Irian Jaya 2014 - Barra bum, mangrowy szum

Papua. Nowa Gwinea. Irian Jaya. Druga co do wielkości wyspa świata, skąpana w wiecznej mgle.
Na mapie przypomina prehistorycznego ptaka zrywającego się do lotu z Australii albo gumowego kurczaka z kabaretowych skeczy."

Moja wiedza o tej wyspie zdobywana od wczesnego dzieciństwa za sprawą "Tomka wśród łowców głów" i ugruntowana w okresie dojrzewania kiedy to poszukując "przewodnika" dla poznania- póki co czysto teoretyczne- wiadomych technik na półkach gimnazjalnej biblioteki natrafiłem monument Bronisława Malinowskiego "Życie seksualne dzikich", miała niewiele wspólnego z obrazem rzeczywistym. Cóż mogę jedynie powiedzieć z dumą: dobrze, że w ogóle wiedziałem o jej istnieniu. W mojej ojczyźnie na pytanie gdzie leży Papua większość i to tych bardziej wyedukowanych obywateli bez wahania wskazuje na mapie Tasmanię, ta mniej wykształcona zaś reaguje śmiechem, podobnie zresztą jak na większość zadawanych pytań. Nie oznacza to jednak wcale, że jesteśmy krainą ludzi radosnych- w przeciwieństwie do Papuasów (choć znając zamiłowanie tych ostatnich do pieczenia i konsumowania kończyn swych niewygodnych sąsiadów trzeba przyznać, że jest to specyficzne poczucie humoru). Ale do rzeczy.
Już z samych tytułów wspomnianych dzieł literackich można wysnuć wniosek, że jest to kraina przemocy i sexu więc z pewnością stanowi idealne miejsce dla rekruta legii cudzoziemskiej lub psychopatycznego, nowojorskiego taksówkarza- ale czego może tam szukać farmaceuta rozczytany wieczorami w poezji Trakla i Holderlina?
Barry! Barramundi!
Barramundi (Lates calcarifer) ryba z rzędu okoniokształtnych. W naturze występuje w Północnej Australii, Azji Południowo-Wschodniej (Goa, Sri Lanka) i właśnie na Papui Nowej Gwinei, gdzie jej populacja jest najmniej przetrzebiona.
Jest obojnakiem. Rodzi się jako samiec, potem po około 4-5 latach zmienia płeć przypominając tym zwyczajem coraz to liczniejszych mieszkańców rzymskiej dzielnicy Valle Giulia, z którymi w żaden sposób nie jest spokrewniona.
Jest natomiast blisko spokrewniona z afrykańskim okoniem nilowym. Obie ryby są tak podobne do siebie, że trudno je od siebie odróżnić. Zobaczcie sami:
okoń nilowy


barramundi


Dorasta do zacnych rozmiarów, największa złowiona na wędkę o jakiej słyszałem to ryba o wadze 44,64 kg pokonana w jeziorze Monduran w Australii.
Nazwa barramundi pochodzi z języka rdzennych mieszkańców Australii gdzie oznacza: "wielkołuską, srebrną rybę".
Aborygeńska legenda mówi, że dawno, dawno temu żyła para kochanków Bood i Yalima. Jak bywa z kochankami w legendach bardzo chcieli się pobrać ale starszyzna wioski była temu przeciwna ponieważ Yalima była przeznaczona starszemu kacykowi, którym miała się opiekować. Młodzi kochankowie postanowili uciec ściągając na siebie gniew wioski. W pogoń za nimi ruszyli wojownicy. Boodi i Yamili dobiegli to wysokiej nadmorskiej skarpy, gdzie zostali otoczeni przez wojowników i przebici włóczniami. Trzymając się za ręce runęli w przepaść , wprost w objęcia oceanu. Tam bogowie zamienili ich w srebrne, wielkołuskie ryby i pozwolili ukryć się w korzeniach namorzynów. Włócznie, którymi zostali przebici zamieniły się zaś w ostre kolce w grzbietowej płetwie- barramundi.


Lot na Papuę jest długi, bardzo długi więc aby nie umordować się nadto robimy sobie dzienną, międzylotową przerwę w Dżakarcie.
Dżakarta jest wiecznie zakorkowanym, wielomilionowym miastem cuchnącym benzyną, mułem, rozkładającymi się śmieciami. Przewodniki podają, że jedną z największych atrakcji stolicy Indonezji jest stary port Sunda Kelapa. W porcie stoją zacumowane drewniane statki z wygiętymi do góry dziobami.


- Jeżeli to jest największa atrakcja stolicy to lepiej od razu odpuśćmy zwiedzanie i wracajmy do hotelu albo poszukajmy jakiegoś baru. Szukamy baru, błąkając się po tym smutnym jak...mieście.
















Wracamy do hotelu


gdzie mamy darmowe WiFi


z którego korzystamy wysyłając do przyjaciół, którzy przyjadą po nas ostatnie cenne rady dotyczące wyprawy


Bintang może wybitnym piwem nie jest ale pozostałe w ogóle nie nadają się do wypicia


Nazajutrz lądujemy w Timice, w stolicy papuaskiej prowincji Mimika. Miasto otoczone dżunglą z którego wychodzą tylko dwie drogi- jedna w kierunku Morza Arufara, do portu w Pomako i druga 60 km w głąb lądu do największej, odkrywkowej kopalni złota na świecie, w kierunku jednego ze szczytów "Korony Ziemi"- Piramidy Carstensz (najwyższa góra Austaralii i całej Oceanii, mierząca 4884m, leżąca w Górach Śnieżnych).
Nim pojedziemy do Pomako i odbijemy od brzegu by ruszyć na spotkanie z barrą jeszcze w samolocie planujemy wynająć auto i dojechać jak najbliżej Piramidy.
Rozłożyłem mapę i palcem pokazałem współtowarzyszom drogę, która doprowadzi nas jak najbliżej Piramidy. Siedzący obok amerykański inżynier, wracający z urlopu do pracy w kopalnii, domyślając się naszych planów zapytał:
- Chcecie jechać tą drogą?
- Jasne, chcemy zobaczyć śnieg na równiku
- A macie kamizelki kuloodporne?
- Jak to?
- Nie jesteśmy tu mile widziani. Tą drogą poruszamy się tylko w konwojach w obstawie uzbrojonych ochroniarzy. Bywa sporo napadów, zginęło już wielu ludzi.
Miasto też nie należy do najbezpieczniejszych, najlepiej po zmroku nie ruszajcie się z hotelu. Dopiero niedawno zniesiono godzinę policyjną.
Welcome to Papua.


Kopalnia odkrywkowa Freeport jest największą kopalnią złota na świecie i drugą co do wielkości miedzi. Z jednej strony generuje kolosalne zyski dla spółki, akcjonariuszy i rządu Indonezji z drugiej zaś stanowi zmorę iutrapienie miejscowej, papuaskiej ludności i złośliwy nowotwór dla otaczającej przyrody. Historia kopalni rozpoczęła się dość niewinnie- holenderską ekspedycją na lodowiec Jayawijaya w 1936 roku, która odkryła tam złoża miedzi, kopalnia rozpoczęła działalność dopiero 1972 roku. Obecnie Freeport jest największym podatnikiem Indonezji ( ponad 1 miliard dolarów rocznie). Obraz kopalni i jej otoczenia z lotu ptaka przypomina pejzaż po wojnie nuklearnej. Wylesiona, szara pustynia pośród równikowej dżungli. Odpady wyrzucane bezpośrednio do rzeki Agabagong spływają do rzeki Akiwa i dalej bezpośrednio do morza Arufara. Osadzanie sie odpadów kopalnianych spowodowało ogromna powódź 1991 roku, która zniszczyła wielkie obszary mangrowego lasu i podtopiła miasto Timikę oddaloną od kopalni o 70 km. Również składowanie odpadów w jeziorze Wanagong spowodowało kolejne powodzie, w których śmierć poniosło wielu pracowników firmy. Podczas gdy lwia część zysków wypompowywana jest do Jackarty i USA miejscowa ludność nie ma żadnych korzyści, nie chodzi tylko o udziały czy podatki, ale również ludność ta nie znajduje zatrudnienia w kopalni.


Zrozumiałe niezadowolenie miejscowej społeczności doprowadziło do wielu demonstracji a te do starć z władzami. 1993 i w 1997 roku zginęło ponad 200 cywilnych osób, wiele zaginłeo bez śladu, wobec licznych stosowano tortury, zastraszanie, nękanie. wielu Papuasów straciło swoje grunty bez zadnej rekompensaty tracąc środki do zycia, wielu zostało przesiedlonych bez zgody, zniszczono wiele miejsc rytualnych. Obecnie obserwuje się kolejny problem- odpady kopalniane składowane na ogromnej powierzchni zawierają w swoim składzie jeszcze ok 5% nie wyekstrahowanego złota. Miejscowe gangi próbują na własną rękę odzyskać resztki cennego kruszcu - oczywiście z pomocą rteci podobnie jakw Amazoni ( Rio Paragua) czy Mongolii ( Chuulut, Orchon), któres spora częśc przedostaje się do środowiska, do rzek, jezior i morza Arufara. Na pochybel Kopalni!

Grzebiąc w tablecie, wpisując hasło Timika pierwsze zdjęcie jakie zobaczyłem z tego miasta


Nie napawało to optymizmem. Okazało się, że zupełnie niedawno zniesiono godzinę policyjną.

Z wiadomych względów zrezygnowaliśmy z wyprawy w góry Snieżne i po nocy spędzonej w przytulnym hoteliku bladym świtem ruszyliśmy z naszym francuskim przewodnikiem Olivierem w kierunku portu Pomako.


Widoki z okna samochodu nie należały do przyjemnych, wzdłóż drogi kilometrami ciągnęły się ludzkie osady, stanowiące wyraz nędzy i rozpaczy, hybotliwe domki na palach, zbudowane ze śmieci: desek, plastikowych skrzyń, części wraków samochodów i królującej blachy falistej.


Domki stały na wodzie, która przy odpływie ustępowała miejsca cuchnącemu mułowi.


Wszelkie domowe nieczystości, ekstrementy, śmieci opuszczały bardaszki przez dziurę w podłodze. Liczono, że przypływ zabierze je jak najdalej i rzeczywiście zabierał przynosząc inne pochodzące z bardziej oddalonych, podobnych domostw. Smród oraz roje much i komarów uzupełniały pejzaż.


Architektura portu również konsekwentnie była utrzymana w podobnym stylu.


Portowy gwar złożony z wrzasków rybitw żerujących na spuchniętej psiej, świńskiej i rybiej padlinie oraz żebrzące pokrzykiwania obdartych, czerwonozębnych od ciągłego żucia betelu miejscowych lumpasów nie pozwalał zebrać myśli.


Pospiesznie z aut przeżuciliśmy cały nasz wyprawowy ekwipunek na łodzie


i czym prędzej odbiliśmy od brzegu.


Płyniemy w kierunku Parku Narodowego Lorentza, w ujście rzeki gdzie mamy rozbić pierwszy obóz.

Park Narodowy Lorentza jest największym obszarem chronionym w Azji Południowo-wschodniej. Jego przekrój systemów "od gór do morza" jest jedyny na świecie- począwszy od wiecznych śniegów, poprzez szerokie połacie zabagnionych nizin do tropikalnego środowiska morskiego. Obszar parku położony jest w miejscu styku dwóch płyt kontynentalnych. Rozciąga się na długości 150 km od centrum kordyliery w górach Irian Jaya do Morza Arufara. Występują tu aż 123 gatunki ssaków w tym wiele endemicznych. Warto wspomnieć o kangurze drzewnym dingiso- czarny z białym brzuszkiem przypomina bardziej misia koalę niż kangura. Odkryty został dopiero w 1994 roku a po raz pierwszy sfilmowany przez telewizję BBC w 2009 roku po 11 dniach poszukiwań z pomocą plemienia Moni, dla którego zwierzę jest święte, w ich języku jego nazwa- bondegezou oznacza "zakazane zwierzę". Uważają go za swojego przodka.


Innym ciekawym stworem jest prakolczatka będąca największym stekowcem świata, trzykrotnie większym od swojej australijskiej kuzynki.
W lasach dają się słyszeć trele rajskich ptaków a słonawych wód estuariów strzeże krokodyl różańcowy, największy przedstawiciel tej krwiożerczej rodziny.


Tereny te nie są bezludne, od 24 000 lat zamieszkuje je 7 grup etnicznych między innymi: wspomniane plemię Moni, Komoro, Sempan czy legendarni łowcy głów- Asmaci.
Plemię Moni przed misjonarzami, którzy przybyli w XX wieku na ich ziemie nigdy wcześniej nie widzieli białego człowieka mimo to od wieków w ich kulturze krążyła legenda o białych ludziach- duchach, którzy przybędą niewiadomo skąd pewnego dnia i nauczą ich plemienia jak żyć wiecznie.
Asmaci słynni z budowy swoich nadrzewnych domostw, zawieszonych nawet 25 metrów nad ziemią oraz ludożerskich praktyk znacznie wcześniej skrzyżowali swe drogi z białymi ludźmi. Po raz pierwszy widziani byli przez holenderskiego przedsiębiorcę Jana Carstenesz w 1623 roku. Następnie w 1770 roku James Cook wylądował na ich ziemiach, napotkał grupę wojowników i się wycofał. W 1826 roku holenderski podróżnik Kolff również wylądował w tym samym miejscu co Cook i historia się powtórzyła, napotkał wrogo nastawionych autochtonów i czmychnął uwalniając Asmatów od przykrego widoku bladolicych na najbliższe 100 lat. W 1953 roku Zagwaard założył misję chrześcijańską wśród Asmatów. Początkowo nowa religia cieszyła się uznaniem , padła na podatny grunt, zwłaszcza obrządek spożywania ciała Chrystusa na odpuszczenie grzechów dla zagorzałych ludożerców okazał się w pełni zrozumiały.

Jako, że Chrystus obecny był we wszystkich białych każdy z nich nadawał się do "oduszczenia grzechów". W 1961 roku Michael C. Rockefeler podczas prowadzenia prac kolekcjonerskich został skonsumowany przez mieszkańców wioski Otsjanep.
Od tej daty upłynęło kilka lat- czy w związku z tym kanibalizm odszedł na dobre do lamusa? Ależ skąd.
W 2012 roku, nie u Asmatów co prawda ale w sąsiednim plemieniu zostało aresztowanych 29 kanibali, którzy zabijali i zjadali ludzi twierdząc, że pozbywają się złych czarowników. 7 czarowników, którzy za swoje usługi wypędzania złych duchów zażądało zapłaty w postaci usług seksualnych z żonami i córkami społeczności zostało skonsumowanych w okolicach Madang.
Asmaci są też wprawnymi rękodzielnikami. wierzą, że ludzie pochodzą z drzew, z drewna rzeźbią unikatowe postacie ludzkie. Ich dzieła można oglądać nowojorskim Metropolitan Museum of Art czy w Tropenmuseum w Amsterdamie. Zdolni artyści a jednocześnie psychopaci pożerający mózgi swoich ofiar- taki odpowiednik Niemców w Europie (Mondscheinsonate cis-moll nr 14 i Holocaust).

Po kilku godzinach płynięcia dostrzegamy pierwszą osadę, Olivier mówi, że musimy poprosić starszyznę wioski o pozwolenie na rozbicie obozu w ujściu rzeki.
Płynąc w kierunku wioski usłyszeliśmy nagle dziwny, przerażający dźwięk, zwielokrotnione: UUUUUUUUU a już po chwili zostaliśmy otoczeni przez czółna wojowników w pióropuszach z piór kazuarów, pomalowanych na biało i uzbrojonych w łuki. Muszę przyznać, że nieco się wystraszyłem choć trudno było mi sobie wyobrazić, że zaraz ktoś odetnie mi stopy i ulubione, górne kończyny po czym wrzuci je do wrzącej, lekko osolonej wody. Póki co więc sięgnąłem po aparat i zacząłem robić zdjęcia.






Wojownicy kiedy tylko zobaczyli nasze niepewne miny wybuchnęli śmiechem, odłożyli łuki i zapytali czy mamy papierosy. Najstarszy z wojowników powiedział, że z daleka dostrzegli a raczej usłyszeli silniki naszych łodzi i postanowili zrobić nam kawał, pośpiesznie zrzucili t-sherty i bejsbolówki zastępując je pióropuszami i trawiastymi spódnicami, pomalowali ciała na biało papką ze zmielonych muszli i wydając wojownicze okrzyki ruszyli nam na spotkanie.









Ciekawe czy kokieteryjny czarny biustonosz został założony pomyłkowo w wyniku wspomnianego pośpiechu czy też wraz z innymi zdobyczami cywilizacyjnymi dotarła i tu ideologia gender natrafiając na podatny grunt




Pogratulowaliśmy poczucia humoru i udaliśmy się do wioski gdzie otrzymaliśmy stosowne pozwolenia.


Podczas gdy nasi przewodnicy z pomocą miejscowych zajęli się budową obozu






my ruszyliśmy na pierwszy, wieczorny rekonesans wędkarski.






Im płynęliśmy dalej w górę rzeki tym woda stawała się czystsza i bardziej przezroczysta a przybrzeżne haszczowisko ustępowało miejsca dostojnej, mangrowej dżungli.




Już w pierwszej miejscówce spod zwalonego drzewa Tomek wyciąga całkiem przyzwoitą, pierwszą barramundi wyprawy.

Niestety nasza radość powoli gaśnie z każdą dziesiątką wykonywanych bezowocnych rzutów. Po dwóch godzinach doławiamy jedynie sumka lele i kilka mangrowych jacków



i jakieś akwariowe dziwadła




Postanawiamy porzucić rzekę i spróbować szczęścia łowiąc w morzu bezpośrednio z plaży.


- Siedzi- wymowny okrzyk Rafała sprawia, że odwracam głowę w jego stronę i widzę wędkę wygiętą w pałąk do granic wytrzymałości. Od razu czuć, że to coś wielkiego.

Po chwili wszyscy stoimy za plecami szczęśliwca kibicując i zasypując "dobrymi radami" w stylu: popuść hamulec, poluzuj, pompuj...
Jakież było nasze zdziwienie kiedy po mozolnym holu wreszcie na plaży pojawił się ogromny, wkurzony żółwiak, który przy próbie wyhaczenia woblera tak hapnął pyskiem, że gdyby Rafał w porę nie odskoczył i błyskawicznie nie cofnął ręki z pewnością pożegnał by się z kilkoma cennymi paluszkami.



I tyle. Tego dnia więcej kontaktów nie mieliśmy - nawet z żółwiami.
- Może jutro będzie lepiej? - złudne nadzieje. Nazajutrz przez kilka godzin biczowania rzeki złowiłem capitana



dwa mangrowe jacki, sumka lele i co prawda zerwałem dwie spore barramundi, jedną tracąc wraz z woblerem zaraz po tym jak wpłynęła w namorzynowe korzenie i przetarła 30 funtową plecionkę ale ostatecznie nie wyciągnąłem żadnej podobnie z resztą jak pozostali uczestnicy wyprawy. Na osłodę dane nam było zobaczyć przelatujące nad naszymi głowami białe kakadu. To piękne i rzadkie ptaki. Są rekordzistkami w ilości wydawanych decybeli wśród ptaków, zaniepokojone mogę wydawać odgłosy rzędu 135 decybeli a więc niewiele ciszej niż Jumbo-Jet.
Gdy my zajęci byliśmy wędkowaniem nasi przewodnicy nazbierali na plaży cały worek krabów




z których kucharz sporządził smakowitą kolację, podczas której rozmawialiśmy z Olivierem o przyczynach naszego łowieckiego niepowodzenia


- To kwestia pływów, mają one kolosalne znaczenie.- Jako, że moją największą pasją jest łowienie pstrągów w górskich rzekach gdzie znaczenie pływów nie ma żadnego znaczenia moją wiedza o pływach zamyka się w stwierdzeniu, że są i , że mają coś wspólnego z siłami grawitacyjnymi księżyca i słońca.
- Jeśli księżyc jest najdalej od Ziemi, ma swoje apogeum, natomiast jeśli jest bliżej Ziemi ma perygeum. Najwyższe wartości pływów wód morskich występują wtedy, gdy Słońce i Księżyc znajdą się w jednej linii z Ziemią i w dodatku mają swoje perygeum czyli są stosunkowo blisko Ziemi. Takie pływy nazywane są pływami syzygijnymi. Istnieje również zjawisko podniesienia się poziomu wód, ze względu na samo przyciąganie naszej planety do tych ciał niebieskich. Jeżeli Księżyc ułoży się prostopadle do linii Słońce-Ziemia, wówczas pływ nazywamy kwadraturowym i nie jest on tak znaczny - sadził Olivier i dalej:
- Jest taka zasada, że 4 dni po pełni księżyca oraz 4 dni po nowiu powstaje silny prąd i duże pływy, zaś 4 dni po "półksiężycu" - słabszy prąd i niskie pływy.
Niewiele z tego wszystkiego zrozumiałem, poza tym , że chyba na eldorado można liczyć na dwie godziny przed i po szczycie pływu i kiedy różnica pływów jest nieznaczna.
Na koniec tej naukowej tyrady Olivier wysupłał z przepoconej kieszeni jakiś karteluszek, na który skierował światło czołowej latarki i skwitował:
Teraz są najgorsze pływy i tak jeszcze będzie przez najbliższe 3 dni. Zależy mi abyście naprawdę dobrze połowili. Jako, że macie przed wylotem z wyspy kilka dni wolnych proponuję jutro wracać do Timiki i wrócić za 3 dni- oczywiście wyprawę przesuniemy o te dni tak, że nic nie stracicie. Koszty paliwa do łodzi i wszelkie inne biorę na siebie. Zastanówcie się, obiecuję, że za 3 dni wszystko się zmieni, nałowicie się do bólu.- przekonywał Olivier.
Trudno było mi w to uwierzyć. Że niby co, wrócimy na to bezrybie za kilka dni i nagle wszędzie będą ryby? W życiu bezustannie ktoś składa nam obietnice bez pokrycia z czasem...no właśnie mimo upływu czasu wciąż w nie wierzymy.
- oczywiście zgadzamy się, jutro wracamy do cywilizacji a za 3 dni damy popalić tym rybim aborygenom.

Najbliższe 3 dni spędziliśmy głównie w hotelowym basenie i miejscowych restauracjach serwujących owoce morza i lokalne piwo, wieczorami grywając w brydża i nudząc się niemiłosiernie. Timika i jej najbliższe otoczenie nie miała nam zbyt wiele do zaoferowania.












nasz hotel


Najliczniejszymi gośćmi naszego hotelu były wielkie ropuchy



Wreszcie płyniemy. Tym razem postanowiliśmy nie zatrzymywać się w osadzie tylko od razu płynąć dalej, znacznie dalej na bezludną wyspę leżącą naprzeciwko ujścia kolejnej rzeki.
Bezludna wyspa to bezludna wyspa, palmy, plaża, słońce- to może być raj- jeśli można się co jakiś czas schłodzić w klimatyzowanym pokoju, wziąć prysznic, powylegiwać na leżaku w cieniu parasola popijając schłodzone drinki ale bez tych wszystkich udogodnień rajska wyspa już taka rajska nie jest. Ukrop ponad 30 stopni w cieniu, wszystkie ubrania wilgotne i przepocone, brak słodkiej wody, wszędobylskie mrówki, meszki i komary, ciepłe piwo i piach, wszędzie piach- na skórze, włosach, w oczach.

















Największym błogosławieństwem jest deszcz. codziennie wyczekiwaliśmy wieczorami pompy z mydłem w garści aby się umyć, spłukać piach i kryształy morskiej soli.
Nasz obóz składał się z wojskowego namiotu, polowych łóżek z moskitierami i oczywiście piasku. W dzień temperatura w namiocie dochodziła do 50 st.C i może i dobrze bo dzięki temu przez cały dzień byliśmy na rybach.

Z małymi przerwami na popołudniową drzemkę






i orzeźwiającą kąpiel




A ryby?
Pierwszy dzień w nowym miejscu. Zaraz po śniadaniu Karol z Tomkiem ruszają w kierunku wschodniego krańca wyspy. Ja z Wojtkiem w kierunku zachodnim- na cypel, wąską mierzeję wbijającą się w głąb Morza Arufara. Wojtek ze szczytu szybko na muchę wyciąga dwie barry a kilka mu spada






ja stoję 20 metrów od niego i nie mam brania. Wkrótce i u niego kończą się brania i postanawiamy wracać do obozu by ruszyć łodzią na sąsiednią wyspę. Wszyscy do łodzi! Miejsce, w którym jesteśmy to tak naprawdę 3 wyspy leżące naprzeciwko wpadającej rzeki- stąd jego nazwa Pulau tiga.
Najpierw płyniemy po Karola i Tomka, którzy nie wrócili z porannego rekonesansu. Kiedy do nich dopływamy stoją po pas w wodzie między na wpół zatopionymi kikutami martwych drzew, pokazują nam ręką znak abyśmy płynęli bez nich. Ciekawe. Chyba trafili dobrą miejscówkę bo nie odezwali się słowem, o nic nie pytali tylko machali nerwowo rękami abyśmy odpłynęli i dali im spokój. Odpłynęliśmy a po chwili dopłynęliśmy już do kolejnej wysepki. Wszyscy pośpiesznie pomknęli na cypel obsiadły przez stado pelikanów.


Te pelikany to znak rozpoznawczy dobrej miejscówki. Gdzie pelikany tam i ryby. Chłopaki stanęli jeden obok drugiego i już po chwili każdy holował rybę: Wojtek łososia (tredfin salmon)


Rafał queenfisha, Olivier kapitana


a Artur coś większego co w krótce okazało się dziwadłem w postaci rekina gitarowego


W kolejnym rzucie Wojtek wyholował jeszcze większego rekina


Śmieszna ryba- skrzyżowanie rekina z płaszczką, do której rodzinnie jest mu chyba bliżej.
Zabawa zaczęła się na dobre. Jako, że nie lubię tłoku nad wodą samotnie ruszyłem w kierunku drugiego krańca wyspy gdzie już z dali spostrzegłem pyskatą kolonię pelikanów. Wchodzę do wody płosząc całe ptasie towarzystwo. Zakładam Rapalę X-rap 12 cm saltwater przezbrojoną w morskie, poczwórnie hartowane kotwice Ownera i wykonuję pierwszy daleki rzut na granicę widocznej fali i spokojnej wody. Niemal natychmiast po zamknięciu kabłąka nadnaturalna siła próbuje odebrać mi ulubiony kij Saga. Świszczący hamulec kołowrotka i znikająca w mgnieniu oka ze szpuli linka świadczy, że nie jest dokręcony właściwie co czynię bezzwłocznie w trakcie holu. Niespodobało się to mojemu przeciwnikowi, którego riposta w postaci serii świec, akrobatycznych wyskoków z zapierającym dech w piersiach potrząsaniem głową na wszystkie kierunki by tylko pozbyć się kłopotliwej przynęty sprawiła, że krew odpłynęła w sobie tylko znanym kierunku a nogi ugięły się pode mną zmieniając konsystencję na podobną różowej meduzie, która właśnie dryfowała w moim kierunku. Próba odzyskiwania linki poprzez kręcenie korbą spełzła na niczym. Każdy obrót sprawiał wrażenie, że zaraz kij trzaśnie niczym zapałka w zmarzniętych dłoniach uczestnika kolizji na skrzyżowania Piotra i Pawła albo łożyska kręcioła rozsypią się niczym korale nastolatki po studniówce albo linka pęknie, kotwica rozegnie, kółko rozprostuje a serce zastygnie w wiecznym bezruchu. Zacząłem powolutku wycofywać się w stronę plaży z kijem wyciągniętym wysoko w górę. Krok po kroku. Udało się. Teraz ryba leżała na plaży i wpatrywała się we mnie swoimi czerwonymi, demonicznymi oczami. Jej ogromna, srebrzysta łuska skrzyła się w promieniach tropikalnego słońca. To barra. Moja pierwsza barramundi.




Zapaliłem papierosa i zrewanżowałem się tym samym. Gapiłem się, patrzyłem zahipnotyzowany na to obce stworzenie. Po nie tu przyjechałem, po nie tułałem się niemal na koniec mojego świata. Byłem szczęśliwy. Jadąc na tę wyprawę zabrałęm kłopotliwy bagaż związany z codziennością, z pracą lub jej brakiem, z niezapłaconymi rachunkami, zimnymi spojrzeniami, oddalaniem się bliskich, mijaniem...
Nagle ten zbity glut, który od nie pamiętam kiedy uciskał moją klatkę piersiową zniknął, rozpłynął się, poczułem się lekki i wolny. Słony wiatr i ta chwila przywołały cudowne wspomnienie czegoś nie do opisania, pochodzące jakby nie z tego świata- zmróżyłem oczy aby zasonić przd światem drobiny wzruszenia.
Wciąż pogrążony w rozmyślaniach i sentymentalnej podróży w czasie po chwili na powrót stałem już po pas w wodzie posyłając w tajemniczą przestrzeń przynętę, która gdy tylko dotknęła tafli wody z ogromnym hukiem i towarzyszącą mu fontanną zniknęła w przepastnej paszczy. Kolejna barra była jeszcze większa od poprzedniej, miała blisko metr długości.


I nie koniec na tym- po mozolnym holu przyszły kolejne. Ostatecznie pokonałem 6 wielkich barramundi. Teraz wracałem plażą spełniony na przeciwległy skraj wyspy do moich kompanów. Stali jak wryci w tym samym miejscu, w którym ich zostawiłem. Już z dala dostrzegłem wystające z wody sylwetki z wygiętymi w pałąk szczytówkami swoich wędek.
- I jak Panowie ? - zapytałem- z góry znając odpowiedź.
- Rzeźnia...ryba w niemal każdym rzucie.
- A barramundi?
- Nie, tylko łososie i kapitany. A u Ciebie? - czekałem na to pytanie.
- Same barry, wyholowałem 6 sztuk...
Już po chwili wszyscy rześkim krokiem wędrowaliśmy w kierunku "mojego" cypla. Pierwszą barrę wyholował Paweł


potem ktoś jeszcze i brania ustały, nadszedł czas odpływu. Weszliśmy głębiej w morze poszukując stada ryb. No i znaleźliśmy. Tym razem trafiliśmy na quinfishe




żółte trevale


i baby GT


których siła z całą pewnością nie pochodziła z tego świata, bo przecież to niemożliwe aby rybka półmetrowej długości próbowała niemal skutecznie wciągnąć i zatopić niemal 100-u kilogramowego faceta.

Wracamy do obozu, przybijamy do brzegu i wyskakujemy z łodzi.
- O w mordę- zaklął Paweł i niemal natychmiast znieruchomiał zaraz po wskoczeniu do wody. Dosłownie kilka centymetrów od niego na dnie wylegiwała się ogromna raja, która wcale nie spłoszyła się całym zamieszaniem wokół własnej osoby.




Sam jej morderczy ogon zakończony kolcem jadowym mierzył bez mała półtora metra długości. Paweł pomalutku wycofał się na bezpieczną odległość.
- Gdybyś skoczył kawalątek dalej pewnie miałbyś ten kolec wbity w czoło. Ale mielibyśmy fotki- galicyjskie poczucie humoru jak zwykle nie odstępowało Zielonego.
Przygoda z płaszczką nieco nas przeraziła, zazwyczaj wędkowaliśmy nie z łodzi a brodząc po pas w wodzie. Myśl, że w każdej chwili możemy nieopacznie stanąć w niewłaściwym miejscu i poczuć po chwili przeszywający niczym sztylet ból ostudziła nasz łowiecki zapał. Nie na długo rzecz jasna, odtąd postanowiliśmy ważyć każdy krok i przesuwać się wraz z odpływem w kierunku otwartego morza jedynie szurając stopami po dnie licząc, że w porę spłoszymy potencjalnego adwersarza.
I rzeczywiście ten sposób poruszania przyniósł oczekiwany skutek- przeżyliśmy, widząc niejednokrotnie przed sobą mgiełkę piasku poderwanego z dna błyskotliwą ucieczką raji z pod samych nóg.
Ale raje nie były jedynym zagrożeniem czyhającym na nas w objęciach morskiej wody.
Niejednokrotnie zdarzało się nam schodzić z drogi leniwie przemieszczającym się osom morskim.


To śmiercionośne meduzy, których parzydełka mogą mieć długość nawet trzech metrów.
Poparzenie jest niezwykle bolesne i niebezpieczne dla życia. Trucizna zawiera substancje atakujące jednocześnie skórę, system nerwowy oraz serce, śmierć może nastąpić po kilku minutach. Każdy osobnik zawiera truciznę wystarczającą do uśmiercenia 60 dorosłych osób.
Mimo, że na całe szczęście żadna z przepływających os nie dosięgnęła mnie bezpośrednio swoimi mackami to wystarczyło by tylko przepłynęła w niewielkiej odległości a całe nogi momentalnie zaczynały piec jakbym wpadł w mrowisko albo krzaki pokrzywy. Wygląda na to, że ich jad uwalnia się również podczas niczym nie zakłuconego płynięcia.

Osy morskie były najniebezpieczniejszymi meduzami ale nie jedynymi


Raje i osy- niezły duet a jeśli dorzucić do niego rekiny i krokodyle różańcowe możemy śmiało mówić o diabelskim kwartecie.
Bywało, że holując jakąś rybę płynął za nią zwabiony zapachem wygłodniały rekin, którego spłaszczona paszcza ukazywała się dopiero podczas wyjmowania ryby z wody. Niewiele brakowało abym razu pewnego pozbył się nie tylko zdobyczy ale również własnej ręki co najmniej do przedramienia.
A krokodyle? Tych na szczęście nie dane nam było zobaczyć choć ponoć zamieszkują te wody całkiem licznie o czym przekonywał nas francuski przewodnik.

Na nasz widok Karol odłożył maczetę, którą właśnie próbował rozłupoać kokosa i zapytał:
- I jak?
- Fantastycznie, złowiliśmny mnóstwo ryb , sam złowiłem 6 wielkich barramundi. A u Was- zripostowałem pytaniem, na które liczył
- Rzeźnia, wyholowałem 29 barramundi i ledwo ruszam ręką, dlatego wróciłem do obozu a Tomek jeszcze łowi, jak go zostawiałem miał już na koncie ponad 40 barramundi. Jest niezmordowany.
Nie było wątpliwości, że jesteśmy w wędkarskim raju. Przepowiednia Oliviera spełniła się co do joty. Ryby są wszędzie.






Przypłynęła kolejna łódka. Młody z Zielonym z nutą wciąż nie zastygłych emocji w głosie relacjonowali swoją eskapadę w górę rzeki. Również złowili sporo barramundi












i wiele innych gatunków w tym jakąś nadymkę


barakudę w ujściu i dziwadło przypominające wyglądem papuaskiego bassa ale bassem nie będące


Naliczyliśmy, że tego dnia złowiliśmy 13 gatunków ryb.
Wrócił Tomek i zameldował:
- 50 barramundi, nigdy w życiu nie nałowiłem się tak jak dzisiaj.












Taki dzień trzeba uczcić- w ruch poszła doskonała miejscowa whisky marki Robinson, doskonała bo jedyna jaką udało nam się zdobyć.


Do drinków na wyciągnięcie ręki (no prawie) mieliśmy sok kokosowy


Nie potrzebowaliśmy żadnych szklanic


Właściwie w tej kwestii byliśmy samowystarczalni brakowało jedynie jakiejś urokliwej kelnerki



Codziennie wstawaliśmy bladym świtem i po wchłonięciu porcji naleśników ruszaliśmy na ryby.
Jak to na równiku punktualnie o 6 ktoś u góry gasił światło więc wracaliśmy do obozu na kolację, po której plażując zajmowaliśmy się degustacją wspomnianej whisky, przygotowaniem sprzętu na kolejny dzień, głównie wymianą rozprostowanych kotwic i wiązaniem przyponów z fluorokarbonu, czekaniem na tropikalny prysznic i samym prysznicem oraz rozmową. Te nasze rozmowy.


O wszystkim i o niczym, o sensie życia i piersiach byłych dziewcząt, o forsie i o tym co po drugiej stronie, o autach i planach na kolejne podróże, czasem o miłości, o rozwodach, marzeniach sennych i sytuacji geopolitycznej. Często po powrocie, w zaciszu domowego ogniska właśnie za tymi nocnymi rozmowami tęsknię, to właśnie te rozmowy rozpamiętuję z rozrzewnieniem, to ich brakuje mi najbardziej.


Tak jak i pierwszego dnia na nowym miejscu tak i przez kolejne ryby brały doskonale. Przez 5 dni złowiliśmy pewnie około tysiąca płetwiastych drapieżników. Samych barramundi udało nam się wyholować około trzystu sztuk o średniej wielkości 80-ciu centymetrów, choć zdarzały się i większe- ponad metrowe ryby.


















































Ostatniego dnia na plaży dokładnie naprzeciwko ujścia rzeki znaleźliśmy, ogromną, martwą rybę


- Takiej nie złowiliśmy- skomentował Karol
- To endemiczny, papuaski bass- wyjaśnił Olivier. Piekielna ryba, chyba najsilniejsza z jaką kiedykolwiek miałem doczynienia. Dziwne, myślałem, że tu nie występują, ich zasięg kończy się na zachód od Timiki- jakieś 300 km stąd. Dziwne, naprawdę dziwne, to chyba jakaś zbłąkana owca.
- Dla nas nie było to dziwne, dla nas to był znak, znak aby powrócić na Papuę by zmierzyć się z czarnym bassem. Wieczorem w świetle latarek studiowaliśmy mapę.
- O ta rzeka za tym pasmem górskim wygląda obiecująco
- A ta? wypływa z górskiego jeziora, to może być strzał w dziesiątkę
I już oto mieliśmy o czym marzyć i śnić przez kolejny rok.
bo zawsze jest gdzieś jakaś rzeka - jak mawiali ... autorzy mojego ulubionego serialu wędkarskiego o takim właśnie tytule.

Opuszczaliśmy wyspę ludożerców i rajskich ptaków, kakadu i barramundi z silnym postanowieniem powrotu. Klamka zapadła- uradziliśmy wspólnie, że w przyszłym roku wracamy i z miejsca mkniemy na zachód gdzieś w okolicę Kaimana.
W drodze powrotnej aby otrzepać się z piasku i zagoić rany po licznych kontaktach z kolcami i ostrymi jak brzytwy zębami naszych wodnych przyjaciół postanowiliśmy zatrzymać się na kilka dni na Bali.


W Denpasar na lotnisku czekała na nas piękna, długowłosa dziewczyna, która po miłym acz może co dla niektórych nazbyt poufałym powitaniu jak dla naszej europejskiej bądź co bądź mentalności zabrała nas do przytulnego hoteliku, którego wnętrze przepełnione było cudowną wonią kwiatów Fringapani i gdzie z miejsca obdarowano nas schłodzonym Bintangiem- miejscowym piwem, z którym zaprzyjaźniliśmy się już w Dżakarcie.


Po orzeźwiającej kąpieli w basenie gotowi byliśmy na zwiedzanie wyspy.
Udaliśmy się do najbardziej wysuniętego na zachód cypla Bali, gdzie znajduje się Pura Luhur Ulu Watu, jedno z najważniejszych sanktuariów zaliczanych do panteonu świątyń (tworzą one symboliczny pancerz ochronny dla wyspy – Sad Kahyangan czyli tzw. „miejsca boskie” w języku sanskryt). Maleńka trzypoziomowa pagoda stoi dumnie na skraju przepaści opadającej 80 metrów
w dół do oceanu, podczas gdy z okolicznych potężnych urwisk roztacza się zapierający dech widok na morze aż po daleki horyzont.




i na spacerujące jak zwykle w takich miejscach dziewczyny






W takiej dramatycznej scenerii niesamowicie zachodzącego słońca na klifach pod pretekstem uczty dla ducha a w rzeczywistości raczej by pogapić się na orientalne tancerki wzięliśmy udział w przedstawieniu Kecak, najsłynniejszego balijskiego tańca ognia.


Motywy oraz postacie zaprezentowane w tańcu Kecak wywodzą się ze starożytnej hinduskiej epopei Ramayana. Taniec ten wykonywany jest bez akompaniamentu muzyki, lecz jedynie dzięki rytmicznemu skandowaniu „cak cak cak” przez grupę kilkudziesięciu tancerzy.








Porywające przedstawienie jednych natchnęło myślą jak spędzić najbliższe godziny


innych- jak resztę życia


Nazajutrz ruszyliśmy zatłoczonymi niczym Marszałkowska w godzinach szczytu drogami do miasteczka Ubud, uważanego za artystyczną stolicę wyspy Bali, w którego sercu leży bujna połać dżungli ze sanktuarium Mandala Suci Wenara Wana.


Ten święty małpi gaj i zarazem rezerwat przyrody jest zamieszkiwany przez populację długoogonowych makaków liczącą kilkaset przedstawicieli tego gatunku


a na jego obszarze znajdują się 3 obiekty świątynne dotyczące śmierci, obmywania i kremacji.


Małpy zajmują szczególne i symboliczne miejsce w ramach hinduistycznych wierzeń i kultury panującej na Bali – bowiem pojawiają się w literaturze, w tańcach jak i na rzeźbach, stąd Balijczycy oddają im należny szacunek i cześć.


Na nasz szacunek jednak makaki nie mogły liczyć zwłaszcza za wykonywanie pewnych czynności na widoku publicznym, o których przez wrodzoną wrażliwość wolałbym nie wspominać. Obok makaków niejaką atrakcję stanowiły również stada chińskich turystów, głośnych, hałaśliwych, pobudzonych jakby właśnie powrócili z Kolumbii, przepychających się, poruszających chaotycznym truchtem, skupionych wyłącznie na sobie. Licznych.

Z Ubud przemieściliśmy się malowniczymi drogami w kierunku północnym do górskiej krainy wulkanów Kintamani, położonej na wysokości około 1500 mnpm skąd zjechaliśmy serpentynami na dół do największego zbiornika wodnego na Bali – jeziora Batur. Wąska i wyboista trasa doprowadziła nas do odizolowanej wioski Trunyan, stanowiącej jedno z bardzo niewielu skupisk Bali Aga, autochtonicznych ludów wyspy. Potomkowie pierwotnych mieszkańców Bali za kilka monet zabrali nas czółnami na swój tajemniczy cmentarz, gdzie praktykuje się pradawny rytuał pozostawiania zmarłych osobników z tej społeczności na ziemi pod bambusowymi szałasami bez konieczności zakopywania ciał.




Fenomen tego zjawiska wynika ze szczególnych właściwości drzewa kadzidłowca rosnącego na tym cmentarzysku.




Na miejscu spotkaliśmy rozweseloną grupkę australijskich turystów, którzy z piwkami w dłoniach lawirowali między martwymi ciałami. Podziwianie zwłok za forsę wydało nam się nie tyle nawet nazbyt ekstrawagancką formą rozrywki co zwyczajnie zboczoną więc pośpiesznie powróciliśmy do naszego auta, które zabrało nas do Pura Gunung Kawi, czyli na "Górę Monumentu Poetów". Do tego kompleksu grobowców królewskich położonego w wąwozie rzeki Pakerisan i otoczonego wspaniałymi polami ryżowymi


prowadziła ścieżka licząca prawie 300 schodów. Składają się na niego posągi "candi", wykute w litej skale stojących naprzeciwko siebie klifów, które poświęcono Anak Wungsu, władcy panującemu na Bali w tymże wieku oraz jego 4 żonom i 4 konkubinom.










To niezwykłe, tajemnicze miejsce z powodzeniem mogłoby stanowić scenerię dla kolejnej części Indiany Jonsa.



Nasze zwiedzanie wyspy zakończyliśmy wypadem na plantację tropikalnych owoców i roślin – wanilii, cynamonu, kakao, kawy, ananasów, chlebowca, tamarillo, salaka, pieprzu i herbaty. Zostaliśmy tam poczęstowani filiżanką aromatycznego luwaku.


Luwak to gatunek kawy pozyskiwanej i wytwarzanej z odchodów cywety, sympatycznego zwierzątka będącego dalekim krewnym naszej rodzimej łasicy.


Jedynie miąższ z najlepszych owoców kawowca podlega trawieniu przez enzymy i fermentacji, po czym ziarna przechodząc przez przewód pokarmowy zatracają swój gorzki smak i zyskują w konsekwencji łagodny aromat.


Nie wiem czy z powodu ilości wypitych kaw czy emocji związanych z niespodziewanie nadchodzącym końcem wyprawy w nocy długo nie mogliśmy zasnąć.
Odespaliśmy wszyscy w samolotach- kolejno od lewej: Krzysztof Zieliński, Wojtek Sulimierski, Tomek Gancarz, Karol Filip, Rafał Zimmermann, Mariusz Aleksandrowicz, Tomek Ciesielski, Paweł Korczyk i Artur vel Artiur


zdjęcia: jak wyżej
tekst: Mariusz Aleksandrowicz

Członkowie | Wyprawy | Artykuły | Parada rekordów | Plany | Linki | Kontakt
Prawa autorskie do zdjęć i tekstów zamieszczonych na tej stronie są zastrzeżone i chronione polskim prawem.
Fotografie są własnością członków klubu i nie mogą być wykorzystywane bez ich zgody.