poruszać się tak zwinnie, że także skacze z czubka jednego drzewa na drugie.

Chica Tsimane


Kolejne indiańskie dzieci po drodze do źródeł El Dorado

To dziecko ma szczęście mieć mamę. Niestety bardzo często w Boliwii spotykaliśmy osierocone dzieci, których matki padły ofiarą El Tigre. O atakach jaguarów na dzieci słyszeliśmy nawet jeszcze częściej! To nie fikcja – to fakt. Uświadamia nam to także jak bardzo Boliwia jest dziksza od sąsiednich krajów Ameryki Południowej.

Indianin polujący z łukiem na ryby. Tsimane strzały wyrabiają z długich jakby termokurczliwych trzcin. Opalają je nad ogniem i formują jak chcą. Gdy ostygną kształt utrwala się na amen. Potem jeszcze tylko naostrzenie i nacięcie dwóch grotów i gotowe. Polując celuje się w głowę ryby by nie uszkodzić mięsa. Trzeba się na tym znać i brać poprawkę na ruch ryb i efekt soczewkowy wody.

Grzesiek z sumem Toro, czyli z bykiem 60kg!

Spójrzcie ile rybek kręci się przy ogonie rybska.

Im wyżej tym ryb więcej, ale że i większe?!

Potrzeba pomocy by go udźwignąć!

Uff… Grzesiek myślał, ze to kolejna ryba na stracenie. Hol trwał w nieskończoność.

DO! RA! DO! OLE!

Niestety po sumie nie było dane odpocząć łowcy toro ale jak tak patrzyło się na te złote dorady to krzyczeć się chciało, że odpocznie się po śmierci!

Idealne złoto!

Dla odmiany pacu.


Jak widać nie tylko Egipt i nie tylko Mongolię nawiedza szarańcza.

Patrzcie na tą czystą wodę!

Podobnie jak na Ichoa – w wolnych dołach pacu i surubi a na szybszych przewężeniach dorady.

Nie zawsze duże ale zawsze z wielkim sercem do walki.

Tak rosną dzikie papaje a ich smak jest chyba najlepszym smakiem świata!

Jedno z pełnych sabalo przewężeń.

Zbliżając się do doradowego wlewu.

Woda z daleka na zdjęciach wydaje się taka spokojna…

… podczas gdy w rzeczywistości jest pełna życia i rozgrywających się dramatów…

Taka sunąca ławica tylko pozornie jest bezpieczna – wielokrotnie jakby z nikąd od dna odrywał się ciemny kształt po czym surubi połykał jedną z rybek.

Albo spod bystrzyny wyskakiwało kilka dorad i z całym impetem wbijało się w środek ławicy nieszczęsnych sabalo! Piękne widoki, które w sercach nosić będziemy do końca życia! Dodam, że na suchego chrusta, red taga czy jakąkolwiek nimfę ryby siadały na muchówce raz po raz. Płoszyły się, po czym wracały po dwóch minutach i zbierały muchę po raz kolejny. Wystarczyło tylko położyć suchara przed napływającymi cieniami.

Grzybki jak gwoździe – na wszelki wypadek nie próbowaliśmy;)

Ataki ryb na nasze woblery tuż po wpadnięciu ich do wody bywały fascynujące! Piekielnie dynamiczne!

Dorady wyskakiwały do przynęty całymi stadami.

I walczyły wybornie, jak najlepsze asy przestworzy, lepiej niż czerwony baron…

… co ja wypisuję?! Lepiej niż złoty baron!

I nie trzeba być wielkim by doprowadzić kogoś do palpitacji serca!

Jedna z dobrych dorad pod wodą.

Gdy robiłem to zdjęcie – nie widziałem tych małych rybek. Po przypatrzeniu się stwierdzam, że wszędzie to małe dorady! Jest tego bez liku!

Ileż to razy widziałem żyłkę wchodzącą do wody w jednym miejscu a w tym samym czasie kilkametrów dalej z wody wyskakiwała dorada z moją przynętą w pysku.

Były tak niesłychanie szybkie, że nie raz nie wiedzieliśmy po prostu co się dzieje!

Albo pruły powierzchnię jak dwudziesto cztero karatowe torpedy!

Niestety nie byliśmy zbyt dobrze przygotowani do łowienia ich na muchę, więc katowaliśmy się spinningami. Na przyszłość nie pogardzimy i jednoręcznymi muchówkami klasy minimum 9!


Z tej skały rzucaliśmy sliderem w górę a przynętę 5 razy odprowadzało stado po 10 ryb i wszystkie ok 10kg!

Niestety poza żuciem koki człowiek musi i normalnie jeść i spać więc mimo niegasnącej współpracy złotych ryb trzeba było odpoczywać. Wracamy do obozu.

Nawet Adam nie do zdarcia musiał czasem też coś zjeść;)

Motyle tropików.

Podchaczona sabalo.

Górna El Dorado rodzi się z łączenia wielu dopływów – oto jeden z nich. W sumie mamy tam przynajmniej cztery różne, górskie rzeki którymi płynąć można łodzią. Dochodzą jeszcze mniejsze strumienie i potoki w których też żyją dorady.

Jedna z sabalo, na które polują dorady. Nasz wobler przy tym to śmieszne maleństwo.

Ale wciąż skuteczne maleństwo! Siedzi! Ole!

I o to chodzi!


Koka w gębie + złoto w rękach = szczęście w sercu!

Złota dyszka!

I dla odmiany miejsce na surubi.

Przy okazji pragnienie można ugasić dziko rosnącymi, niewielkimi ale jakże słodkimi arbuzami! Pycha!

Górne El Dorado o poranku.

Kolejny dopływ jest na początku głębszy, bez dostępu z brzegów…

… od czego jednak ma się łodzie?!

Po przepłynięciu dolnego odcinka można znów oddać się łowieniu sztab złota…

… wypuszczaniu ich…

…i łowieniu kolejnych!

Yeah! Kolejna dobra ryba!

Górska rzeka w Boliwii gdyby nie dżungla i łowione ryby a przede wszystkim ich ilości nie różniłaby się mocno od górskich rzek Syberii czy choćby niektórych cieków południowej Polski.

Czasem by móc podróżować swobodniej curriarami trzeba przygotować przepływ. Co ciekawe – już po dwóch dniach ustawiały się tam dorady!

Spadek rzeki widoczny był na każdym kroku.

Kolejny surubi.

Ależ te ryby potrafią mieć kolory!

El Dorado znalezione!

Opuszczona churuata okazała się świetną metą przez kilka dni.

Gniazda wikłaczy.

Sabalo wypełniają rzekę praktycznie po brzegi.

No i ciągle dorady!

Walczą wspaniale i długo a gdy pozwolisz rybie choć chwilę odpocząć guzdrząc się z podebraniem po chwili widzisz kolejny wyskok ryby i wobler wypadający jak w zwolnionym tempie ze złotej paszczy.

Ale gdy rozegrasz to dobrze, po kilku chwilach i kolejnej walce zaliczającej się do lepszych w życiu trzymasz tą sztabę złota w łapskach i pozujesz do zdjęć.

Dorado ma także płetwę tłuszczową.

Zęby w takiej paszczy są mocno osadzone, lekko zagięte do środka, trójkątne i szarpiące jak tarka, nie poddają się naciskom jak choćby u szczupaka.

Miejsce to na zawsze zostanie w naszych sercach. Wyobraźcie sobie kilkanaście metrowych dorad przeciskających się między kamieniami przez płytką wodę nie sięgającą im nawet do połowy ciała. Przesuwały się o poranku z bani poniżej na doły w górze rzeki. Coś doskonałego!

Dobraliśmy się do nich kolejnego dnia:)

W tej czystej wodzie mienią się złotem i żółcią wyjątkowo. Nigdzie indziej nie doświadczy się takich kolorów na tle zielonej dżungli odbijającej się w powierzchni rzeki.

Dłuższe i głębokie banie obławia się tam z łodzi.

I jest to nie mniej skuteczne.

Kolejne 10kg.

Ryby są bardzo szerokie, spłaszczone od spodu. I spójrzcie na jej paszczę, na język jak u jaszczura.

Dorado są piękne – mienią się jak złota obrączka na palcu.

To że weźmie w takim miejscu to kwestia bardzo krótkiego czasu.

Potem to już kocioł…

…wyskok…

…wyskok…

…kocioł…

…kocioł… – jednym słowem: STANDARD…

Złoty standard

Taki kocioł po braniu przez machnięcie ogonem po prostu musi robić wrażenie!

Powrót przez uprawę bananów do obozu.

Alfabet Indian Tsimane

Młoda Indianka Tsimane…

…i cała rodzinka.

Sąsiednia chata przygotowywała się do wymiany dachu.

I powrót.

Ostatni zachód nad El Dorado – rzeką gdzie już wtedy wiedzieliśmy, że postawimy naszą bazę.

Indianie – przewodnicy oczywiście nie mogli wrócić do domu z gołymi rękoma – musieli zabrać i uwędzić kilka ryb.

Podążamy w kierunku lądowiska samolotów – niby prosta ale w tych temperaturach niełatwa robota. Wyżej nad rzeką klimat jest znacznie przyjemniejszy.

I cessna, która zabierze nas do cywilizacji.

Lecimy do Yoni’ego.

Bo u Yoni’ego nawet tandetne figury syren mają ogony surubi! Kto by zwracał uwagę na gołe cycki? 😉

Po rybach wybraliśmy się posmakować kolejnego męskiego sportu – walki kogutów.

Adam postawił 50 Bolivianów na czerwonego a gość z prawej strony w kowbojskim kapeluszu postawił 10 000 USD na białego! Gość ten sprzedaje 250 000 krów rocznie! Ale oczywiście Adam się denerwował bardziej;)

Pani Doktor Helena Vargas (po prawej) – Amerykanka, która bada reakcje mózgu indian na różne bodźce. Zupełnie jakby byli kosmitami – projekt oczywiście dotowany przez amerykańskie uniwersytety.

No i stało się – Grzesiek z Adamem byli gośćmi honorowymi a Adam w końcu został jednym z jurorów. Miss wyborów regionu Beni! Ale jaja!





Wszystko na ziemi Yoni’ego.

Finalistki konkursu.


Adam w końcu sforsował wątpliwości reszty jury i musiała wygrać ta dziewczyna. Pewnie dlatego, że suknie miała w kolorze wspaniałych dorad z El Dorado!

Sabalo i dorado:)

Wróciliśmy do kraju. Teraz wszystko w rękach Adama. Droga urzędowa w Boliwii bywa długa i żmudna na szczęście jak powiedziało kilku burmistrzów na kolacji z nami – na takich ludzi jak my czekali siedem lat! Wszystko się dzieje. Właśnie budują dla nas lądowisko dla samolotów, co w świecie kokainy, gdzie amerykanie potrafią bombardować podobne miejsca wcale nie jest takie proste do załatwienia. Łodzie i silniki już czekają. Podobnie drewno i inne materiały, z których powstanie nasza lodge. Pierwsza lodge nad El Dorado. Rzeka jest praktycznie nieruszona – sprawdziliśmy ledwo 30% naszego areału. Piszę „naszego” bo umowa już podpisana!

Wiosną 2011 lecimy pilnować budowy bazy, od maja będziemy gotowi przyjmować pierwszych gości. Na razie w formie spływu i flying camp’u (mobilnego obozu namiotowego), z końcem roku ruszymy już z przyjmowaniem gości w budynkach. Chciałbym jednak zaprosić Was do siebie już teraz – do najpiękniejszego miejsca na ziemi. Choćby po to byście odkrywali rzekę wraz ze mną. Byście stanęli nad rzeką taką, jaka płynie nieskrzywdzona od początku istnienia świata. Byście zobaczyli jak sztaby złota dostają skrzydeł. Jak gonią w amoku całym stadem wszystko co przypomina uciekające sabalo, choćby była to kieszeń wyrwana z koszuli i założona na hak! Byście popatrzyli ze mną jak Indianie Tsimane wyrabiają strzały a potem stanęli w szranki w turnieju strzelania z łuku! Moglibyśmy ruszyć na pewne słone jezioro ukryte w górach albo pooglądać freski w jednej z niezbadanych inkaskich jaskini, których tu kilka w dżungli się znajdzie. Ruszylibyśmy rano zaliczając jeszcze kilka dorad po drodze, obudzeni przez papugi, które lubią się sprzeczać o owoce, które im rano wykładam. Żyjemy obok siebie. Zapraszam na nową przygodę Waszego życia. Paweł Mamoń.

W przypadku pytań korzystajcie śmiało z zakładki „KONTAKT” albo po prostu piszcie do Słowika bądź Mariusza – są w pełni zorientowani:
rafalslowikowski@yahoo.com
r.slowikowski@bayangol.pl
m.aleksandrowicz@wp.pl
m.aleksandrowicz@bayangol.pl
lub dzwońcie:
Rafał +48501762321
Mariusz +48664141277

Tekst i opracowanie: Rafał Słowikowski w porozumieniu z Pawłem Mamoniem
zdjęcia: Grzegorz Borowski, Adam Kubisiak, Paweł Mamoń, Wojciech Polowiec

Acha… A czy wspomniałem, że wielokrotnie byliśmy świadkami jak dorady w amoku wyskakiwały nad powierzchnię wody i atakowały sabalo niczym rakiety powietrze – ziemia?!