Po wrześniowej wysokiej wodzie, na której i tak mieliśmy bardzo dobre wyniki wiedziałem, że należy celować w najniższe możliwe poziomy wód. W planie nie było wbijanie się w dopływy dopływów Rio Negro, tylko skupienie się na głównym korycie Czarnej Rzeki, które ma nieskończony potencjał i jest zamieszkałe przez niebywałe ilości ryb. Niska woda miała zagonić ryby z zalanych lasów w określone koryta rzek. Jak pamiętają najstarsi indianie i bardziej doświadczeni koledzy po kiju, okres niżówek w Amazonii to styczeń i luty. Tak też zakupiliśmy bilety lotnicze.

Niestety… tydzień przed naszym planowanym przylotem dostałem informację o schodzącej z góry Rio Negro olbrzymiej fali powodziowej. Tak olbrzymiej, że organizator radził odwołać całą imprezę!😱 Jako, że nie jesteśmy dzianymi Amerykanami, którzy tam najczęściej przylatują na ryby i dotyczą nas nieco inne zasady związane z biletami lotniczymi (nie latamy klasą biznes z opcją flexi, tylko klasą ekonomiczną z zamkniętymi datami lotów), do tego mało kto z nas może sobie przekładać urlop w pracy jak mu pasuje, a i nasze piękniejsze połowy wydają się w tych kwestiach też nieco mniej flexi, nie mieliśmy innego wyjścia jak przylecieć tak czy inaczej. I dzięki Bogu! Oczywiście plan awaryjny został natychmiast uruchomiony i po konsultacji z organizatorem jednak mieliśmy uciec w dopływ, dopływu i jeszcze mniejsze dalsze dopływiki zlewni Rio Negro. Ajajajajajjjj… nie tak to miało wyglądać. No ale ów relacja mam nadzieje pokaże, że nie ma tego tego co na dobre by nie wyszło.

Tak czy inaczej, cała logistyka podróży pozostać miała taka sama. Po wielu perypetiach związanych z uderzeniem srogiej zimy w Europie i licznych zmianach w rozkładach lotów wszyscy w końcu pomyślnie mieli wylądować w Manaus – metropolii położonej przy tzw. spotkaniu wód (Encontro das Águas) – czystej, herbacianej Rio Negro i Solimões, która niesie wiele osadów pochodzących z majestatycznych Andów. Z uwagi na różnicę prędkości, temperatur i gęstości wody te nie mogą się zmieszać przez ponad 10 kilometrów! Mówi się, że to tu rodzi się Amazonka.

Amazońscy Indianie Mawé mają jednak inną teorię dotyczącą genezy tej fantastycznej rzeki. Wierzą, że słońce i księżyc byli kiedyś kochankami. Rozdzielił ich bóg Tupa. Stali się niemożliwymi kochankami, choć czasem, bardzo rzadko się spotykają. My nazywamy to „zaćmieniem”. Wygnany do innego królestwa, oddzielony od największej gwiazdy – swej ukochanej, księżyc zapłakał. Mawé uważają, że wtedy powstał ich świat. To Amazonka jest ich światem. Rzeka, która zrodziła się z łez księżyca. Rzeka niemożliwej miłości…

A że niektórzy szczęśliwcy ruszyli szybciej, mieli doznać od świata Mawé więcej. Kolejnego dnia po dotarciu do Manaus ruszyliśmy na północ, w kierunku słynnej Roraimy do osobliwego miasta. Miasta bez domów – tzw. miasta wodospadów. Od siebie dodałbym „jaskiń i wodospadów”

Cachoeira de Iracema

 

Nie mieliśmy szczęścia do pogody. Pogoda była dynamiczna i przebłyski słońca ścigały się z krótkimi ale dość intensywnymi deszczami. Wilgoć w powietrzu była wszechobecna.

 

Nie miało to nas powstrzymać przed kąpielą. Podnóże wodospadu skrywało wiele naturalnych niecek w skałach, które były idealnymi basenami ze stojącą wodą, podczas gdy nurt mknął samą górą, przy powierzchni.

Soczysta zieleń selwy obłędnie się miesza z herbacianym albo bardziej rumowym☝️🙃 kolorem Rio Urubu.

Paweł z Agnetą dotarli powyżej do kolejnego wodospadu – Cachoeira das Araras

Potem ruszyliśmy ku kolejnym atrakcjom magicznej gminy Presidente Figueiredo. Doświadczając, że to gumowe kalosze są najlepszym obuwiem do trekkingu przez amazońską selwę.

Kalosze i… bikini!👻

Caverna Maoraga – osobliwa grota, z której wypływał krystaliczny strumyk, z którego biegiem mieliśmy podążyć dalej, ku największej atrakcji. Mimo cienia i wilgoci, ciepło skutecznie ogrzewało naszą skórę.

Piaszczystym strumieniem szło się zaskakująco wygodnie a wszystko wokół było nadzwyczajne.

Szkoda, że nie samczyk, który jest wyjątkowo bardziej efektowny – pysznie pomarańczowy. Ale dobre i to – samica skalikurka gujańskiego (Rupicola rupicola) sfotografowna w miejscu gdzie właściwie nie powinna występować! Choć środowisko jest tam dla nich idealne – wilgotne lasy ze skalnymi występami.

Highlight dnia to Gruta da Judéia

Nie wiadomo czy lepiej siedzieć i podziwiać (przy okazji chowając się przed deszczem)…

… czy kąpać się w skąpej o tej porze roku kaskadzie wody lejącej się z góry. Ewa w takich momentach się nigdy nie zastanawia. Spontaniczność powinna być Jej synonimem.

Wieczorem czekało nas przywitanie pierwszej z dwóch grup a kolejnego dnia na dwa rzuty zapakowano nas do awionetki by wysłać do Barcelos.

Na pierwszy rzut – najmłodsi i „sparowani”. Swoją drogą, kolejny raz tylko się utwierdzałem, że kobiety w składzie na wyprawie to wdzięk i urok bezproblemowy. Ach żeby i w domach bywało tak słodko🤪

Podobnie jak ostatnim razem – ilość odnóg Rio Negro i ilość wody do obłowienia były nie do ogarnięcia!

Wraz ze zniżaniem pułapu i zbliżaniem do lądowiska docelowego w głowie wędkarza pojawiały się kolejne pomysły na to gdzie szukać ryb.

Lot naszej części grupy, jak i kolegów odbył się gładko, przyjemnie i z wi-fi na pokładzie (!)

Zniecierpliwione czekaniem na transport do portu dziewczyny wzięły sprawę w swoje ręce!👻

Jak zwykle przywitali nas nasi przewodnicy i zajęli się bagażem.

Chwilę później gnaliśmy motorówkami ku naszej łodzi matce o wdzięcznej nazwie „Łaska boża”.

A gdy wszyscy dotarli na jej pokład, zakwaterowali się do dwuosobowych, klimatyzowanych kajut (każda z osobną łazienką), uraczyli się pierwszymi caipirinhami,  zaczęło się znoszenie pudełek, przewiązywanie i zbrojenie.

Łaska boża kierowała się już wtedy w stronę jednego z dopływów Rio Negro.

Póki słoneczko pięknie świeciło, niektórzy mieli w nosie jakieś tam szykowanie sprzętu wędkarskiego. Festa!

U innych robota już paliła się w rękach. W końcu kotwice same się nie wymienią, plecionki nie nawiną a FG knoty nie zawiążą!☝️

Dbałość o nawodnienie w tych warunkach to priorytet! Szczególnie, że rejs odbywa się w formie all inclusive a drinki jak te caipirinhe miesza wykwalifikowany barman😎 Nie wiem czy to przyzwoite kiedy inni opisują walki o życie w zielonym piekle i codzienne ocieranie o śmierć. Ja tam wolę taką formułę🤪

Jedno jest pewne – kiedy trzeba poślinić węzeł, śliny nie brakuje!🤓

A rzeka niemożliwej miłości, z każdym kolejnym żartem kolegów, każdym kolejnym drinkiem, czy dziwnym papieroskiem staje tak bardzo bliska sercu. Ba… niektórzy nawet będą próbować usnąć w kajutach możliwej miłości!😉🙃

Takich łódek ciągnęliśmy po obu stronach statku aż dziewięć. Kolejnego dnia aż 18 osób miało zacząć łowy.

Noc jednak była zbyt młoda i zbyt piękna by mimo zakończonych przygotowań rozejść się do swoich kajut. Atmosfera przypominała domówkę!💃🕺

Prawdą jest, że łowy kolejnego dnia rozpoczęliśmy z nieco ciężkimi głowami i przynajmniej na naszej (Ewy i mojej) łódce poza kilkoma wyjściami naprawdę fajnych ryb niewiele się działo. Kolejne dni miały nam pokazać jak należy łowić na ciągle rosnącej wodzie. I tu należy podkreślić zalety łowienia w dużej, współpracującej grupie, kiedy wieczorami wszyscy ochoczo dzielą się spostrzeżeniami i doświadczeniami.

Żabiru amerykański (Jabiru mycteria). Bocian ten jest najwyższym ptakiem latającym Ameryki Południowej i Środkowej. Często osiąga nawet ten sam wzrost co żyjące na południu strusie Ñandu. Zjada olbrzymie ilości ryb, mięczaków i płazów. Od czasu do czasu je także gady, jaja ptaków i małe ssaki, a nawet świeżą padlinę i martwe ryby.

Chłopaki ciężko pracowali na sukces. Pierwsze dni to zawsze też trening rzutowy, jako że dopiero te najcelniejsze rzuty, w pobliże podwodnych karczy mogą dać upragnioną zdobycz. Brania z otwartej wody zdarzały się bardzo rzadko.

Wędkarsko bywają w Amazonii słabsze dni, fotograficznie… nigdy! Na zdjęciu, sfotografowana po udanym polowaniu samiczka rybaczka zielonego (Chloroceryle americana). Dorzecze Rio Negro to dla miłośników przyrody wręcz prawdziwa, nieprzyzwoita orgia.

A jeśli chodzi o piranie, to z nimi pod wodą jest podobnie. Orgia. Podobnie do jej łowczyni, gatunek ten jest uważany za najsmaczniejszy i tylko nieco mniej niebezpieczny – pirania Natterera, zwana piranią czerwoną (Pygocentrus nattereri).

I choć na innych łódkach, pierwszego dnia poszło znacznie lepiej, po wieczornej turze wracaliśmy urzeczeni dźwiękami, widokami i zapachami Amazonii. Zachód słońca był zachwycający.

Przez kolejne dni wstawaliśmy o 5:30 na śniadanie by o 6:00 już płynąć na ryby. pierwsze piwko w tych warunkach otwiera się nierzadko przed 7-mą rano😅

Pierwsza tucunare bierze na stosunkowo łatwego do poprowadzenia, powierzchniowego pencil’a od Yo-Zuri.

Jestem dość oporny jeśli chodzi o teorie zmian klimatycznych. Zbyt często powtarzam sobie, że na przekroju dziejów świata to raptem drgnięcie. Drgnięcie, które na przekroju dziejów jednego pokolenia ciągnie za sobą niebagatelne zmiany. Nie inaczej jest w Amazonii. Pora sucha, która jeszcze 10 lat temu cyklicznie się powtarzała o tej porze roku, podobnie jak pora deszczowa praktycznie przestała występować! Według naszych przewodników klimat Amazonii w minionej dekadzie zmienił się radykalnie. Zanikł podział na porę suchą i deszczową🤯 A tegoroczny cykl okazał się wręcz zachwiany o 180 stopni!🤦🏻‍♂️ Te palmy powinny wyrastać z kompletnie odkrytych łach piachu.

I niebo o tej porze roku też nie powinno tak wyglądać 😬

Obławianie takich łach potrafiło być naprawdę rybodajne. Niestety nie zawsze i ciężko było powiedzieć o co chodziło. Raz ryby były, a raz pustynia.

Niewielki sumik czerwonoogonowy (Phractocephalus hemioliopterus), wzbudzający podziw w Brazylii pod nazwą Pirarara, złowiony przez synka jednego z naszych przewodników, który cały dzień z pokładu łodzi matki łowił piranie dla całego personelu na kolację.

Nowy dzień i wpłynięcie w niemal odciętą lagunę

Aż pachniało dobrą rybą.

Niestety, poza tą malutką ale jakże śliczną bicudką (Boulengerella cuvieri)

Ślimakoaad żółtooki (Helicolestes hamatus). jego charakterystyczny smukły dziób jest przystosowany do polowania na ślimaki wodne, głównie z rodzaju Pomacea, w zalanych lasach i innych obszarach podmokłych. Chociaż ich głównym źródłem pożywienia są ślimaki, polują również na kraby, takie jak Poppiana dentata. Siadają na niskich gałęziach, aby szukać ofiary, a następnie nurkują i chwytają ślimaki w szpony. Po złapaniu ofiary trzymają ślimaka w szponach i za pomocą haczykowatego dzioba usuwają operculum i wyciągają ciało mięczaka z muszli. Potem zawsze najpierw usuwają przewód pokarmowy ze ślimaka przed jego spożyciem. Ten egzemplarz nawet zaatakował mojego powierzchniowego popperka, którego na szczęście wypuścił bez problemu ze szponów po kilku machnięciach skrzydeł tuż po zgarnięciu go z powierzchni wody!🤯 Nawet nie chcę myśleć jaki cyrk byśmy mieli na pokładzie jakby się zahaczył. Uff…

I chyba całe to zdarzenie przyniosło mi szczęście, bo kilka rzutów później w końcu złowiłem przyzwoitą rybę. Grubas!

Jak u każdego tucunare – tuż za okiem kontrastowo pysznił się rysunek przypominający mapę archipelagów nieznanych. Rzecz bardzo indywidualna dla każdego egzemplarza tego gatunku. Ci co posmakowali, wiedzą o co chodzi. nie idzie się napatrzeć.

I hoacyn (Opisthocomus hoazin). Gatunek ten zawsze wzbudzał we mnie emocje a próby zrobienia dobrego zdjęcia wiązały się zawsze z trzęsącymi dłońmi. Na tym wyjeździe wiele się zmieniło. Mijaliśmy drzewa, na których potrafiło siedzieć 30 ptaków tego gatunku. Dziennie można było spotkać ich kilkaset. Prawdziwe hoacynowisko! U młodych tego gatunku występują pazury na skrzydłach, którymi te podpierają się podczas poruszania w koronach drzew. Z wiekiem zanika ale jest to wyraźna cecha łącząca ptaki nowożytne z kopalnymi jak Archaeopteryx.

Takie płytkie blaty tuż przy plażach potrafiły skrywać niejedną niespodziankę.

Na przykład taką oto aruanę (Osteoglossum bicirrhosum), która potrafi oddychać powietrzem atmosferycznym dzięki silnie unaczynionemu pęcherzowi pławnemu. Świetnie reaguje na mniej agresywnie prowadzone przynęty powierzchniowe i najczęściej występuje w parach, zatem gdy weźmie jedna, należy spodziewać się i drugiej.

Waldka i Maćka przewodnik pewnie nauczony od Claudio zabrał ich do innej ukrytej laguny.

Dotarcie tam nie było takie proste.

Ale się opłaciło! Najpierw Waldi dorwał Açu (Cichla temensis)

A potem poprawił tą popocą (Cichla monoculus)

Na poprzednim wyjeździe zawsze spływaliśmy około południa do matczynego statku. Tak miało być i teraz. Był czas na kąpiel, obiad i nawet krótką drzemkę. Wkrótce miało się to mocno zmienić, co miało ogromny wpływ na nasze wyniki! Jak? Poczekajcie…

Przewodnicy mieli swoje sprawdzone miejsca, gdzie bezpiecznie można było się kąpać. Nie groziły nam tam raje, piranie ani duże kajmany.

Waldek załapał się nawet na ulubione danie naszych piloteiros (przewodnicy wędkarscy na motorówkach) – pirania czerwona smażona na głębokim oleju albo pieczona na ruszcie😋

Obiad dla nas był jak zwykle treściwy, kilkudaniowy i co najważniejsze – smaczny. Lodowe desery to tam już zawsze mocne przegięcie.

Z Brazylii wraca się zawsze jak od Baby Jagi z „Jasia i Małgosi” z nieco grubszymi paluszkami🤪

Popołudniowa tura i tajemnicza woda, tuż za płycizną. Perversa w takich miejscach musi zrobić robotę.

Bingo!

U Waldka było potrójne Bingo!

Maciek też nie siedział bezczynnie.

I wieczorny spływ na zasłużony odpoczynek.

Jedni się cieszą po udanym dniu, inni martwią że kolejny dzień minął i przed nami już mniej czasu na realizację pawiookich marzeń.

Kolejnego dnia rozpoczęliśmy od obławiania takich osobliwych miejsc.

 

Na wodzie sięgającej do pół łydki, gdy tylko w pobliżu było drzewko albo choćby patyk stały arkany i brały wyśmienicie na wszytko co pracowało po powierzchni!

Ewcia wypuszczającą pawiookiego malucha

I chwila na lądzie.

Soroczki nie mieli na tej wyprawie coś szczęścia do dużych ryb, ale były momenty, że kosili rybę za rybą. Patrzenie jak potrafią pięknie rzucać to uczta dla oka.

A amazońska selwa pachniała tajemnicą.

Tajemnicą, która potrafi odgryźć połowę holowanej piranii Natterera!

Pirania Fula, jak nazywa się tu piranię kropkowną (Serrasalmus rhombeus) to największy i najniebezpieczniejszy gatunek piranii w Amazonii. Piloteiros po jej złowieniu nie pozwalają nam nawet myć rąk za burtą. A wszystkie tucunare z poobgryzanymi ogonami czy innymi płetwami zawdzięczają te rany właśnie jej!

Trzeba mieć trochę szczęścia by być w odpowiednim miejscu o odpowiedniej porze. Ataki ryb na wodzie obserwowaliśmy rzadko. Jeśli jednak nastąpiły w zasięgu rzutu, ryba była gwarantowana! Tak było z tym samcem z wyraźnym guzem na łbie oznaczającym dojrzałość płciową.

Bardzo mi zależało by Ewa doświadczyła Amazonii. oboje tu realizowaliśmy swoje wspólne marzenia.

Z resztą robiliśmy to nie tylko my. Waldek złowił swojego pierwszego wampira – pajarkę.

Tak właśnie wygląda tucunare po spotkaniu z piraniami Fula.

Waldziu – przyjaciel wszystkich guide’ów i Carlosa, który odpowiadał m.in. za każde odbijanie i przybijanie do statku matki.

Całe dwie limonki, dwie łyżeczki cukru…

I Cachaça (wódka ze sfermentowanego soku trzcinowego przypominająca w smaku tequilę ) do oporu…

i mamy takie cudo – wstrząśnięte, niemieszane!

Caipirinha potrafiła też człowiekiem nieźle wstrząsnąć a nawet zostawić nieco zmieszanym🤪 Szczególnie jeśli dzięki pokładowemu, szybkiemu wi-fi (strlink) przeczytało się jakie w Polsce panowały temperatury. Różnice do naszych sięgały 50 stopni!😱

Przewodnicy co kilka dni ruszali też nocą na polowanie. Tu „wujek” Dawid z ubitym kajmanem😅

A po co?

A po to🤓

Kolejny dzień, kolejne śniadanie.

Uwierzcie, bądź nie ale odbicie wszystkich dziewięciu motorówek od głównego statku zabierało mniej niż 10 minut. Chwilę później wszyscy grzaliśmy w różne odcinki naszej rzeki, jej dopływ i ukryte laguny.

Dotarcie na łowisko z reguły zabierało 20-30minut ale bywało, że płynęło się i godzinę!

Nastroje panowały przynajmniej bojowe!

Poranki w Amazonii są z reguły tak spokojne, że aż wstyd mącić taką harmonię rykiem naszych silników. Rodziny kabokli śpiące jeszcze w rozwieszonych hamakach na swych łodziach nie miały z nami łatwo.

No ale rybka sama się nie złowi!

Charakteryzująca się trzema okrągłymi oczkami na boku ciała borboleta (Cichla orinocensis) – mniejszy gatunek tucunare zamieszkujący tylko czyste i herbaciane wody Amazonii.

Spalony las.

W końcu odwiedziliśmy z Ewą mijaną niemal każdego dnia tubylczą wioskę

Każda szanująca się czarownica musi mieć porządną miotłę! Ewcia w końcu znalazła właściwą😜 I to wraz z materiałem, z którego się ją wytwarza.

Znalazła też koleżanki🙂

I pupilki grzejące się w popiele z paleniska!

Gospodarze chaty zaprezentowali też jak wygląda jedno z największych dobrodziejstwa amazońskiej selwy. Znana w Amazonii pod nazwą Açai, euterpa warzywna Szczyty pędu oraz młode części kwiatostanu są spożywane jako jarzyna, niekiedy używane do wyrobu przetworów marynowanych lub solonych. Owoce podobne z wyglądu do winogron, lecz mniejsze – zawierają pojedynczą dużą pestkę (7–10 mm średnicy) i bardzo niewiele miąższu. Drzewo rodzi je dwa razy rocznie w kilku, a nawet kilkunastu gronach, zawierających od 500 do 900 jagód. Miąższ jest wykorzystywany w tradycyjnej kuchni brazylijskiej. W Amazoni jest wręcz podstawą diety mieszkańców dżungli, stanowiąc wagowo do 42% ogółu pożywienia.bW położonym na północy stanie Pará miąższ jest zwykle podawany z tapioką i – w zależności od regionu – solony bądź słodzony cukrem lub miodem (sam nie jest słodki, posiada jednak wyróżniający te owoce aromat). W południowej Brazylii spożywa się go na zimno, najczęściej z granolą, a potrawa ta nosi nazwę „açaí na tigela”. Wykorzystuje się miąższ również do produkcji lodów i napojów. Sok wyciśnięty z miąższu używany jest również do produkcji napojów alkoholowych.

Ludzie żyją tam bardzo prosto i ubogo.

Olbrzymie, największe jakie widziałem tipiti, czyli plecione z liści palmowych narzędzie do wyciskania trującego soku z manioku. Bulwy manioku stanowią ważny element diety ludności krajów tropikalnych. Zawierają 20–40% skrobi, do 5% cukru i do 2% białka. W stanie surowym są trujące, ponieważ zawierają dużo glikozydów cyjanogennych (>500 mg w 100 g), które łatwo przechodzą w silnie trujący kwas pruski. Właściwości trujące giną po odpowiedniej obróbce bulw: wymoczeniu w wodzie przez 24 godziny czy odpowiednim wypłukaniu, ugotowaniu, upieczeniu lub wysuszeniu. Wówczas bulwy manioku mogą być spożywane bezpośrednio lub w różny sposób przyrządzane. W Ameryce Południowej najczęściej bulwy po obraniu są ucierane na tarkach, po czym odciskany jest z nich trujący sok. Wyciśniętą masę suszy się, po czym wyrabiana jest z niej mąka (kassawa), służąca m.in. do wypieku chleba, czy tapioki – produkt skrobiowy w postaci mąki czy granulatu.

Aparat (nie telefon) zawsze robi sporo zamieszania w małych, odizolowanych od nowoczesnego świata społecznościach. Czy to w Mongolii, Nepalu, na Madagaskarze, czy w Amazonii właśnie. Dziwne, bo jest symbolem bariery jak wiele może dzielić osobę fotografowaną od fotografującej. A jednak zbliża i te bariery z reguły przełamuje! 🥰

W wiosce tej rosły olbrzymie mangowce, w których koronach swą kolonię założyły kacykowce żółtosterne (Cacicus cela). Tu samiec z błękitnymi tęczówkami (samice mają szare).

Kacykowiec żółtosterny żyje w koloniach od 2 do nawet 250 gniazd, samce są poliginiczne (rodzaj poligamii u ludzi, w tym przypadku u ptaków). Samice budują wiszące gniazda często w sąsiedztwie gniazd os z podrodziny Polistinae, które zapewniają dodatkową ochronę przed drapieżnymi ssakami i gadami. Samce nie uczestniczą w budowie gniazda, wysiadywaniu jaj i karmieniu piskląt. Najbardziej dominujące osobniki łączą się z wieloma samicami (od 1 do 27), natomiast te mniej dominujące spełniają w kolonii inne zadanie, bronią kolonię przed drapieżnikami. Kolonie kacykowca żółtosternego są narażone na drapieżnictwo ze strony m.in. kapucynek czubatych, kapucynek białoczelnych, sajmiri wiewórczych, tukanów czerwonodziobych, karakar czarnych, urubiting czarnych i kilku gatunków węży. Gniazda są także atakowane przez starzyka wielkiego.

Gniazda budowane są wyłącznie przez samice w formie wiszącego worka w ciasnych skupiskach zazwyczaj 20–200 w kolonii. Kolonia obejmuje jedno lub dwa drzewa. Budowa gniazda zajmuje od 8 do 20 dni. W lęgu samica składa 2 jasnoniebieskie lub białe jaja z ciemnymi plamami, każde o masie 5–6 g. Inkubacja rozpoczyna się z chwilą złożenia drugiego jaja i trwa 13–15 dni. Po wykluciu pisklęta są karmione wyłącznie przez samicę, opuszczają gniazdo po około 25 dniach. Nie wiem czy ten samiec z gałązką chciał pomóc samicy?! Coś mu się najwyraźniej pomyliło! Zdarza się – ja też czasem chwycę za odkurzacz albo niechcący stanę przy zlewie👻🤡

Bariera językowa bywa fatalna ale Brazylijczycy są niezwykle pogodni i chętni do komunikacji nie tylko werbalnej.

Rzeki w selwie (amazońskiej „dżungli”) służą za drogi i autostrady. Łodzie i statki to jedyne niepowietrzne pojazdy.

Na niektórych kabokle żyją. Są to pływające domy. Z kuchniami, podwieszanymi wieczorami hamakami, zielnikami.

Nasz choler na motorówce jest codziennie uzupełniany nie tylko w piwo i wodę ale wszelkiej maści słodkie napoje gazowane (w tym guaranę) – to zawsze miły towar na przełamanie pierwszych lodów😉

Kiedy my uskutecznialiśmy wycieczki, na innych łódkach chłopaki nie odpuszczały.

U nas jedyna sensowna ryba tego dnia to ta. Dobrze, że chociaż na poppera.

Mam za małe doświadczenie by wiedzieć jak pełnia księżyca wpływa na brania tucunare. Dobitnie tej nocy jednak przypominała o legendzie indian Mawé.

Przewodnicy złapali znacznie większego i jakże pięknego kajmana czarnego (Melanosuchus niger)

Kiedyś damy nosiły futra i szale z lisich ogonów, dziś wybierają lateksy i ogony kajmanów 👻

Żeby tak sobie trzymać taką gadzinę trzeba mieć refleks jak cholera! Spokojnie – wyrobiłem go sobie dawno w domu. Gadzina z resztą też👻🤪

Kolejny dzień = kolejne amazońskie spotkania. Papug w Brazylii spotykaliśmy codziennie setki, jednak spotkanie z arami jest zawsze najosobliwsze. Tu przyglądająca się nam ara żółtoskrzydła (Ara macao). Ze zbiorowych noclegowisk (Dawid z Jankiem widzieli takie, któregoś dnia o świcie – ok 30 sztuk!) rozlatują się o świcie na żerowiska, skąd wracają o zachodzie, lecąc blisko siebie, w parach albo większych zwartych grupach. Co fajne to zawsze głośno skrzeczą (wręcz drą papy okrutnie!) więc łatwo je zlokalizować.

Wraz z naszym piloteiro wpłynęliśmy głęboko w wąską odnogę. Ciągnęła się kilometrami a za każdym zakrętem pod powierzchnią widzieliśmy jak chodzą ryby. Grzbietami wywoływały falowanie i były bardzo aktywne. Ewcia niestety straciła kilka, za którymi guide nurkował bo niezatrzymane poszły w zwalone gałęzie aż w końcu na jednym z zakrętów tuż przed łodzią nastąpiła eksplozja goniących ryb. Bezbłędny rzut popperem dał natychmiastowe, atomowe branie.

W końcu wylądowałem swojego pierwszego 70-taka!

Długo kazał na siebie czekać ale się w końcu udało.

Wszystkiemu przyglądały się niezdarne hoacyny.

Było jeszcze kilka innych średniaków.

Miast średniaków jednak lepsza cyknięta ara zwyczajna (Ara ararauna) z łuskanym sporym orzechem.

Czajka obrożna (Hoploxypterus cayanus), zwana też siewką żałobną. Nazwa cayanus pochodzi od Kajenny – stolicy Gujany Francuskiej. Przysmakiem tego niepozornego ptaszka są… skorpiony!

Zauważyliśmy, że powroty na lunch na statek matkę są owszem bardzo przyjemne ale zabierają zbyt wiele czasu a piloteiros nie odpływają zbyt daleko. Po ogłoszonej decyzji, że danego dnia nie wracamy aż im się gęby śmiały – od razu widzieliśmy że na łowiska odpływaliśmy znacznie dalej i coraz częściej mieliśmy przebijać się do ukrytych lagun (osiągalnych tylko przy wyższym stanie wody. Także nie ma tego złego co na dobre by nie wyszło!), co też zabiera sporo wysiłku i czasu, który trzeba po prostu mieć. A przerwa zawsze była związana z rozwieszonymi przez piloteiro hamakami i pełnym popasem. Nie musieliśmy robić nic! No dobra – samemu trzeba było przynieść sobie piwo z coolera i je nawet otworzyć!👻

Niektóre miejsca, które były idealne na takie postoje były powszechnie znane na rzece i wielokrotnie znajdywaliśmy tam ślady po poprzednikach, jak na przykład nadpalone skorupy żółwi, jak ta. Widzicie tu skorupę największego na świecie słodkowodnego żółwia z podrzędu bokoszyjnych – Arrau (Podocnemis expansa). To endemit dorzeczy Amazonii i Orinoko. Może ważyć 90kg! Kupa mięsa w metrowym karapaksie i to jest zgubne dla tego gatunku.

W krzakach znalazłem kwitnące helikonie papuzie (Heliconia psittacorum). Fantastyczna ta selwa! W lesie osobliwe rośliny, w rzece wielkie ryby i delfiny, w mniejszych strumieniach rybki akwariowe, na niebie obłędnie kolorowe ptaki. Niestety dwukrotnie widziane kolibry podobnie jak wielkie i piękne motyle morpho były zbyt szybkie na zrobienie udanego zdjęcia.

Kiedy my leniliśmy się w hamakach albo szwendaliśmy po krzakach, piloteido szykował posiłek.

Dzika, zdrowa i świeża ryba, do tego zawsze pyszna sałatka i sypka kasawa

Na innym starym palenisku znaleźliśmy skorupy po innych pożartych żółwiach – tracajá (Podocnemis unifilis). Żółwie to naprawdę znaczący składnik diety nadamazońskich społeczności.

Z resztą nie tylko my mieliśmy taki popas. Na jednej z odizolowanych lagun spotkali się koledzy…

Po zaspokojeniu głodu rybami i krótkiej drzemce wszyscy ruszyli w kolejne ukryte laguny.

Astrocaryum jauari – kolczasta ale z jadalnymi owocami i rdzeniem, zwanym sercem palmy. Za zaczepioną przynętą piloteiros nurkowali w wodzie pełnej piranii (chyba że w okolicy ktoś złowił piranie Fula) i wspinali się na drzewa (chyba, że ktoś wrzucił w ich gęstwinę).

Rok wcześniej z Marcinem Drągiem uratowaliśmy zaplątanego w wędkarską plecionkę pingwina na Falklandach, tym razem padło na hoacyna. Gatunek ten posiada wyjątkowy w świecie ptaków układ trawienny – pokarm roślinny jest rozkładany w wolu dzięki fermentacji bakteryjnej, podobnie jak u przeżuwaczy. Zdolność ta ma sprawiać, że wokół tych ptaków panuje bardzo przykra woń. Nie wiem czy to mit, czy ten biedak podczas szamotaniny zdołał pozbyć się „balastu” z wola ale nie śmierdział nic a nic. Oprócz sposobu trawienia hoacyna wyróżnia także fakt, że liście stanowią większość jego pożywienia. Wśród ptaków rzadko się to zdarza, ponieważ liście są pożywieniem ubogim w składniki odżywcze, trudnym do przetrawienia, dużym w stosunku do ptaka, a niekiedy zawierają substancje mogące zniechęcić zwierzę do zjedzenia; zjadanie liści spotykane jest także powszechnie u blaszkodziobych, takahe, niektórych grzebiących i kakapo. Hoacyn zjada liście ponad 45 gatunków roślin.

Ponieważ ptak był mocno osłabiony i nie był w stanie poruszać się o własnych siłach a w składzie mieliśmy dwóch weterynarzy, Ewa zdecydowała, że hoacyn płynie z nami. Niestety – pomocy nie doczekał. Ale jego pióra posłużyły muszkarzom!👻

Mateusz z Markiem na tle amazońskiej selwy.

Na jednej z rzecznych łach spotkaliśmy inny osobliwy gatunek ptaka – warzęchę różową (Platalea jaja). To rodzina ibisów

Kawałek dalej było ich więcej i nie przeszkadzało im towarzystwo brzytwodziobów (dorosłego z młodym).

Nowy dzień = nowe hoacyny

Było ich naprawdę sporo.

Dławigady amerykańskie (Mycteria americana) – to jedyny rodzimy bocian występujący w Ameryce Północnej. W Południowej zdecydowanie bardziej powszechny.

Kleszczojad gładkodzioby (Crotophaga ani), poza ich dziwnym wyglądem inną ciekawostką jest, że często budują gniazdo w kilka par i potem składają do niego jaja wszystkie budujące samice i również one wykarmiają wszystkie wyklute pisklęta.

Dzięcioł szkarłatnoczuby (Campephilus melanoleucos)

Z naszym piloteido odwiedziliśmy wąską odnogę z dnia poprzedniego, gdzie złowiłem poprzedniego dnia 70-taka. Niestety ryby były znacznie mniej aktywne. Ale ten dzień okazał się Ewy dniem!😎

Złowiła też niewielką trahirę (Hoplias malabaricus) – te wsytępowały punktowo, ale jak już się je namierzyło to praktycznie się nie kończyły i brały niemal w każdym rzucie!

Po drodze do kolejnej ukrytej laguny spotkaliśmy lokalnego rybaka.

Pod workami miał kilka piranii Fula.

Po tym spotkaniu jakoś mniej chętnie mi się pomagało w przeciąganiu łodzi😅

No i stało się – Ewa dopadła swojego luja!💪👏

Luja z mapą archipelagu nieznanego🙃

65cm pawiookiej furii.

 

Piękna, piękna ryba! Spełniła marzenie nas obojga!

Po takim sukcesie odpoczynek w ciemnym, zacienionym lesie był jak najbardziej zasłużony.

Złowione piranie też smakowały wybornie.

Potem przyszło nam przedzierać się do dalszej laguny

Tam Ewka, po fenomenalnym holu, kiedy to musiała przetargach rybę przez zwalony pień wyciąga kolejną dobrą rybę👏

 

Jak każde złowione przez nas tucunare, tak i to oczywiście wróciło do wody. Według piloteiro, ryby te nie zmieniają miejsca pobytu. Jeśli mieszkały pod jakimś konarem – dalej tam będą mieszkać. Są do znudzenia terytorialne. Może dlatego piloteiros znają tak świetnie rybodajne miejscówki w tym ogromie herbacianej wody.

Co ciekawe to po wypuszczeniu Ewy ryby, wykonałem rzut dokładnie pod to samo drzewo ale po drugiej jego stronie, by nie ryzykować targania ryby nad nim i złowiłem drugą rybę!

Jak kiedyś tam zawitacie to jest to miejsce. Nie dziękujcie😅🤪

I dalej, ku kolejnej lagunie. Byliśmy na prawdziwym ich systemie połączonym wąską rzeczką pełną zwalonych drzew. Trudne do przedzierania ale jakże pachnące prawdziwą przygodą!☝️

A w wodzie skalary i inne rybki akwariowe i… raje! Czasem gdzieś zerwała się zabłąkana arapaima!

Czasem wysoko nad głową oczy uradowały piękne orchidee Cattleya wallisii zwane „eldorado”, które niegdyś zdołały oczarować samego Arkadego Fiedlera.

Kajman w lagunie to pół biedy. Gorzej jeśli spotka się ariranie, czyli wydry olbrzymie albo delfiny – te dopiero potrafią zrobić prawdziwe spustoszenie w ichtiofaunie laguny.

Brzytwodzioby amerykańskie (Rynchops niger).

Na kolację piranie Fula

Kucharki najwyraźniej miały do nas więcej zaufania niż te przed dwoma laty, które odcinały szczęki podawanym piraniom by mieszczuchy się nie skaleczyły😅

Na ostatni dzień łowienia z Ewą nasz piloteiro zostawił lagunę właściwą.

Niestety dawno nikt w nią nie wpływał, więc natrafiliśmy na niespodziankę.

Dron po raz kolejny miał pomóc i po prostu sprawdzić czy jest sens się szarpać i dalej nie jest tylko gorzej.

Nie było😅