Po wrześniowej wysokiej wodzie, na której i tak mieliśmy bardzo dobre wyniki wiedziałem, że należy celować w najniższe możliwe poziomy wód. W planie nie było wbijanie się w dopływy dopływów Rio Negro, tylko skupienie się na głównym korycie Czarnej Rzeki, które ma nieskończony potencjał i jest zamieszkałe przez niebywałe ilości ryb. Niska woda miała zamknąć ryby z zalanych lasów w ograniczone koryta rzek. Jak pamiętają najstarsi indianie i bardziej doświadczeni koledzy po kiju, okres niżówek w Amazonii to styczeń i luty. Tak też zakupiliśmy bilety lotnicze.
Niestety… tydzień przed naszym planowanym przylotem dostałem informację o schodzącej z góry Rio Negro olbrzymiej fali powodziowej. Tak olbrzymiej, że organizator radził odwołać całą imprezę!😱 Jako, że nie jesteśmy dzianymi Amerykanami, którzy tam najczęściej przylatują na ryby i dotyczą nas nieco inne reguły związane z biletami lotniczymi (nie latamy klasą biznes z opcją flexi, tylko klasą ekonomiczną z zamkniętymi datami lotów), do tego mało kto z nas może sobie przekładać urlop w pracy jak mu pasuje, a i nasze piękniejsze połowy wydają się w tych kwestiach też nieco mniej flexi. Nie mieliśmy innego wyjścia jak przylecieć tak czy inaczej. I dzięki Bogu! Oczywiście plan awaryjny został natychmiast uruchomiony i po konsultacji z organizatorem mieliśmy jednak uciec w dopływ, dopływu i jeszcze mniejsze dalsze dopływiki zlewni Rio Negro. Ajajajajajjjj… nie tak to miało wyglądać. No ale ów relacja mam nadzieje pokaże, że nie ma tego złego co na dobre by nie wyszło.
Tak czy inaczej, cała logistyka podróży pozostać miała taka sama. Po wielu perypetiach związanych z uderzeniem srogiej zimy w Europie i licznych zmianach w rozkładach lotów wszyscy w końcu pomyślnie mieli wylądować w Manaus – metropolii położonej przy tzw. spotkaniu wód (Encontro das Águas) – czystej, herbacianej Rio Negro i Solimões, która niesie wiele osadów pochodzących z majestatycznych Andów. Z uwagi na różnicę prędkości, temperatur i gęstości wody, te nie mogą się zmieszać przez ponad 10 kilometrów! Mówi się, że to tu rodzi się Amazonka.
Amazońscy Indianie Mawé mają jednak inną teorię dotyczącą genezy tej fantastycznej rzeki. Wierzą, że słońce i księżyc byli kiedyś kochankami. Rozdzielił ich bóg Tupa. Stali się niemożliwymi kochankami, choć czasem, bardzo rzadko się spotykają. My nazywamy to „zaćmieniem”. Wygnany do innego królestwa, oddzielony od największej gwiazdy – swej ukochanej, księżyc zapłakał. Mawé uważają, że wtedy powstał ich świat. To Amazonka jest ich światem. Rzeka, która zrodziła się z łez księżyca. Rzeka niemożliwej miłości…
A że niektórzy szczęśliwcy ruszyli szybciej, mieli doznać od świata Mawé więcej. Kolejnego dnia, po dotarciu do Manaus ruszyliśmy na północ, w kierunku słynnej Roraimy, do osobliwego miasta. Miasta bez domów – tzw. miasta wodospadów. Od siebie dodałbym „jaskiń i wodospadów”.
Cachoeira de Iracema
Nie mieliśmy szczęścia do pogody. Ta była dynamiczna i przebłyski słońca ścigały się z krótkimi ale dość intensywnymi zlewami. Wilgoć w powietrzu była wszechobecna i intensywna.
Nie miało to nas powstrzymać przed kąpielą. Podnóże wodospadu skrywało wiele naturalnych niecek w skałach, które były idealnymi basenami ze stojącą wodą, podczas gdy nurt mknął samą górą, przy powierzchni.
Soczysta zieleń selwy obłędnie się miesza z herbacianym albo bardziej rumowym☝️🙃 kolorem Rio Urubu.
Paweł z Agnetą dotarli powyżej do kolejnego wodospadu – Cachoeira das Araras
Potem ruszyliśmy ku kolejnym atrakcjom magicznej gminy Presidente Figueiredo. Doświadczając, że to gumowe kalosze są najlepszym obuwiem do trekkingu przez amazońską selwę☝️
Kalosze i… bikini!👻
Caverna Maoraga – osobliwa grota, z której wypływał krystaliczny strumyk, z którego biegiem mieliśmy podążyć dalej, ku największej atrakcji. Mimo cienia i wilgoci, ciepło skutecznie ogrzewało naszą skórę. A może to od widoków było mi gorąco?😍
Piaszczystym strumieniem szło się zaskakująco wygodnie, a wszystko wokół było nadzwyczajne.
Szkoda, że nie samczyk, który jest wyjątkowo bardziej efektowny – pysznie pomarańczowy. Ale dobre i to – samica skalikurka gujańskiego (Rupicola rupicola), sfotografowna w miejscu gdzie właściwie nie powinna występować! Choć środowisko jest tam dla nich idealne – wilgotne lasy ze skalnymi występami.
Highlight dnia to Gruta da Judéia
Nie wiadomo czy lepiej siedzieć i podziwiać (przy okazji chowając się przed deszczem)…
… czy kąpać się, w skąpej o tej porze roku kaskadzie wody lejącej się z góry. Ewa w takich momentach się nigdy nie zastanawia. Spontaniczność powinna być Jej drugim imieniem.
Wieczorem czekało nas przywitanie pierwszej z dwóch grup a kolejnego dnia zapakowano nas do dwóch awionetek by wysłać do Barcelos.
Na pierwszy rzut – najmłodsi i „sparowani”. Swoją drogą, kolejny raz tylko się utwierdzałem, że kobiety w składzie na wyprawie to wdzięk i urok bezproblemowy. Ach żeby i w domach bywało tak słodko🤪
Podobnie jak ostatnim razem – ilość odnóg Rio Negro i ilość wody do obłowienia były nie do ogarnięcia!
Wraz ze zniżaniem pułapu i zbliżaniem do lądowiska docelowego w głowie wędkarza pojawiały się kolejne pomysły na to gdzie szukać ryb.
Lot naszej części grupy, jak i kolegów odbył się gładko, przyjemnie i z wi-fi na pokładzie (!)
Zniecierpliwione czekaniem na transport do portu dziewczyny wzięły sprawę w swoje ręce!👻
Jak zwykle przywitali nas nasi przewodnicy i zajęli się bagażem.
Chwilę później gnaliśmy motorówkami ku naszej łodzi matce o wdzięcznej nazwie „Łaska boża”.
A gdy wszyscy dotarli na jej pokład, zakwaterowali się do dwuosobowych, klimatyzowanych kajut (każda z osobną łazienką), uraczyli się pierwszymi caipirinhami, zaczęło się znoszenie pudełek, przewiązywanie i zbrojenie.
„Łaska boża” kierowała się już wtedy w stronę jednego z dopływów Rio Negro.
Póki słoneczko pięknie świeciło, niektórzy mieli w nosie jakieś tam szykowanie sprzętu wędkarskiego. Fiesta!
U innych robota już paliła się w rękach. W końcu kotwice same się nie wymienią, plecionki nie nawiną a FG knoty same nie zawiążą!☝️
Dbałość o nawodnienie w tych warunkach to priorytet! Szczególnie, że rejs odbywał się w formie all inclusive a drinki jak te caipirinhe mieszał wykwalifikowany barman😎 Nie wiem czy to przyzwoite kiedy inni opisują walki o życie w zielonym piekle i codzienne ocieranie o śmierć! Ja tam wolę taką formułę🤪
Jedno jest pewne – kiedy trzeba poślinić węzeł, śliny nie zabraknie!🤓
A rzeka niemożliwej miłości, z każdym kolejnym żartem kolegów, każdym kolejnym drinkiem, czy dziwnym „papieroskiem” stawała się tak bardzo bliska sercu. Ba… niektórzy nawet mieli próbować usnąć w kajutach możliwej miłości!😉🙃
Takich łódek ciągnęliśmy po obu stronach statku aż dziewięć. Kolejnego dnia aż 18 osób miało zacząć łowy. Grupa była olbrzymia ale dla wędkowania nie miało to znaczenia, za to atmosfera była prześwietna 🙃
Noc była zbyt młoda i zbyt piękna by mimo zakończonych przygotowań rozejść się do swoich kajut. Atmosfera przypominała domówkę!💃🕺
Prawdą jest, że łowy kolejnego dnia rozpoczęliśmy z nieco ciężkimi głowami i przynajmniej na naszej (Ewy i mojej) łódce poza kilkoma wyjściami naprawdę fajnych ryb niewiele się działo. Kolejne dni miały nam pokazać jak należy łowić na ciągle rosnącej wodzie. I tu należy podkreślić zalety łowienia w dużej, współpracującej grupie, kiedy wieczorami wszyscy ochoczo dzielą się spostrzeżeniami i doświadczeniami.
Żabiru amerykański (Jabiru mycteria). Bocian ten jest najwyższym ptakiem latającym Ameryki Południowej i Środkowej. Często osiąga nawet ten sam wzrost co żyjące na południu strusie Ñandu. Zjada olbrzymie ilości ryb, mięczaków i płazów. Od czasu do czasu je także gady, jaja ptaków i małe ssaki, a nawet świeżą padlinę.
Chłopaki ciężko pracowali na sukces. Pierwsze dni to zawsze też trening rzutowy, jako że dopiero te najcelniejsze rzuty, w pobliże podwodnych karczy mogą dać upragnioną zdobycz. Brania z otwartej wody zdarzały się bardzo rzadko.
Wędkarsko bywają w Amazonii słabsze dni, fotograficznie… nigdy! Na zdjęciu, sfotografowana po udanym polowaniu samiczka rybaczka zielonego (Chloroceryle americana). Dorzecze Rio Negro to dla miłośników przyrody wręcz prawdziwa, nieprzyzwoita orgia.
A jeśli chodzi o piranie, to z nimi pod wodą jest podobnie. Orgia. Podobnie do jej łowczyni, gatunek ten jest uważany za najsmaczniejszy i tylko nieco mniej niebezpieczny – pirania Natterera, zwana piranią czerwoną (Pygocentrus nattereri).
I choć na innych łódkach, pierwszego dnia poszło znacznie lepiej, po wieczornej turze wracaliśmy urzeczeni dźwiękami, widokami i zapachami Amazonii. Zachód słońca był zachwycający.
Przez kolejne dni wstawaliśmy o 5:30 na śniadanie by o 6:00 już płynąć na ryby. Pierwsze piwko w tych warunkach otwiera się nierzadko przed 7-mą rano😅
Pierwsza moja tucunare bierze na stosunkowo łatwego do poprowadzenia, powierzchniowego pencil’a od Yo-Zuri.
Jestem dość oporny jeśli chodzi o teorie zmian klimatycznych. Zbyt często powtarzam sobie, że na przekroju dziejów świata to raptem drgnięcie. Tym razem to drgnięcie, na przekroju dziejów jednego pokolenia ciągnie za sobą niebagatelne zmiany. Nie inaczej jest w Amazonii. Pora sucha, która jeszcze 10 lat temu cyklicznie się powtarzała o tej porze roku, podobnie jak pora deszczowa praktycznie przestała występować! Według naszych przewodników klimat Amazonii w minionej dekadzie zmienił się radykalnie. Zanikł podział na porę suchą i deszczową🤯 A tegoroczny cykl okazał się wręcz zachwiany o 180 stopni!🤦🏻♂️ Te palmy powinny wyrastać z kompletnie odkrytych łach piachu. Czegoś takiego nie pamiętają najstarsi mieszkańcy Amazonii.
I niebo o tej porze roku też nie powinno tak wyglądać 😬
Obławianie takich łach potrafiło być naprawdę rybodajne. Niestety nie zawsze i ciężko było powiedzieć o co chodziło. Raz ryby były, a raz pustynia.
Bank za to rozbił Dawid, który wraz z Jasiem i dobrym przewodnikiem popłynęli na ukrytą i trudną w dotarciu lagunę, czyli odnogę przypominającą starorzecze, ściśniętą w gęstej amazońskiej selwie. Kluczem do sukcesu okazało się jigowanie, specjalnymi do tego celu kogutami. 2x70cm, 69cm i 65cm w krótkim czasie potrafi naprawdę zrobić dzień! I tak na prawdę były to pierwsze sensowne tuksy wyprawy👏

Niewielki sumik czerwonoogonowy (Phractocephalus hemioliopterus), wzbudzający podziw w Brazylii pod nazwą Pirarara, złowiony przez synka jednego z naszych przewodników, który cały dzień z pokładu łodzi matki łowił piranie dla całego personelu na kolację.
Nowy dzień i wpłynięcie w niemal odciętą lagunę
Aż pachniało dobrą rybą.
Niestety, poza tą malutką ale jakże śliczną bicudką (Boulengerella cuvieri) długo nic innego nie mogliśmy złowić.
Ślimakoaad żółtooki (Helicolestes hamatus). Jego charakterystyczny smukły i zagięty dziób jest przystosowany do polowania na ślimaki wodne, głównie z rodzaju Pomacea, w zalanych lasach i innych obszarach podmokłych. Chociaż ich głównym źródłem pożywienia są ślimaki, polują również na kraby, takie jak Poppiana dentata. Siadają na niskich gałęziach, aby szukać ofiary, a następnie nurkują i chwytają ślimaki w szpony. Po złapaniu ofiary trzymają ślimaka w szponach i za pomocą haczykowatego dzioba usuwają operculum i wyciągają ciało mięczaka z muszli. Potem zawsze najpierw usuwają przewód pokarmowy ze ślimaka przed jego spożyciem. Ten egzemplarz nawet zaatakował mojego powierzchniowego popperka, którego na szczęście wypuścił bez problemu ze szponów po kilku machnięciach skrzydeł tuż po zgarnięciu go z powierzchni wody!🤯 Nawet nie chcę myśleć jaki cyrk byśmy mieli na pokładzie jakby się zahaczył. Uff…
I chyba całe to zdarzenie przyniosło mi szczęście, bo kilka rzutów później w końcu złowiłem przyzwoitą rybę. Grubas!
Jak u każdego tucunare – tuż za okiem kontrastowo pysznił się rysunek przypominający mapę archipelagów nieznanych. Rzecz bardzo indywidualna dla każdego egzemplarza tego gatunku. Ci co posmakowali, wiedzą o co chodzi. Nie idzie się napatrzeć.
I hoacyn (Opisthocomus hoazin). Gatunek ten zawsze wzbudzał we mnie emocje, a próby zrobienia dobrego zdjęcia wiązały się zawsze z trzęsącymi dłońmi. Na tym wyjeździe wiele się zmieniło. Mijaliśmy drzewa, na których potrafiło siedzieć 30 ptaków tego gatunku. Dziennie można było spotkać ich kilkaset. Prawdziwe hoacynowisko! U młodych tego gatunku występują pazury na skrzydłach, którymi te podpierają się podczas poruszania w koronach drzew. Z wiekiem zanikają ale jest to wyraźna cecha łącząca ptaki nowożytne z kopalnymi jak Archaeopteryx.
Takie płytkie blaty tuż przy plażach potrafiły skrywać niejedną niespodziankę.
Na przykład taką oto aruanę (Osteoglossum bicirrhosum), która potrafi oddychać powietrzem atmosferycznym, dzięki silnie unaczynionemu pęcherzowi pławnemu. Świetnie reaguje na mniej agresywnie prowadzone przynęty powierzchniowe i najczęściej występuje w parach, zatem gdy weźmie jedna, należy spodziewać się i drugiej.
Waldka i Maćka przewodnik, pewnie nauczony od Claudio, zabrał do innej ukrytej laguny.
Dotarcie tam nie było takie proste.
Ale się opłaciło! Najpierw Waldi dorwał Açu (Cichla temensis)
A potem poprawił tą popocą (Cichla monoculus)
Z resztą popoc łowiliśmy o tej porze roku znacznie więcej niż jesienią.
Na poprzednim wyjeździe zawsze spływaliśmy około południa do matczynego statku. Tak miało być i teraz. Był czas na kąpiel, obiad i nawet krótką drzemkę. Wkrótce miało się to mocno zmienić, co miało ogromny wpływ na nasze wyniki! Jak? Poczekajcie…
Przewodnicy mieli swoje sprawdzone miejsca, gdzie bezpiecznie można było się kąpać. Nie groziły nam tam raje, piranie ani duże kajmany.
Waldek załapał się nawet na ulubione danie naszych piloteiros (przewodnicy wędkarscy na motorówkach) – pirania czerwona smażona na głębokim oleju albo pieczona na ruszcie😋
Obiad dla nas był jak zwykle treściwy, kilkudaniowy i co najważniejsze – smaczny. Lodowe desery to tam już zawsze mocne przegięcie.
Z Brazylii wraca się zawsze jak od Baby Jagi z „Jasia i Małgosi” – z nieco grubszymi paluszkami🤪 Z pewnością szykowane przez barmana caipirinhie i zimne piwko z coolerków na motorówkach nie pomaga😅
Popołudniowa tura i tajemnicza woda, tuż za płycizną. Perversa w takich miejscach musi zrobić robotę.
Bingo!
U Waldka było potrójne Bingo!
Maciek też nie siedział bezczynnie.
Jasiek z Dawidem mieli za to sesję z pacami.

I wieczorny spływ na zasłużony odpoczynek.
Jedni się cieszą po udanym dniu, inni martwią że kolejny dzień minął i przed nami już mniej czasu na realizację pawiookich marzeń.
Kolejny dzień rozpoczęliśmy od obławiania takich osobliwych miejsc.
Na wodzie sięgającej do pół łydki, gdy tylko w pobliżu było drzewko albo choćby patyk stały aruany i brały wyśmienicie na wszytko co pracowało na powierzchni!
Co ciekawe – aruany z herbacianego dorzecza Rio Negro były czerwonawe, w porównaniu do tych, które niecałe trzy miesiące wcześniej łowiliśmy w Gujanie, w dorzeczu rzeki Essequibo.
Ewcia wypuszczającą pawiookiego malucha
I chwila na lądzie.
Soroczki nie mieli na tej wyprawie coś szczęścia do dużych ryb, ale były momenty, że kosili rybę za rybą. Patrzenie jak potrafią pięknie rzucać to uczta dla oka.
A amazońska selwa pachniała tajemnicą.
Tajemnicą, która potrafi odgryźć połowę holowanej piranii Natterera!
Pirania Fula, jak nazywa się tu piranię kropkowaną (Serrasalmus rhombeus) to największy i najniebezpieczniejszy gatunek piranii w Amazonii. Piloteiros po jej złowieniu nie pozwalają nam nawet myć rąk za burtą. A wszystkie tucunare z poobgryzanymi ogonami czy innymi płetwami zawdzięczają te rany właśnie jej!
Trzeba mieć trochę szczęścia by być w odpowiednim miejscu o odpowiedniej porze. Ataki ryb na wodzie obserwowaliśmy rzadko. Jeśli jednak nastąpiły w zasięgu rzutu, ryba była gwarantowana! Tak było z tym samcem z wyraźnym guzem na łbie oznaczającym dojrzałość płciową.
Bardzo mi zależało by Ewa doświadczyła Amazonii. Oboje spełnialiśmy tu swoje wspólne marzenia.
Z resztą robiliśmy to nie tylko my. Waldek złowił swojego pierwszego wampira – pajarkę.
Tak właśnie wygląda tucunare po spotkaniu z piraniami Fula.
Waldziu – przyjaciel wszystkich guide’ów i Carlosa, który odpowiadał m.in. za każde odbijanie i przybijanie do statku matki.
Całe dwie limonki, dwie łyżeczki cukru…
I Cachaça (wódka ze sfermentowanego soku trzcinowego przypominająca w smaku tequilę ) do oporu…
i mamy takie cudo – wstrząśnięte, niemieszane!
Caipirinha potrafiła też człowiekiem nieźle wstrząsnąć a nawet zostawić nieco zmieszanym🤪 Szczególnie jeśli dzięki pokładowemu, szybkiemu wi-fi (strlink) przeczytało się jakie w Polsce przyszły temperatury. Różnice do naszych sięgały 50 stopni!😱 Uff… jak dobrze, że byliśmy tam gdzie byliśmy!😎
Przewodnicy co kilka dni ruszali też na nocne polowanie. Tu „wujek” Dawid z ubitym kajmanem😅
A po co?
A bo zakąska do piwka albo drinczka doooobraaaa 🤓
Kolejny dzień, kolejne śniadanie.
Uwierzcie, bądź nie ale odbicie wszystkich dziewięciu motorówek od głównego statku zabierało mniej niż 10 minut. Chwilę później wszyscy grzaliśmy w różne odcinki naszej rzeki, jej dopływy i ukryte laguny.
Dotarcie na łowisko z reguły zabierało 20-30minut ale bywało, że płynęło się i godzinę! Nie ma jakiegoś dziwnego oszczędzania paliwa i podobnych krzywych ruchów. Przewodnicy mocno pracują na sukces ich klientów. I wszystko jest przygotowane na tip-top💪
Nastroje panowały bojowe!
Poranki w Amazonii są z reguły tak spokojne, że aż wstyd mącić taką harmonię rykiem naszych silników. Rodziny kabokli śpiące jeszcze w rozwieszonych hamakach na swych łodziach nie miały z nami łatwo.
No ale rybka sama się nie złowi!
Charakteryzująca się trzema okrągłymi oczkami na boku ciała borboleta (Cichla orinocensis) – mniejszy gatunek tucunare zamieszkujący tylko czyste i herbaciane wody Amazonii.
Spalony las.
W końcu odwiedziliśmy z Ewą mijaną niemal każdego dnia tubylczą wioskę
Każda szanująca się czarownica musi mieć porządną miotłę! Ewcia w końcu znalazła właściwą😜 I to wraz z materiałem, z którego się ją wytwarza.
Znalazła też koleżanki🙂
I pupilki grzejące się w popiele z paleniska!
Gospodarze chaty zaprezentowali też jak wygląda jedno z największych dobrodziejstw amazońskiej selwy. Znana w Amazonii pod nazwą Açai, euterpa warzywna. Szczyty pędu oraz młode części kwiatostanu są spożywane jako jarzyna, niekiedy używane do wyrobu przetworów marynowanych lub solonych. Owoce podobne z wyglądu do winogron, lecz mniejsze – zawierają pojedynczą dużą pestkę (7–10 mm średnicy) i bardzo niewiele miąższu. Drzewo rodzi je dwa razy rocznie w kilku, a nawet kilkunastu gronach, zawierających od 500 do 900 jagód. Miąższ jest wykorzystywany w tradycyjnej kuchni brazylijskiej. W Amazoni jest wręcz podstawą diety mieszkańców selwy, stanowiąc wagowo do 42% ogółu pożywienia. W położonym na północy stanie Pará miąższ jest zwykle podawany z tapioką i – w zależności od regionu – solony bądź słodzony cukrem lub miodem (sam nie jest słodki, posiada jednak wyróżniający te owoce aromat). W południowej Brazylii spożywa się go na zimno, najczęściej z granolą, a potrawa ta nosi nazwę „açaí na tigela”. Wykorzystuje się miąższ również do produkcji lodów i napojów. Sok wyciśnięty z miąższu używany jest również do produkcji napojów alkoholowych.
Ludzie żyją tam bardzo prosto i ubogo.
Olbrzymie, największe jakie widziałem tipiti, czyli plecione z liści palmowych narzędzie do wyciskania trującego soku z manioku. Bulwy manioku stanowią ważny element diety ludności krajów tropikalnych. Zawierają 20–40% skrobi, do 5% cukru i do 2% białka. W stanie surowym są trujące, ponieważ zawierają dużo glikozydów cyjanogennych (>500 mg w 100 g), które łatwo przechodzą w silnie trujący kwas pruski. Właściwości trujące giną po odpowiedniej obróbce bulw: wymoczeniu w wodzie przez 24 godziny czy odpowiednim wypłukaniu, ugotowaniu, upieczeniu lub wysuszeniu. Wówczas bulwy manioku mogą być spożywane bezpośrednio lub w różny sposób przyrządzane. W Ameryce Południowej najczęściej bulwy po obraniu są ucierane na tarkach, po czym odciskany jest z nich trujący sok. Wyciśniętą masę suszy się, po czym wyrabiana jest z niej mąka (kassawa), służąca m.in. do wypieku chleba, czy tapioki – produktu skrobiowego w postaci mąki czy granulatu.
Aparat (nie telefon) zawsze robi sporo zamieszania w małych, odizolowanych od nowoczesnego świata społecznościach. Czy to w Mongolii, Nepalu, na Madagaskarze, czy w Amazonii właśnie. Dziwne, bo jest symbolem bariery jak wiele może dzielić osobę fotografowaną od fotografującej. A jednak zbliża… i te bariery z reguły przełamuje! 🥰
W wiosce tej rosły olbrzymie mangowce, w których koronach swą kolonię założyły kacykowce żółtosterne (Cacicus cela). Tu samiec z błękitnymi tęczówkami (samice mają szare).
Kacykowiec żółtosterny żyje w koloniach od 2 do nawet 250 gniazd, samce są poliginiczne (rodzaj poligamii u ludzi, w tym przypadku u ptaków). Samice budują wiszące gniazda często w sąsiedztwie gniazd os z podrodziny Polistinae, które zapewniają dodatkową ochronę przed drapieżnymi ssakami i gadami. Samce nie uczestniczą w budowie gniazda, wysiadywaniu jaj i karmieniu piskląt. Najbardziej dominujące osobniki łączą się z wieloma samicami (od 1 do 27), natomiast te mniej dominujące spełniają w kolonii inne zadanie, bronią kolonię przed drapieżnikami. Kolonie kacykowca żółtosternego są narażone na drapieżnictwo ze strony m.in. kapucynek czubatych, kapucynek białoczelnych, sajmiri wiewórczych, tukanów czerwonodziobych, karakar czarnych, urubiting czarnych i kilku gatunków węży. Gniazda są także atakowane przez starzyka wielkiego.
Gniazda budowane są wyłącznie przez samice w formie wiszącego worka w ciasnych skupiskach zazwyczaj 20–200 w kolonii. Kolonia obejmuje jedno lub dwa drzewa. Budowa gniazda zajmuje od 8 do 20 dni. W lęgu samica składa 2 jasnoniebieskie lub białe jaja z ciemnymi plamami, każde o masie 5–6 g. Inkubacja rozpoczyna się z chwilą złożenia drugiego jaja i trwa 13–15 dni. Po wykluciu pisklęta są karmione wyłącznie przez samicę, opuszczają gniazdo po około 25 dniach. Nie wiem czy ten samiec z gałązką chciał pomóc samicy?! Coś mu się najwyraźniej pomyliło! Zdarza się – ja też czasem chwycę za odkurzacz albo niechcący stanę przy zlewie👻🤡
Bariera językowa bywa fatalna ale Brazylijczycy są niezwykle pogodni i chętni do komunikacji nie tylko werbalnej.
Rzeki w selwie (amazońskiej „dżungli”) służą za drogi i autostrady. Łodzie i statki to jedyne niepowietrzne pojazdy.
Na niektórych kabokle żyją. Są to pływające domy. Z kuchniami, podwieszanymi wieczorami hamakami, zielnikami.
Nasz cooler na motorówce jest codziennie uzupełniany nie tylko w piwo i wodę ale wszelkiej maści słodkie napoje gazowane (w tym guaranę) – to zawsze miły towar na przełamanie pierwszych lodów😉
Kiedy my uskutecznialiśmy wycieczki, na innych łódkach chłopaki nie odpuszczały.

U nas jedyna sensowna ryba tego dnia to ta. Dobrze, że chociaż na poppera.
Mam za małe doświadczenie by wiedzieć jak pełnia księżyca wpływa na brania tucunare. Dobitnie tej nocy jednak przypominała o legendzie indian Mawé.
Przewodnicy złapali znacznie większego i jakże pięknego kajmana czarnego (Melanosuchus niger)
Kiedyś damy nosiły futra i szale z lisich ogonów, dziś wybierają lateksy i ogony kajmanów 👻
Żeby tak sobie trzymać taką gadzinę trzeba mieć refleks jak cholera! Spokojnie – wyrobiłem go sobie dawno w domu. Gadzina z resztą też👻🤪
Kolejny dzień = kolejne amazońskie spotkania. Papug w Brazylii spotykaliśmy codziennie setki, jednak spotkanie z arami jest zawsze najosobliwsze. Tu przyglądająca się nam ara żółtoskrzydła (Ara macao). Ze zbiorowych noclegowisk (Dawid z Jankiem widzieli takie, któregoś dnia o świcie – ok 30 sztuk!) rozlatują się o świcie na żerowiska, skąd wracają o zachodzie, lecąc blisko siebie, w parach albo większych zwartych grupach. Co fajne to zawsze głośno skrzeczą (wręcz drą papy okrutnie!) więc łatwo je zlokalizować.
Wraz z naszym piloteiro wpłynęliśmy głęboko w wąską odnogę. Ciągnęła się kilometrami, a za każdym zakrętem pod powierzchnią widzieliśmy jak chodzą ryby. Grzbietami wywoływały falowanie i były bardzo aktywne. Ewcia niestety straciła kilka, za którymi guide nurkował bo niezatrzymane poszły w zwalone gałęzie aż w końcu na jednym z zakrętów tuż przed łodzią nastąpiła eksplozja goniąnych ryb. Bezbłędny rzut popperem dał natychmiastowe, atomowe branie.
W końcu wylądowałem swojego pierwszego 70-taka!
Długo kazał na siebie czekać ale się w końcu udało.
Wszystkiemu przyglądały się niezdarne hoacyny.
Było jeszcze kilka innych średniaków.
Miast średniaków jednak lepsza cyknięta ara zwyczajna (Ara ararauna) z łuskanym sporym orzechem.
Czajka obrożna (Hoploxypterus cayanus), zwana też siewką żałobną. Nazwa cayanus pochodzi od Kajenny – stolicy Gujany Francuskiej. Przysmakiem tego niepozornego ptaszka są… skorpiony!
Zauważyliśmy, że powroty na lunch na statek matkę są owszem bardzo przyjemne ale zabierają zbyt wiele czasu a piloteiros w te dni nie pływają zbyt daleko. Po ogłoszonej decyzji, że danego dnia nie wracamy aż im się gęby śmiały – od razu na łowiska pływaliśmy znacznie dalej i coraz częściej mieliśmy przebijać się do ukrytych lagun (osiągalnych tylko przy wyższym stanie wody. Także nie ma tego złego co na dobre by nie wyszło), co też zabiera sporo wysiłku i czasu, który trzeba po prostu mieć. A przerwa zawsze była związana z rozwieszonymi przez piloteiro hamakami i pełnym popasem. Nie musieliśmy robić nic! No dobra – samemu trzeba było przynieść sobie piwo z coolera i je nawet otworzyć!👻
Niektóre miejsca, które były idealne na takie postoje były powszechnie znane na rzece i wielokrotnie znajdywaliśmy tam ślady po poprzednikach, jak na przykład nadpalone skorupy żółwi, jak ta. Widzicie tu skorupę największego na świecie słodkowodnego żółwia z podrzędu bokoszyjnych – Arrau (Podocnemis expansa). To endemit dorzeczy Amazonii i Orinoko. Może ważyć 90kg! Kupa mięsa w metrowym karapaksie i to jest zgubne dla tego gatunku.
W krzakach znalazłem kwitnące helikonie papuzie (Heliconia psittacorum). Fantastyczna ta selwa! W lesie osobliwe rośliny, w rzece wielkie ryby i delfiny, w mniejszych strumieniach rybki akwariowe, na niebie obłędnie kolorowe ptaki. Niestety dwukrotnie widziane kolibry podobnie jak wielkie i piękne motyle morpho były zbyt szybkie by zrobić im udane zdjęcia.
Kiedy my leniliśmy się w hamakach albo szwendaliśmy po krzakach, piloteiro szykował posiłek.
Dzika, zdrowa i świeża ryba, do tego zawsze pyszna sałatka i sypka kasawa
Na innym starym palenisku znaleźliśmy skorupy po innych pożartych żółwiach – tracajá (Podocnemis unifilis). Żółwie to naprawdę znaczący składnik diety nadamazońskich społeczności.
Z resztą nie tylko my mieliśmy taki popas. Na jednej z odizolowanych lagun spotkali się koledzy…
Po zaspokojeniu głodu rybami i krótkiej drzemce wszyscy ruszyli w kolejne ukryte laguny.
Astrocaryum jauari – kolczasta ale z jadalnymi owocami i rdzeniem, zwanym sercem palmy. Za zaczepioną przynętą piloteiros nurkowali w wodzie pełnej piranii (chyba że w okolicy ktoś złowił piranie Fula) i wspinali się na drzewa (chyba, że ktoś wrzucił w gęstwinę tej właśnie palmy).
Rok wcześniej z Marcinem Drągiem uratowaliśmy zaplątanego w wędkarską plecionkę pingwina na Falklandach, tym razem padło na hoacyna. Gatunek ten posiada wyjątkowy w świecie ptaków układ trawienny – pokarm roślinny jest rozkładany w wolu dzięki fermentacji bakteryjnej, podobnie jak u przeżuwaczy. Zdolność ta ma sprawiać, że wokół tych ptaków panuje bardzo przykra woń. Nie wiem czy to mit, czy ten biedak podczas szamotaniny zdołał pozbyć się „balastu” z wola ale nie śmierdział nic a nic. Oprócz sposobu trawienia, hoacyna wyróżnia także fakt, że liście stanowią większość jego pożywienia. Wśród ptaków rzadko się to zdarza, ponieważ liście są pożywieniem ubogim w składniki odżywcze, trudnym do przetrawienia, dużym w stosunku do ptaka, a niekiedy zawierają substancje mogące zniechęcić do uczty; zjadanie liści spotykane jest także powszechnie u blaszkodziobych, takahe, niektórych grzebiących i kakapo. Hoacyn zjada liście ponad 45 gatunków roślin.
Ponieważ ptak był mocno osłabiony i nie był w stanie poruszać się o własnych siłach a w składzie mieliśmy dwóch weterynarzy, Ewa zdecydowała, że hoacyn płynie z nami. Niestety – pomocy nie doczekał. Ale jego pióra posłużyły muszkarzom!👻
Mateusz z Markiem na tle amazońskiej selwy.
Na jednej z rzecznych łach spotkaliśmy inny osobliwy gatunek ptaka – warzęchę różową (Platalea jaja). To rodzina ibisów.
Kawałek dalej było ich więcej i nie przeszkadzało im towarzystwo brzytwodziobów (dorosłego z młodym).
Nowy dzień = nowe hoacyny
Było ich naprawdę sporo.
Dławigady amerykańskie (Mycteria americana) – to jedyny rodzimy bocian występujący w Ameryce Północnej. W Południowej zdecydowanie bardziej powszechny.
Kleszczojad gładkodzioby (Crotophaga ani), poza ich dziwnym wyglądem inną ciekawostką jest, że często budują gniazdo w kilka par i potem składają do niego jaja wszystkie budujące samice i również one wykarmiają potem wszystkie wyklute pisklęta.
Dzięcioł szkarłatnoczuby (Campephilus melanoleucos) czyli „picapau”.
Z naszym piloteiro odwiedziliśmy wąską odnogę z dnia poprzedniego, gdzie złowiłem poprzedniego dnia 70-taka. Niestety ryby były znacznie mniej aktywne. Ale ten dzień okazał się Ewy dniem!😎
Złowiła też niewielką trahirę (Hoplias malabaricus) – te występowały punktowo, ale jak już się je namierzyło to praktycznie się nie kończyły i brały niemal w każdym rzucie!
Po drodze do kolejnej ukrytej laguny spotkaliśmy lokalnego rybaka.
Pod workami miał kilka piranii Fula.
Po tym spotkaniu jakoś mniej chętnie mi się pomagało w przeciąganiu łodzi😅
No i stało się – Ewa dopadła swojego luja!💪👏
Prawdziwego pirata z piracką mapą archipelagu nieznanego🙃
65cm pawiookiej furii.
Piękna, piękna ryba! Spełniła marzenie nas obojga!
Po takim sukcesie odpoczynek w ciemnym, zacienionym lesie był jak najbardziej zasłużony.
Złowione piranie też smakowały wybornie.
Potem przyszło nam przedzierać się do dalszej laguny.

Tam Ewka, po fenomenalnym holu, kiedy to musiała przetargać rybę przez zwalony pień, wyciąga kolejną dobrą rybę👏
Jak każde złowione przez nas tucunare, tak i to oczywiście wróciło do wody. Według piloteiro, ryby te nie zmieniają miejsca pobytu. Jeśli mieszkały pod jakimś konarem – dalej tam będą mieszkać. Są do znudzenia terytorialne. Może dlatego piloteiros znają tak świetnie rybodajne miejscówki, w tym ogromie herbacianej wody.
Co ciekawe to po wypuszczeniu Ewy ryby, wykonałem rzut dokładnie pod to samo drzewo ale po drugiej jego stronie, by nie ryzykować targania ryby nad nim i złowiłem drugą rybę!
Jak kiedyś tam zawitacie to jest to to miejsce. Nie dziękujcie😅🤪
I dalej, ku kolejnej lagunie. Byliśmy na prawdziwym ich systemie połączonym wąską rzeczką pełną zwalonych drzew. Trudne do przedzierania ale jakże pachnące prawdziwą przygodą!☝️

A w wodzie skalary i inne rybki akwariowe i… raje! Czasem gdzieś zerwała się zabłąkana arapaima!
Od czasu do czasu, wysoko nad głową oczy radowały piękne orchidee Cattleya wallisii zwane „eldorado”, które niegdyś zdołały oczarować samego Arkadego Fiedlera.
Kajman w lagunie to pół biedy. Gorzej jeśli spotka się ariranie, czyli wydry olbrzymie albo delfiny – te dopiero potrafią zrobić prawdziwe spustoszenie w ichtiofaunie laguny.
Brzytwodzioby amerykańskie (Rynchops niger).
Na kolację piranie Fula
Kucharki najwyraźniej miały do nas więcej zaufania niż te przed dwoma laty, które odcinały szczęki podawanym piraniom by mieszczuchy się nie skaleczyły😅
Na ostatni dzień łowienia z Ewą nasz piloteiro zostawił lagunę właściwą.
Niestety dawno nikt w nią nie wpływał, więc natrafiliśmy na niespodziankę.
Dron po raz kolejny miał pomóc i po prostu sprawdzić czy jest sens się szarpać i dalej nie jest tylko gorzej.
Nie było😅
Przynajmniej na pierwszy rzut oka. W gęstwinie koron drzew, która zasłania rzekę potrafią kryć się niespodzianki🤯
A skoro powiedziało się „A” to trzeba powiedzieć i „B”
Taki wysiłek ponosi się jednak z myślą o wielkich tucunare a nie takich piraniach Fula. No cóż… nie zawsze się udaje. Może i dobrze, bo byłoby nudno.
Drzewa kapokowe, jak ten „młodzieniaszek” to prawdziwe cuda natury. Mają właściwości moczopędne, wzmacniające i przeciwgorączkowe. To nie wszystko! Leczy się nimi też biegunkę, nadciśnienie, cukrzycę, problemy skórne, wypadanie włosów, rzeżączkę, kiłę, bóle głowy i zaburzenia psychiczne. Młode Ceiby, jak ta, kwitną jedynie raz na 5 lat (jeśli rosną w wyjątkowo wilgotnych lasach) i to dopiero po 3-8 latach.
Jakże dobrze można było odpocząć w ich cieniu po tym nieludzkim targaniu łodzi.
Przewodnik jak zwykle stawał na rzęsach byśmy z takiego miejsca nie zjeżdżali głodni.
Rybka z rusztu i sałatka przyprószona oczywiście farofą – prażoną mąką z manioku.
Pielęgnice pawiookie (Astronotus ocellatus) były rzadkim gościem na naszych zestawach.
Ach – żeby jeszcze nie trzeba było wracać tą samą drogą…
Sweet…🥵
I nie ma się co dziwić, że ciut nam zeszło i do statku dopłynęliśmy jako ostatni.
A ostatni dzień wędkowania na Amazonce kończy się zawsze grubą imprezą.
To rozdzielanie zasłużonych napiwków dla obsługi, uroczysta kolacja a i mając dziewczyny na pokładzie nawet tańce!
Kiedy tańczyliście pod rozgwieżdżonym niebem boso na cudnej plaży?💃🏻🕺🏻🥂🌋 Imprezy bywały różne na koniec, ale takiej jeszcze nie było😋
Barman – wiadomo… po dj’u zawsze cieszy się największym uznaniem u dziewczyn🤪
W tej części wyprawy udział wzięli (od lewej, na dole): Mateusz Kalkowski, Ewa Borek, Monika Soroka, Sebastian Kalkowski, Andrzej Malinowski
(od lewej, stojąco): Maciej Sulimierski, Krzysztof Dołowy, Dawid Pilch, Waldemar Pitera, Rafał Słowikowski, Agneta Rimdeikyte, Paweł Lasota, Janusz Przetacznik, Maurycy Bryła, Jan Soroka, Filip Więcek, Marek Drużdżel i Krzysia Malinowska, która niestety do zdjęcia nie dotarła.
Z nieco ciężką głową żegnaliśmy się ze wspaniałymi towarzyszami, ja z Moją Ukochaną. Trójka szczęśliwców zostawała, a późnym popołudniem miała dołączyć do nas druga ekipa. Nie byle jakie logistyczne przedsięwzięcie.
Jeszcze tego samego dnia wybrańcy wybrali się na zwiedzanie słynnej opery w Manaus. Inauguracja w Teatro Amazonas nastąpiła 31 grudnia 1896.
Pierwszą wystawioną sztuką była włoska opera Gioconda. Przedstawienie miało miejsce 7 stycznia 1897 i wystąpił w nim włoski śpiewak Enrico Caruso.
Budowę tego monumentalnego budynku z materiałów sprowadzanych z Europy umożliwiły pieniądze pochodzące z kauczukowego boom’u przypadającego na koniec XIXw. i fantazji ówczesnych „kauczukowych baronów”, którzy zapragnęli korzystać z dóbr kulturalnych najwyższego, światowego poziomu.
Dachówki zostały sprowadzone z Alzacji, elementy ścian z Glasgow w Szkocji, marmur karraryjski wykorzystany do budowy schodów, rzeźb i kolumn przywieziono z Włoch. Kopuła jest pokryta 36 000 dachówek w kolorach brazylijskiej flagi. Meble w stylu Ludwika XV sprowadzono z Francji. Włoski artysta Domenico de Angelis wykonał malowidła na suficie. Zasłona wraz z obrazem „Spotkanie Wód” powstała w Paryżu. 198 żyrandoli zostało przywiezionych z Włoch, łącznie z 32 żyrandolami ze szkła Murano.
Wraz z wynalezieniem syntetycznego kauczuku Manaus straciło swoje główne źródło dochodu i w 1924 roku teatr został zamknięty. Przez 90 lat praktycznie nie wystawiano tu żadnych sztuk. W 2001 roku władze stanowe postanowiły przywrócić teatrowi chociaż część dawnego blasku i przeznaczyły 1,5 mln funtów na renowację budynku. Plan się powiódł i obecnie Teatro Amazonas jest siedzibą Amazońskiej Orkiestry Filharmonicznej oraz gospodarzem corocznego festiwalu filmowego.
Kolejnego dnia ekipa wybrała się na wspaniałą operę o różowych delfinach, które jak mawiają indiańskie wierzenia i legendy mają się zmieniać w przystojnych mężczyzn, którzy podrywają łatwowierne dziewczęta by… zrobić im dzieci. Zdradza je tylko otwór oddechowy na środku głowy, który zawsze przykrywają gustownym kapeluszem. Podwodna kraina, z której pochodzą to Encanto.
Nim jednak operę ponownie odwiedzili wybrali się na wycieczkę do prawdziwych różowych delfinów.
Były to kompletnie dzikie inie (boto), zwabione do turystów dźwiękiem dzwoneczka zwiastującego dla nich łatwy żer. Przypłynęły z pół kilometra. Świetnie słyszą i posługują się echolokacją. Zmysł wzroku w ciemnych wodach Rio Negro jest im najmniej przydatny więc oczy w drodze ewolucji są bardzo małe, żeby nie powiedzieć uwstecznione.
Widzicie te zęby? Inie żywią się ponad 50-cioma gatunkami ryb i podczas jednego posiłku są w stanie pożreć więcej odmian niż inne delfiny w ciągu całego życia! A dzięki tym dużym, stożkowatym zębom i silnym szczękom potrafią rozłupać nawet skorupę żółwia. Twarde jak kamień sumiki pancerne z postawionymi na sztorc kolcami, które bez problemu przebiłyby ludzką dłoń to dla nich pestka.
Dziś, po kilku miesiącach już bym coś u Ewy widział gdyby miała się powtórzyć fabuła wieczornej opery z Manaus🤪 Uff…😅
Potem jeszcze wizyta u prawdziwych amazońskich Indian! Zwróćcie uwagę na ten okazały pióropusz z piór ary.
Mogli skosztować nawet takich smakołyków jak te mrówki (pamiętacie Apocalypto?)
I pokarmić kapucynki.
Lało jak z cebra ale jakież ma to znaczenie kiedy można doświadczyć takich atrakcji.
II TURA 💪
Ledwo dziewczyny wyjechały a tęsknota dawała się porządnie we znaki👻🤪😅 Na zdjęciu przełamany wobler, który znaleźliśmy na jednym z drzew nad rzeką.
Nowa ekipa, nowa energia – zaczynamy!!!💪
Jak tam pachniało kabanem!
Niestety – żaden kaban się nie objawił ale kilka małych za to wylądowało na sąsiedniej łodzi. Bywa🤷🏻♂️
Łódź Karola i Wojtka też dopiero się rozgrzewała.
Kajman na zakąskę przypadł i drugiej grupie.
U tej przelatującej pary ar zwyczajnych (Ara ararauna) doskonale widać brak dymorfizmu płciowego w ubarwieniu. Rzadka cecha u ptaków.
Jako, że moja Ewcia odjechała wraz z Jasiem Przetacznikiem i resztą grupy, znów połączyliśmy siły z Dawidem, moim dobrym kompanem wielu ostatnich wypraw, z którym mamy świetne flow i rozumiemy się bez słów. A że byliśmy niedaleko, ruszyliśmy na ów lagunę, na której odniósł świetny wynik na początku pierwszej tury.
Woda jeszcze bardziej urosła, więc było stosunkowo łatwiej wpłynąć. Ogóle jak trafia się na podwyższoną wodę to trzeba odnajdywać plusy i korzystać z tego, że można dzięki temu dotrzeć do wielu miejsc, które przy niskim stanie wody są praktycznie nieosiągalne.
No i była to bardzo dobra decyzja. Ponieważ żyją tam 70-taki a Dawid umie je złowić. Oczywiście wzgardzanymi przez nas do tego roku jigami!
Przed wypuszczeniem.
No i💥 Popatrzcie na „mapę” i porównajcie ją z górnym zdjęciem. Tak! To inna ryba!!!
Znów 70cm!!!😎
Claudio zadowolony i spokojny. Bardzo skromny, cichy ale dobry piloteiro💪
Co fajne to to, że ryby te świetnie znoszą sesje zdjęciowe, choć dzięki pstrągom w Patagonii mamy już sporą wprawę w tych kwestiach.
A że piloteiro Sulimierskich bardzo lubił się z naszym, mieliśmy wielokrotnie się spotykać przez kolejne dni na wodzie.
Wspólne przerwy na lunch dzięki temu były i weselsze i pełne merytorycznych dyskusji.
A dzięki Suliemu mam teraz świetnie wyregulowane multiplikatory, z czym nie mogłem sobie poradzić ani w Gujanie, ani w pierwszej turze tej wyprawy.
Popoki na lunch na wiośle z przypory drzewa quebracho (tzw. łamacza siekier).
Świetne jak piloteiros potrafią rozróżniać rośliny w selwie i bezbłędnie znajdują takie, których gałązki się nie przepalają w roli rusztu nad ogniem.
Etnobotanik Mark Plotki na swym wykładzie w Nowym Jorku mówił: „Kiedy człowiek zachodu patrzy na dżunglę, widzi zieleń. A lokalesi patrząc na dżunglę, widzą delikatesy, sklep z narzędziami, warsztat i aptekę”.
Chwilę po poobiedniej sieście, otrząsnąć się z resztek snu miały nam pomóc dwie bliźniacze ryby.
Karol po obiedzie też poznał co znaczy gdy piranie „psują” łowisko. Złowił najpierw kilka czarnych – Fula…
… i sporo czerwonobrzuchych.
Rafcio tego dnia kosił rybę za rybą. Oczywiście w Jego przypadku, wszystko na muchę! Pikę Terror Flies od Tomka Bogdanowicza we wprawionych rękach w Amazonii bywa morderczo skuteczne!


Claudio – piloteiro i nauczyciel lokalnego języka w jednym.
Bromelie (ananasowate) w naturze to w większości epifity porastające konary i pnie innych drzew w tropikalnych lasach Ameryki. Nie są pasożytami; korzenie służą im jedynie za podporę, a wodę i składniki odżywcze czerpią z deszczu i powietrza dzięki liściom ułożonym w szczelną rozetę.
Taka pozycja słońca na niebie może zwiastować tylko bliski koniec łowów tego dnia. Ale spójrzcie na te łuny i cienie. Przeciekawe zjawiska.
W Amazonii rośliny wydają się zwierzętami. Można niemal poczuć siłę rosnących konarów i rozpierających ziemię korzeni, chwyt wijących się lian, uwodzicielskie kuszenie kwiatów, wonie i soki wydobywające się z nabrzmiałych owoców. I tak jak zwierzęta i one potrafią być łowcami. Polują na światło. I potrafią zabić. Rozsiewają nasiona na wiatr, te zagnieżdżają się na pniach zielonej ściany drzew. Ich spragnione światła liście wystrzeliwują w górę a korzenie rozrastają się aż po latach w silnym uścisku swoich lędźwi dławią pnie, które dały im życie. Innych siewki osiadają przy pniach i wspinają się po nich, wypuszczając specjalne korzenie. Potem łodygi obumierają u podstawy, zrywając połączenie z podłożem. Mogą wędrować dalej. Jeśli ich pozycja jest zbyt zacieniona, przenoszą się w lepszą, rosnąc w przód i obumierając z tyłu. Jeśli drzewo staje się zbyt suche, inne wypuszczają korzenie i wczepiają się nimi w ziemię. Nie umierają tylko włażą na inne drzewo. Orgia pełzania, duszenia, rozsadzania, ślizgania, wspinania i podciągania. Wszystko skrzypi na wietrze, a powinno jęczeć z wysiłku, bądź bólu.
Koniec pierwszego dnia drugiej tury i powrót na łódź matkę „Łaskę bożą”.
Takie powroty to zawsze dzielenie się obserwacjami i wnioskami, jakie się wyciąga z łowów udanych, bądź nie.
Mariusz Zmirski na przykład mógł opowiedzieć Grzegorzowi jak tego dnia złowił 55 tucunare!
Grześ nigdy nie był wędkarzem, który stawiał na ilość. Łowi zawsze na duże przynęty i nastawia się tylko na duże ryby. Czego efektem było to świetne tucunare!💪👏
Popatrzcie na te kolory! „Fire Tiger” u wielu producentów woblerów po prostu musi pochodzić od tej ryby. 74cm!👏👏👏
Choć królem polowania tego dnia i generalnie całej wyprawy został Rafcio Czuba, łowiąc na wahadłówkę największą rybę wyprawy.
Taki sum surubi to doprawdy ryba trofeum…
… i jednocześnie rekord naszego klubu!💪 Brawo!👏
Podczas rozmów i podziwiania takich ryb w telefonie łatwo przeoczyć taki spektakl. A horyzont tego wieczoru płonął.
Pierwsza grupa bawiła się wtedy w operze w Manaus. My nasze Teatro Amazonas przeżywaliśmy nad rzeką.
Taka noc zasługiwała by barman uwijał się w pocie czoła do późnych godzin.
I tak było. A Caipirinha albo szklaneczka Cuba Libre w takim anturażu i towarzystwie smakowały zbyt wybornie by iść wcześnie spać.
A mimo to o poranku wszyscy na śniadanie stawili się na czas. I na wodzie znów byliśmy o czasie.
„Bayan-goł! Nie zatrzyma nas już nic!”👻
Andrzej (ten mniej opalony😉) był z nami pierwszy raz. Mam nadzieję – nie ostatni. Jednocześnie była to Jego pierwsza tak daleka podróż.
Mój „sąsiad” Karol z Wojtkiem poznali się w Patagonii. Nikt wtedy by nie podejrzewał, że niedługo później razem będą pływać po Amazonce.
Rafcia Czubę też wtedy poznali. My znamy się znacznie dłużej i życzyłbym sobie takich pozytywnych kompanów na wyprawach zawsze!👏
Byle dalej, ku ukrytej lagunie.
Para araraun wkrótce miała się okazać dobrym omenem.
W końcu dowalenia takiego tuksa na muchę to super rzecz! A to nie Rafała ostatnie w tej kwestii słowo💪
Św. Marcin cudownie chodzący po wodzie👻
Maciej został po pierwszej turze na drugą i tym zwrotem akcji dołączył do własnego taty. Dobrze się patrzyło na ten duet. Choć tego dnia widzieliśmy z Dawidem jak stracili olbrzymie tucunare, które wzięło Maćkowi w trollingu. Niestety. Ryba po wszystkim jeszcze się wywaliła a zapytany o rozmiar piloteiro pokazał bez słowa tylko symbol na czapce „80UP”😬
Poderwany dron, którym filmowałem latające po okolicy ararauny w końcu je zmobilizował by początkowo zaniepokojone zebrały się na odwagę i w kilka par próbowały go ze skrzekiem odstraszyć. Na szczęście obyło się bez bliższego kontaktu. Żal ptaków a i ich ostry dziób potrafi mieć 35kg nacisku na cm kwadratowy, więc i drona byłoby żal!
Poprzednia ekipa spotkała wędkujących Brazylijczyków, którzy mieli bardzo dobre wyniki na takie gumy. Lecący w drugiej grupie koledzy zadbali by nam ich nie zabrakło. Niestety piranie miały wobec tych przynęt inne plany, więc drugiego dnia straciliśmy ich 80%😤
Haków offsetowych nie mieliśmy ale skorygowane też przez piranie jigi posłużyły do ponownego uzbrojenia.
I odnosiliśmy na nie naprawdę świetne wyniki. Byle by szybko prowadzić.
Wojtek łowił inaczej i… też łowił!
Choć potoki dziwnie na Niego wpływały i spojrzenie miał czystego psychopaty!🤪
Jego kompan z łodzi wydawał się przy Nim Aniołem😉
Arasari czarnoszyi (Pteroglossus aracari). Przyleciało całe stado tych tukanków ale gdy przygotowałem w końcu aparat został już tylko jeden😅 Chociaż tyle…
Rude wyjce spotykaliśmy kilkukrotnie. Zawsze wysoko, w koronach drzew, zajęte poszukiwaniem jedzenia – liści, kwiatów i owoców. Potrafią przesypiać do 15 godzin na dobę. O świcie często nawołują się, wydając charakterystyczne odgłosy, które słychać w promieniu 5 kilometrów. U samców kość gnykowa jest silnie skostniała i służy jako rezonator. Wycie służy do komunikacji wewnątrz grupy, informacji o rewirze i jest demonstracją siły danej grupy. W razie zagrożenia celują odchodami i moczem w intruza. Nam to się jeszcze nie zdarzyło, więc może nie jesteśmy takimi mieszczuchami jakby się mogło wydawać🤪
Głównym wrogiem wyjca jest harpia wielka. Innymi drapieżnikami, które stanowią zagrożenie dla wyjców są jaguar amerykański, puma płowa, majkong krabożerny, ocelot wielki, kajman oraz boa dusiciel i anakonda. Na wyjce polują też Indianie za pomocą dmuchaw oraz łuków i strzał.
Raz na gumę, raz na jiga
Wyciągnęliśmy też wnioski ze spotkania z wielką rybą łodzi Sulimierskich, więc jak Claudio powiedział „trolling” to ogóle nie oponowaliśmy. Ja wobler, Dawid jig. Po 5 minutach trolla miałem cyknięcie ale ryba (ta albo inna) wzięła w końcu na Dawidowego jiga!💪
Nie był to Jego największy na tej wyprawie, który wziął ale był największym, którego z powodzeniem wyciągnął!
74cm to już duże tucunare. Jego mapy archipelagów nieznanych to mapy archipelagów szczęśliwych!😋 A widzicie tą czystą wodę i drobnicę pływającą przy kolanach wędkarza?
Świetna ryba ze świetnej laguny.
Żyje sobie tam dalej. Chcecie pinezkę? Just kidding🤓
Przypominam – Tucunare są do tego stopnia terytorialne, że nawet złowione, zawsze wracają na swoją miejscówkę, najczęściej w pobliże ulubionego konara, korzenia czy pnia. Coś co daje mu poczucie bezpieczeństwa jednak musi być. I piloteiros doskonale pamiętają te wszystkie miejscówki.
Pirania Fula i niezastąpiony nóż Gerbera – Principle Bushcraft. Po wielu wyprawach i doświadczeniach w terenie staliśmy się fanami dobrych noży, a ten napewno do takich należy. Świetnie się go trzyma a wielkość i kształt ostrza są wręcz idealne do wszelkich prac terenowych i częstego czyszczenia ryb.
Przerwa w cieniu na piwko na lagunie wielkich ryb.
I voilá!
Jeszcze popoca czy borboletka na dobitkę…
I „pół godzinki dla słoninki”🤪
Po obiedzie jeszcze chwilka na ożywczą kąpiel…
… i powrót na wodę, gdzie „konkurencja” się mniej obijała niż my.
Kojący widok.
Na główną rzekę z laguny wypłynęliśmy tamtego dnia dość późno.
A na głównej rzece tego dnia na wahadła brały piraiby!
Zmierzch nad Amazonią oczywiście jako pierwsze zawsze witają lelki a zaraz po nich na łowy wylatują nietoperze.
Nowy dzień, nowe przynęty. Tu macie jak kawę na ławę wszystko co tam się używa.
Z czego najlepsze na zastanej wodzie okazały się takie właśnie jigi. Jak ktoś z Was kiedyś będzie się wybierał na tucunare to… wkrótce ruszy polska produkcja tychże przynęt w najlepszym wydaniu autorstwa Marka Honkisza (Honky Lures) i Dawida Pilcha. W tej kwestii nie ma co liczyć na lokalne sklepy w Manaus, które mają wszystko inne w ilościach niezliczonych a jigi schodzą jak ciepłe bułki i z ich dostępnością bywa różnie.
Na miejscu za to z pewnością czekać będą Perversy we wszystkich możliwych kolorach.
Tego dnia mijaliśmy współczesnych amazońskich Indian, którzy akurat gdzieś się przenosili.
Kolejnym celem była kolejna, nieodwiedzana dotąd laguna.
Nieodwiedzana wiąże się z ryzykiem potrzeby utorowania sobie drogi. I tak było tym razem.
Trzeba tylko było uważać na raje, kolczaste sumiki, strętwy, palmowe kolce i maczety, które nie raz szły w ruch.
Najgorsze te nieszczęsne raje. Nikt by nie chciał przeżyć podobnej przygody co Alex w Boliwii.
Zdobywcy Amazonii💪
Dobra, dobra – wiedzieliśmy na co się piszemy. Wspieraliśmy się GPS’ami i dronem, do tego mając świadomość, że wieczorem czeka suta kolacja, drinczki z lodem, prysznic i czyste łóżeczko. Prawdziwi zdobywcy nie mieli tych komfortów i tak na prawdę nie mieli pojęcia co ich czeka. No ale dla nas przygoda wystarczająca!
Byle dalej!💪
Skoro była mowa o sumikach to tych, szczególnie w tej odnodze było mrowie a najczęściej wylatywały wraz z wodą z wyrzucanych na brzeg pustych pni i gałęzi.
To są te pancerne diabły!
„Raz na wozie, raz pod wozem” w Amazonii można parafrazować na „raz nad kłodą, raz pod kłodą”😅
Tym razem pod.
Przed wpłynięciem w końcu na lagunę przeżyliśmy także osobliwe spotkanie z bardzo rzadkim Muitu, czyli czubaczem gołolicym (Crax fasciolata). Ten dawno by uciekł ale spłoszony zostawił za sobą dwa pisklaki…
… a te złapane przez piloteiros piskliwie nawoływały rodziców, którzy wobec tych krzyków byli bezsilni i przezwyciężały strach przed ludźmi. W końcu przewodnicy wypuścili pisklaki na przeciwnym brzegu, gdzie raz po raz pojawiał się zaniepokojony kogut. Jak dobrze było widzieć je znów razem.
W końcu dotarliśmy na przypominającą, odwróconą „eskę” lagunę.
Koledzy zaaferowani spotkaniem z Muitu i radością z dotarcia, nie zauważyli niepozornego ruchu pod wodą przy jednym ze zwalonych drzew. Zauważyłem ja i piloteiros. Ci zgodnie wyszeptali „tucunare”. Sekundę później leciała tam moja przynęta a gdy tylko dotknęła wody wybuchło piekło! Dzięki Bogu, udało się siłowo zatrzymać rybę przed wjazdem w drzewo a po kilku minutach piękna 70-tka wylądowała w podbieraku.
Bardzo piękny, kolorowy egzemplarz z jakże cudną mapą.
Niedługo później Dawid podając rybie, którą wypatrzył na środku jeziorka nieruchomo stojącą w toni zdejmuje inną, która stała pod tą wypatrzoną. Ja niestety miałem kiepskie okulary polaryzacyjne i nie byłem w stanie wypatrzeć nawet połowy tego co widział Dawid. Dobre okulary w Amazonii to ważna rzecz – nie mogą to być tylko lusterka z jakąś tam, choćby sygnowaną przez renomowanego producenta polaryzacją.
Po tej rybie musieliśmy się na chwilę schronić pod drzewami, jako że przewaliła się błyskawiczna ulewa a my akurat myśleliśmy o lunchu.
Po tej krótkiej przerwie ruszyliśmy dalej za Kubą i Michałem. I po jeszcze jednej zwężce dotarliśmy do drugiej, mniejszej lagunki.
I mimo, że ta była domem dla pary wielkich kajmanów i zdążyła być przecwelona przez naszych kolegów…
… Dawid wyciągnął m.in. tą jakże piękną borboletę.
Za to Rafcio, w zupełnie innym rewirze dopadł swoją największą tucunare na muchę!💪
Nie inaczej było u Karola, choć On macha tylko spinnem. Najpierw dziabnął tego tuksa…
By niedługo potem przypaździerzyć takiego stwora!👻
Taka ryba już naprawdę cieszy! No ale kogo nie ucieszyłoby 69?!😜
Kuba za to zaliczył kilka takich ocellatusów👏
Z resztą Kuby i Michała ryby (by potem policzyć do statystyk!), zaznaczał maczetą na łodzi ich piloteiro Ricardo.
Podczas przerwy na lunch, Michał wziął do ręki muchówkę i skupił się na przerzucaniu kolejnych trahir (czyli niewielkich ajmar, inaczej wolf-fishy). Ryby brały w każdym rzucie! I na tej płyciźnie złowił ich chyba z pół setki!
Niewielkie ale frajdę potrafiły dać wielką!
Za plecami, na ruszcie dochodziły inne rybki.
Miejscówka była fenomenalna! I wspaniale było po prostu być tam wtedy i w tym towarzystwie. Jakby mapy archipelagów nieznanych z pokryw skrzelowych tucunare miały rzeczywiście wskazywać jakieś prawdziwe miejsca to jestem pewny, że tak właśnie by wyglądały.
Galeriowa selwa ciągnęła się po horyzont w cztery strony świata.
Aż się nie chciało stamtąd spływać. Kiedyś jednak trzeba było w końcu ruszyć w drogę powrotną. Wiadomo było, że po utorowaniu drogi, powrót będzie łatwiejszy.
A na głównej rzece dzień jak co dzień. Rzadko ale jednak raz albo dwa razy dziennie mijaliśmy łodzie-domy kabokli z ich całym dobytkiem
W dzień wygląda to tak a wieczorami podwieszają hamaki jakby rozkładali do spania łóżka. Niektórzy z nich nigdy nie zaznają co znaczy prawdziwe łóżko!
Tym razem na wieczornych łowach nie upolowano kajmana tylko pakę (Cuniculus paca). W policzkach ma puste przestrzenie działające jak rezonatory, co pozwala jej wydawać niezwykle głośne warczenie i chrząkanie. To roślinożerny gryzoń. Jej mięso jest bardzo cenionym przysmakiem w tamtejszej kuchni. W smaku przypomina delikatną wieprzowinę lub cielęcinę, z lekko wyczuwalną dziką nutą. Jest niezwykle chude, soczyste i ma zwartą strukturę. Oczywiście piszę o osobnikach dzikich, jako że zdążają się hodowle.
Mało który przewodnik dysponuje smartfonem. Zwykłą komórką starego typu z przyciskami tak ale nie smartfonem. Są oni jednak bardzo otwarci na wszelkie nowinki techniczne i chętnie kierują się na pokazane miejscówki na mapach satelitarnych Google Earth albo te oglądane w sterowniku drona. Tak też było z tą laguną. Na szczęście nie musieliśmy targać tam łodzi przez 300m pas lądu, bo była tam stara łódka. Wystarczyło opróżnić ją z wody a potem wpakować się w tą chyboczącą krypę w… sześciu! Czterech wędkarzy i dwóch piloteiros. Dwóch rzucało na jedną stronę, dwóch na drugą, jeden piloteiro wiosłował a drugi nieustannie wylewał wodę napływającą z dziur!👻 Wszyscy modlili się by nic dużego nikomu nie wzięło!🤣
Zabawa się zaczęła jak Marcin niechcący podczepił jigiem strętwę (Electrophorus electricus) czyli węgorza elektrycznego!😬
Po bokach ciała, wzdłuż płetwy odbytowej znajdują się narządy elektryczne wytwarzające napięcie 300–600 V i natężenie poniżej 1 A. Napięcie takie może zabić małe zwierzę lub oszołomić duże. Wytwarzane napięcie jest zależne od długości osobnika. Narządy te powstały z mięśni brzusznych i są wykorzystywane do zabijania bądź ogłuszania zdobyczy, mogą służyć w celach obronnych. Są też wykorzystywane do elektrolokacji. Zajmują 80% ciała ryby, pozostałe 20% przypada na głowę i jamę brzuszną. Stosunek masy narządów do masy ciała ryby wynosi 1:2,9. Poza podstawową parą narządów elektrycznych te ryby mają jeszcze narząd Sachsa i narząd Huntera – obydwa wspomagające pracę głównego narządu elektrycznego – oraz wzmacniający zdolność odbierania dźwięków aparat Webera. Narząd Sachsa jest głównym narządem komunikacyjnym strętwy. Emituje on słaby sygnał elektryczny, zaledwie 10 V napięcia. Wykorzystywany jest głównie do komunikacji, a także do elektrolokacji ofiary. Odgrywa także ważną rolę przy szukaniu i wybieraniu partnera. Strętwa posiada także wrażliwe na wysokie częstotliwości bulwiaste receptory, rozmieszczone na całym ciele. Prawdopodobnie służą do polowania na inne ryby z rzędu Gymnotiformes. Starsze osobniki tego gatunku całkowicie tracą wzrok w wyniku uszkodzeń spowodowanych użyciem własnych narządów elektrycznych! Co 10–15 minut wypływa na powierzchnię, aby zaczerpnąć powietrza atmosferycznego, którym oddycha dzięki silnie unaczynionemu nabłonkowi jamy gębowej i gardzieli. To przystosowanie pozwala jej przebywać w wodach o bardzo niskiej zawartości tlenu. Są one zadziwiająco powszechne, tak w Gujanie, jak i tu wiele razy widywaliśmy jak z wody wychyla się jakby badyl odbity w nurcie od dna a to oddychające właśnie strętwy. W Wenezueli kupowaliśmy od Indian bransoletki z kręgami tych ryb. Co ciekawe – świeżo po zaczerpnięciu tlenu potrafi wytworzyć większe napięcie niż po dłuższym pozostawaniu pod wodą. Próbując ją wyczepić widzieliśmy jak raz po raz jej ciało przechodził wstrząs. Ciekawie było wtedy stać w dziurawej łódce, w wodzie po kostki pół metra od niej!
Popołudnie spędziliśmy na lagunie odwiedzonej dzień wcześniej ale poza widzianą tylko arapaimą na wpływie obyło się bez większych sukcesów. Na domiar złego wracając wąskim kanałem zobaczyłem atak tucunare nad zwalonymi i rozrzuconymi niczym bierki pod wodą drzewami. Branie było natychmiastowe a efektem siłowego holu była złamana wędka Zenaq Expedition 67! Ryba wyciągnięta ale parę tysi w pizdu!!!🤯🤬🥵
Znacznie lepsze wyniki mieli Wojtas…
… z Karolem 👏👏👏
Po śniadaniu serwowanym codziennie o 5:30, pół godziny później odbywa się desant na motorówki. Stoimy w parach w korytarzyku, Carlos zwołuje tylko guidów, doskonale pamiętając kto z kim pływa i odbijamy, odbijamy, odbijamy… Mega sprawna akcja! A lekki przy tym pośpiech tylko podsyca ekscytację związaną z nowymi łowami i nadzieje na spotkanie tucunare życia.
Potem już mkniemy niczym psy spuszczone ze smyczy do kolejnych lagun a pęd wiatru przesusza wyciągane z pudełek przynęty.
Świt jak zwykle pełen nadziei na wielkie mapy archipelagów nieznanych
Wioska, którą odwiedziłem wraz z Ewą.
Pod każdym z tych drzew może czaić się to po co przyjechaliśmy. Nie do obłowienia!
Nie do obłowienia! Nie do obłowienia!
Bo ryby trzeba łowić umić👻 Bez względu na kolor koszuli!😉
Wojtek od lat jest miłośnikiem noży Kingfisher Knives – bez Waspa nie rusza nad wodę.
W Amazonii towarzyszył nam ciągły plusk. W porze deszczowej owoce zjada wszystko. Małpy, papugi, owocożerne nietoperze, bambusowe szczury, wybredne maczamy i tapiry. Tutejsze drzewa jednak nie owocują jak ich bracia z reszty świata – dla ptaków i ssaków. Tutejsze drzewa aby wysłać swoje nasiona tam gdzie wykiełkują i wyrosną, żeby wykarmić kolejne gęby, owocują dla ryb. Tylko tutaj ryby przez większą część roku żywią się owocami i nasionami. Gdy amazońskie drzewa uwalniają nasiona, aby rozpoczęły swą wędrówkę, ponad dwieście (200!!!) gatunków owocożernych ryb przybywa do zalanych lasów, żeby jeść i się rozmnażać. Plusk owoców udających się w podróż ku odrodzeniu jet pierwszą nutą symfonii porozumienia między rzeką a lasem, drzewami a rybami, rybami i ssakami. Amazońskie rośliny wyewoluowały tak, aby ich owoce były atrakcyjne dla ryb i by łatwo było je znaleźć. Większość owoców unosi się na powierzchni wody. Wiele drzew, choćby wawrzyny czy cynamonowce, wytwarza aromatyczne mleczka, olejki, żywice i kwasy, których zapach przywabia ryby. U niektórych ryb, jak na przykład pacu, na górnej części pyska wykształciły się płetwy nosowe, dzięki którym lepiej wyłapują w wodzie zapachy. Pacu mają też zęby trzonowe podobne do końskich i duże, mocne szczęki, które potrafią skruszyć owoc kauczukowca. Zakute w czarne zbroje sumiki pancerne połykają owoce palm w całości, trawią mięsistą powłokę i wydalają twarde jak kamień nasiono, które gdy wody opadną, kiełkuje w nowym miejscu, gdzie nie musi walczyć z rodzicem o światło.
Dawidowi, po wyprawie do Boliwii zostały pamiątki w postaci imitacji nasion i orzechów, które są najlepszymi przynętami na pacu właśnie.
Kolejna przerwa na lunch.
Kieszenniki dwupręgie (Saccopteryx billineata) to niewielkie nietoperze z podrodziny upiorów😅
W lasach Amazonii spotyka je się bardzo często, szczególnie w małych odnogach prowadzących do ukrytych lagun. Wiszą tam sobie zawsze pod nawisami pni i gałęzi. Spłoszone przelatują najczęściej kilka do kilkunastu metrów dalej. Lecz w końcu zawsze wrócą w to samo miejsce.
Najciekawsze jest to, że samczyki tego gatunku plują sobie śliną do specjalnych kieszonek pod pachami, a gdy ta sfermentuje, machają skrzydłami, aby zapach dotarł do potencjalnej partnerki. Taką mają bajerę👻🤪
Atropos śliny, to ta na takie widoki też nam leciała😉
A że tego dnia wyjątkowo mało się działo na wodzie, łowy zakończyliśmy ciut wcześniej. Zbliżając się do statku, z dala poczuliśmy dziwny swąd.
To przypalona keratyna pochodząca z karapaksów rzuconych na ruszt żółwi.
Capiło tak, że nikt z ekipy się nie skusił.
Dziś trochę żałuję. Wtedy jednak wiem dobrze, że rzuciłbym pawia!👻
Dobrze, że na kolację podano nam co innego. Podlane kwaśną caipirinhą z odrobiną cukru pomogło się odprężyć i pozytywnie nastawić na kolejny dzień, który miało nam przyjść witać znowu na motorówce.
W końcu Marcin, zniecierpliwiony brakiem czegoś konkretnego na kiju, kazał piloteiro nurkować z jigiem w kąciku ust!👻
Żartuję! Oczywiście to piloteiro z własnej, niewymuszonej woli nurkował za zaczepioną w zawadzie przynętą😅
A potem było już tylko gorzej😅
Gorzej, by w końcu było lepiej! Po półtorej godzinie przedzierania, przepychania i dźwigania dotarliśmy. A po tym jak skumałem jak należy prowadzić te cholerne jigi, przeżyłem swój najlepszy dzień na tych dwóch turach!
Generalnie ryby były na braniu na tej nieodwiedzanej przez nikogo dawno lagunie, więc dobre wyniki mieli wszyscy.
Byłem najedzony emocjami.
No ale dobra rybka nie jest zła.
Po pół godzinie odpoczynku dla nas i dla wody, wróciliśmy do wędek.
I było to przed przerwą na lunch, gdy z samej końcówki laguny spływali Mierscy „spłoszeni” przez grasujące tam ariranie (wydry olbrzymie). Po ich przepłynięciu właściwie nie ma co liczyć na rybę. Wszystko co żyło zostało albo spłoszone albo zjedzone. No ale po przerwie na lunch wróciliśmy obrzucać tamten nieobłowiony fyrtel laguny. Wielki gejzer wody na środku od atakującej sporej tucunare wstrzyknął nam w krwiobieg olbrzymią dawkę adrenaliny. Po kolejnych 10 rzutach bydlę przywaliło mi w podrzuconego i właściwie prowadzonego jiga.
74cm samiec Açu z fajnym guzem na łbie💪
Duża radość, choć do upragnionych 80cm jeszcze dużo brakowało.
I tak przerzucać ryby mieliśmy do późnego popołudnia. Wiele, wiele fenomenalnych akcji i pełne wyżycie i nasycenie. Na deser, tuż przed samym spłynięciem, na jednej z piaszczystych łach głównej rzeki płoszymy tucunare na oko ponad 90cm!!!😱 Smok zerwał się z łomotem z płycizny przestraszony widokiem napływającej cicho łodzi i pomknął jak torpeda na głęboką wodę. W tym miejscu – może mielibyśmy jakieś szanse. W innych, w pobliżu podwodnych drzew, by nas pozamiatał jak małych Kaziów. Nie mielibyśmy najmniejszych szans! Niesłychane jakie niespodzianki tam żyją! No nic – może w przyszłym roku…🤔
Impreza kończąca, która ma zwykle miejsce ostatniego dnia odbyła się przedostatniego, jako że kolejnego wieczora mieliśmy spłynąć już na główne koryto Rio Negro, a tam przy zastanym poziomie wody szanse na takie piaskowe łachy były znikome.
Jak zwykle smacznie i jak zwykle wesoło. Choć tym razem obyło się bez tańców.
Mimo przeciągającej się imprezy, na ostatnie tango wstali wszyscy.
I dobrze – bo szczególnie rano ryby jeszcze dobrze gryzły…
… choć poziom cofki z Rio Negro wzbudzał respekt i miejsca, które obławialiśmy z pietyzmem na początku pierwszej tury, w większości były całkowicie pod wodą.
Mapa
Niebo błękitne nade mną, prawo do ryby we mnie!🤪
Na zdjęciu powyżej tucunare Açu (Cichla temensis) a poniżej tucunare Paca (Cichla temensis paca). Dwie odmiany tego samego gatunku.
Karol, od lat wierny kijom Tomka Siudaka haratał popokę za popoką…
Wojtek skupił się na mapach archipelagów nieznanych.
Naszym poczynaniom zazdrośnie przyglądał się rybołów (Pandion haliaetus).
Swoje wyjątkowo długie szpony może tak ustawić, że dwa tylne palce przeciwstawne są do dwóch przednich co ułatwia skuteczny chwyt śliskiej ofiary. Przy nurkowaniu nozdrza ptaka są zamykane. Inną adaptacją do zanurzania związanego z trybem polowania są silnie natłuszczone pióra o wodoodpornych właściwościach. Dzięki temu ptak wznosi się w powietrze od razu po zanurkowaniu (nie musi suszyć skrzydeł). Upolowaną zdobycz najczęściej zjada na pobliskim drzewie albo zanosi do gniazda. Jeśli leci z na wpół pożartą zdobyczą może to oznaczać manifestowanie zajętego rewiru bądź chęć zwrócenia na siebie uwagi samicy.
Na ptaki poluje rzadko ale te kaczątka piżmówki (Cairina moschata) z pewnością w jego rewirze nie są bezpieczne. A i tucunare i sporo innych, drapieżnych ryb z pewnością nie gardzi takim łupem.
Amazonce modrobrewej (Amazona Amazonia) ze strony rybołowa z całą pewnością nic nie grozi.
Szybciej ze strony jednego z najrzadszych sokołów – rudogardłego (Falco deiroleucus).
Sokół rudogardły pięknie się nam przyglądał.
Nam i boto, czyli delfinom różowym nas śledzącym. Te na widok łodzi z wędkarzami (z wędkarzami podkreślam – świetnie ich rozpoznają!) potrafią przypłynąć z naprawdę daleka i trzymać się blisko przez kilka godzin, licząc na łatwy łup w postaci wypuszczanej, osłabionej ryby. Ich atak wtedy jest w 100% skuteczny! Zatem ryby w ich towarzystwie musimy wypuszczać przy samym brzegu w gęstwinie korzeni, gdzie jest szansa, że delfiny ich nie sięgną.
Tym razem śledziła nas matka z cielakiem inii (Inia geoffrensis). Więź między samicami inii a ich potomstwem jest bardzo silna. Młode trzymają się z matkami przez co najmniej 2,5 roku. I pływają tak blisko siebie (co widać na zdjęciach), że często dotykają się płetwami w taki sposób, w jaki ludzkie dziecko trzyma rodzica za rękę tylko po to by czuć jego dotyk.
Z wiekiem delfiny te nabiorą więcej różowej barwy by w końcu stać się tak różowe jak na zdjęciach z wycieczki Ewy z Soroczkami pod koniec I tury.
W środku nocy dobiliśmy do Barcelos. Siedlisko cywilizacji i malarii. Nikt z nas nie stosował farmakologicznej prewencji antymalarycznej, wiedzieliśmy zatem, że szlajanie po mieście nocą nie jest tam bezpieczne i z uwagi na moskity i ludzi.
Zatem smacznie sobie pospaliśmy, zjedliśmy śniadanko, po czym zawieziono nas wraz z bagażami na lotnisko, skąd po godzinie polecieliśmy dwiema awionetkami do Manaus.
„Pożegnanie z Amazonią”
Architektura Manaus łączy europejski przepych „belle époque” – będący spuścizną boomu kauczukowego z końca XIX wieku, z nowoczesnym, dostosowanym do klimatu wzornictwem tropikalnym.

W mieście co rusz widać jak rozwija się nurt miejskiej sztuki ulicznej, której celem jest powrót do rdzennej tożsamości, walka z kolonialnym wymazywaniem historii oraz zwiększenie widoczności rdzennych mieszkańców w przestrzeni miasta. Te imponujące murale, powstające w samym sercu brazylijskiej Amazonii, ukazują amazońską kosmologię, historię oporu oraz tradycyjną estetykę. Dla mnie mega!
Z resztą Karol z Wojtasem, też szanują kulturę amazońskich Indian😍
Z resztą, po powrocie do cywilizacji i hoteliku, Karol z iście indiańską precyzją wyciągał palmową igłę Wojtasowi ze stopy…
A gdy ta nie chciała wyjść, sięgnął po nieco bardziej radykalne narzędzia chirurgiczne i słuchajcie – igła Wojtkowi od razu przestała doskwierać👻🤪
Ale wróćmy do miasta.
Fontanna na placu Matriz.
U podnóża okazałych, dwubiegowych schodów prowadzących do katedry metropolitalnej w Manaus znajduje się plac Matriz. Ten centralny punkt miasta był niegdyś otoczony przez imponujące budynki handlowe. Dziś plac bywa zatłoczony i gwarny, szczególnie po przeprowadzonej renowacji. Głównym elementem placu Matriz jest ta żeliwna fontanna, wylana w Glasgow i zainstalowana w 1896 roku. Jej szczyt wieńczy postać Wenus, która balansuje z urną; poniżej rzymskiej bogini umieszczono rzeźby orłów oraz roześmianych chłopców. Płaskorzeźby u podstawy przedstawiają trytony – greckie bóstwa morskie będące pół ludźmi, a pół rybami.
Ten zegar miejski to jeden z najbardziej charakterystycznych punktów orientacyjnych Manaus. Obiekt, usytuowany na początku alei Eduardo Ribeiro i zwrócony w stronę nabrzeża rzeki Rio Negro, został uroczyście odsłonięty 28 listopada 1929 roku, stając się symbolem modernizacji miejskiej tamtej epoki.
Raptem 10 minut wcześniej😉
Oryginalny mechanizm został sprowadzony ze Szwajcarii i zamontowany w Manaus przez złotników Pelosi i Roberta – specjalistów, którzy pracowali nad różnymi projektami tamtej epoki. Tarcze zegara otacza łacińska inskrypcja „Vulnerant omnes, ultima necat”, co tłumaczy się jako „Wszystkie [godziny] ranią; ostatnia zabija”. Jest to tradycyjne motto spotykane na zegarach i zegarach słonecznych od czasów średniowiecza, a nie lokalne dzieło, jak się czasem twierdzi.
Plac Largo de São Sebastião. To tu mieści się słynna opera Teatro Amazonas, kościół Św. Sebastiana i neoklasycystyczny pomnik Otwarcia Portów dla Narodów Przyjaznych, upamiętniający historyczną decyzję z 1866 roku, kiedy to rząd Brazylii otworzył rzeki Amazonkę i jej dopływy dla żeglugi międzynarodowej.
Nawierzchnię Largo de São Sebastião zdobi tradycyjna portugalska mozaika kamienna (calçada portuguesa). Składa się z czarno-białych kamieni misternie ułożonych w charakterystyczny falisty wzór, który symbolizuje ikoniczne spotkanie wód (zbieg rzek Negro i Solimões). Kamienie te były używane jako balast statków towarowych, które płynęły przez Atlantyk na pusto z Portugalii po towary do Ameryki Południowej, w tym jakże cenny kauczuk. Dokładnie taką samą mozaiką kamienną wyłożono kilka lat po Manaus słynny deptak przy Copacabanie w Rio de Janeiro.
Przy tym samym placu mieści się galeria z najpiękniejszymi, autentycznymi pamiątkami stanu Amazonas. Odtąd wielki targ służy tylko do kupna wszelkiej maści olejków do masaży ponętnych ciał naszych Pań w Polsce😊
Indiańskie strzały z łukami to przepiękna stamtąd pamiątka.
Choć tych mają tam ogromny wybór.
Przy Largo de São Sebastião jest też sporo knajpek i kawiarenek, gdzie można smacznie zjeść i wsłuchać się w graną często na żywo lokalną muzykę albo po prostu rozmarzyć… o kończącej się już amazońskiej przygodzie. A że tego dnia były i Walentynki…🙃
W drugiej turze udział wzięli (od lewej na górze): Edward Nath, Marcin Sulimierski, Maciej Sulimierski, Karol Kreft, Wojtek Żurawski, Andrzej Hernik, Olek Pastuszak, Grzegorz Popiela, Jerzy Ludwin, Kuba Rzemieniec, Jacek Przybyłowski, Mike Zmirski, Rafał Czuba, Michał Cebula
(od lewej, na dole): Dawid Pilch i Rafał Słowikowski
Tekst i opracowanie: Rafał Słowikowski
Zdjęcia: Rafał Czuba, Dawid Pilch, Rafał Słowikowski
Piszę te słowa wiedząc, że wieczorem, gdy będę się układał do snu moje myśli przyciągnie znów ona. Tak jak własne odbicie przyciąga piękną kobietę. Będę analizował każdy jej szczegół. Każdy szczegół tej krainy zamieszkałej przez zwinne ariranie. Każdy zapamiętany dźwięk jak plusk spadających owoców czy dalekie nawoływanie papug. Łomoty wielkich Açu – strażników map archipelagów nieznanych. Amazonia – rzeka niemożliwej miłości… znów nie pozwoli mi dziś za szybko zasnąć.












































































































































































































































































































































































































