Półwysep Kolski 2014 - Demony Wojny

Każdego prześladują jego własne demony, własne obawy. Narastający konflikt rosyjsko – ukraiński nie zachęcał w tym roku do odwiedzin bliskiego wschodu. Jeśli jednak człowiek sobie z tym poradził miał szansę samemu stać się demonem wojny. Wojny z łososiami!

Tak to już jest, że umysł płata figle. Odważnych nie raz napełnia jakimiś obawami, sceptycznych zaś dobije sceptycyzmem. Kto na wyprawę chce tak naprawdę ruszyć – ruszy. Ten kto nie wierzy w swe uczestnictwo w wyjeździe od początku będzie znajdował same wymówki. Bo przecież „kasy brak” , „szef będzie krzywo patrzył”, „kto przypilnuje chałupy” , „suka cieczki dostała” i najgorsze „ co na to powie żona”. Najgorsze jest proste. Jak mawia jeden z członków Bayan-goł „podarki, podarki i dochodzisz jako drugi”. Taka właśnie sytuacja ;)
Mimo doniesień mediów i lamentów bliskich, że może się to skończyć ostrzegawczym strzałem w głowę ruszyliśmy. Odgoniliśmy demony wojny by zmierzyć się z rosyjskim, srebrnym ciągiem łososiowych oddziałów. Opętać miał nas za to demon rybałki!
Część miała już to szczęście by przetrzeć szlak w tym roku. A że było wyśmienicie do tego stopnia – zostali na drugą turę i ponowny spływ Warzugą.
Warunki się zmieniły i było inaczej, w końcu „bóg słońca” jak mówi o sobie Ziółek pojechał do Norwegii. Został za to „bóg cmentarzy” i „krów” ;)
Marek i Tomek na promie do Helsinek. Porwali się na trasę jednym ciągiem, nie chcąc podpaść swym ponętnym małżonkom. Tam gdzie mogli – uszczuplali czas spędzany poza domem. A mogli skorzystać z rady kolegi zacytowanej nieco wyżej.

Jak wspomniałem – każdy ma swe demony. Niektórzy muszą łowić ryby, inni gonić szczęście w hazardzie.

Długą drogę chłopaki umilały sobie starymi, lecz nieśmiertelnymi szlagierami! Kadr z „Misia”.

Tu inny kadr – sało, czyli kawał dobrej słoniny, w tym przypadku mocno solonej, dodatkowo w czosnku! Jako zakąska rewela!

A do czego? No właśnie! Każdy ma swoje demony, z którymi walczy każdego dnia. Szczególnie w ujściu Pany :P

I znów „krokodylem” naginamy w kierunku górnej Pany.

Może nie naginamy ale odpoczywamy podczas 6-godzinnej podróży. Koło godziny drugiej w nocy.

Najpierw minęliśmy UAZa. Pietia – nasz kierowca stwierdził, że to auto z angielskiej bazy wędkarskiej, przez którą nie wolno nam łowić na górnej Panie. Stwierdził też, że wywozi ono śmieci z bazy na nielegalne dzikie wysypisko (swoją drogą, co by powiedzieli klienci, gdyby wiedzieli co robi się ze śmieciami po nich). Dzikie zwierzęta ponoć są tak przyzwyczajone, że na sam odgłos UAZowego silnika wypełzają z lasu, spodziewając się świeżej dostawy. I rzeczywiście!!!

Co za fatalny kontrast! Piękne zwierze, symbol siły, lasu i wolności na dzikim wysypisku, stworzonym przez zarządców wędkarskiej lodge’y Roxtons.

Aż żal serce ściska! Ale dawno niespotykany widok niedźwiedzia (ostatnim razem na Kamczatce w 2010r) zawsze fascynuje.

„Może tu znajdę coś lepszego od kartoników po mleku i butelek po Coli?”

I chwila przed rozdarciem wora – wbicie pazurów. Myślę, że w ludzkie ciało weszły by podobnie – jak w masło.

Zupełnie jakby słabo widzia (bardzo możliwe). Za to gdy zwęszył zapach człowieka natychmiast się zjeżył. Od tego czasu po nadwarzudzkim lesie chodziło się… ciekawiej ;)

I znów spojrzenie na wschód słońca nad parującymi wodami Pany.


No i pora na śniadanie;) Zaraz idziemy odespać zaległości.

Adam zaczyna notatki – obowiązkowa czynność wyprawowa.

Zaczynamy spływ znów w pełnej lampie.

Cultowcy na pontonie.

I krótka przerwa na popas.

Kociołek z gulaszową Profi na ognisko…

I można skupić się na kulturalnej części wyprawy. Zwiero wprowadza w klimat;)

Widok z obozu na ujściu Ponzuja w górę Pany.

I znów śniadanie.

Jedna z wielu, latających nad Paną jemiołuszek (Bombycilla garrulus).

Latem jedzą komary w locie, więc nastał dla nich doprawdy czas łasuchowania. Jesienią i zimą skupią swą uwagę na drzewach i krzewach.
Codziennie ptaki te pobierają dwa razy więcej pokarmu niż same ważą! Nie dziwi więc ich żarłoczność i ociężałość po posiłku. Trawienie pokarmu u jemiołuszki trwa szybko, 7-10 minut. Zatem biada tym, którzy znajdą się w 8 minutę pod stadem jemiołuszek opuszczających jagodowisko. W tak krótkim czasie soki trawienne jemiołuszek są w stanie rozłożyć miąższ i skórkę, ale same nasiona są zwykle nienaruszone. Ptak ten ma zatem duże znaczenie w rozsiewaniu i rozprzestrzenianiu nasion roślin - krzewów i drzew, które znajdują się w jego diecie. Przemieszczając się wydala je z odchodami.
W przypadku jemioły, od której wzięła się jego nazwa, wydalone po trawieniu nasiona przyklejają się do pni i gałęzi drzew. Kiełkując przyczepiają się ściśle do kory drzewa chwytnikami, co jest zalążkiem nowego "krzaczka" jemioły. Można więc wyznaczyć współzależność między ptakiem i rośliną, gdzie każde czerpie korzyści.

Tia – a ten znowu o ptaszkach.

A tych było bez liku!

Był też król tego skrzydlatego tałatajstwa – bielik (Haliaeetus albicilla). Jako, że łowi głównie ryby (65% składu jego pożywienia) nad Warzugą jest wybitnie uzależniony od ciągu łososi atlantyckich. Podobnie my.

Po złowieniu 10 łososi na Panie spłynęliśmy bardzo szybko na ujście jej do Warzugi.

Jak za pierwszym razem znów Zwier dobrał się tam do łososi jako pierwszy.

Ryb w ujściu spławiało się jeszcze więcej podczas pierwszego spływu. Ryby jednak były w większości wyraźnie ciemniejsze.

Marek tuż przed złamaniem swojego Vision Culta. Wędka się niestety rozsunęła i strzeliła na łączeniu! Wielu wędkarzy ma w zwyczaju sklejać poszczególne segmenty kijów taśmą. Lubi się wówczas zaparzyć lakier i zejść wraz z odklejaną taśmą. Ale skażemy się albo na to albo na pamięć i co kilkugodzinne kontrolowanie składów.

Wybitny dzień swą rybą zamknął Marek. Ja już dawno uganiałem się za kurą głuszca, która przefrunęła mi nad głową i zapadła głucho w lasku nieopodal. Niestety ptaka nie zlokalizowałem ale za to jakieś buszujące w gęstych krzakach zwierzę dodawało mej krwi adrenaliny. Tamtego dnia na ujściu Pany do Warzugi złowiliśmy 26 łososi!

Pogoda się schrzaniła. Zaczęło padać i ochłodziło się tak, że zakładałem wszystko co mam. Jak na Kamczatce! Kiełbasę niektórzy chcieli kroić piłką do drewna. Już wtedy była pora do spania a nie jak w naszym przypadku - 6 godzin później.

„Beata!” Ty wiesz ;)

Kolejny dzień Adam rozpoczął niecodziennym dubletem.

Aż zacząłem żałować, że nie łowię dwiema muchami. Szlag by mnie jednak trafił od plątania.

Kropkowany król i pasiasty rycerzyk…

… u kolan łowcy.

Pal licho z łososiem ale jakiż piękny okoń!

Siąpiący deszcz Adama nie ruszał. Był mocno świadom, że przyjechał nie bez powodu. A za taki mokry dzień nad Warzugą kiblując parę miesięcy później w robocie człowiek oddał by wiele.

To jedna z ośmiu Adamowych ryb tamtego dnia.

Płyniemy. A kac męczy ;)

Tomek jako jedyny sięgał po spinning. Nie zatrzymując się, podczas spływu złowił z pontonu 10 łososi!

Kolejna stajanka, poniżej wielkiej wyspy. Koniec spływu tamtego dnia.

Seahawki ciągle spisywały się ok.

Spływający Rosjanie sporządzili nad Warzugą wiele takich bań. Z kamieni budują takie oto piece. Rozgrzewają je, gaszą ogień i przykrywają folią wcześniej sporządzony stelaż. Prowizoryczna sauna w tamtych warunkach musi być czymś wspaniałym. My niestety nie dysponowaliśmy taką ilością folii.

Dysponowaliśmy za to nieco mniej rozgrzewającym czajniczkiem. Ileż to Czajów (herbat) rozgrzało nam ciała tuż przed wyjściem na ryby.

Dobijałem właśnie do przeciwnego brzego, gdy usłyszałem – „mucha w ciele!” Szczęśliwcem był Tomek, któremu znudziły się chyba tradycyjne patki. Wiejący tamtego dnia wiatr nie ułatwiał nauki, jak widać na zdjęciu był wręcz niebezpieczny. Zdjęcia zamieszczam też dla przestrogi – podczas łowienia kijami dwuręcznymi okulary to must have!

Wyobraźcie sobie, że Tomcio podczas oględzin i zabiegu wyciągania pisnął tylko raz! Właściwie był to ciągły lament – „Mój Ally’s Shrimp! Nie strzyżcie go! Zostały mi już tylko dwa!” Poza tym okazał się twardzielem jak mało kto.

To kolejna ryba Tomka, jakieś pół godziny po zabiegu wyciągania muchy z Jego policzka. Musze dodać, że przed przyjazdem na Płw. Kolski Tomek muchówki w dłoni nie trzymał!

Marka lekarstwem na bezsenność były łososie!

Przyjemniaczek znad Warzugi! Wygląda jak lokales;)

I pasażerowie na gapę, którzy raczyli nas nie opuszczać już niemalże nigdy. Wyjątkiem były najchłodniejsze dni. Zimno wtedy jednak dawało się tak we znaki, że wolałbym chyba te komary.

Jeden z postojów „na pierekuskę” podczas naszej wędrówki w dół łososiowej rzeki.

Kolejne dobre miejsce. Tym razem okazało się mniej szczodre jak podczas spływu z pierwszą grupą. Przed nami miało być jednak kilka miejsc, które zawiodły za pierwszym razem a za drugim okazały się rewelacyjne.

Płyniemy w poszukiwaniu tych „rewelacyjnych”

Adam i Marek – dwóch gdańskich przyjaciół od lat.

I Adam w znanym z poprzedniej relacji miejscu. To tam z Ziółkiem czyniliśmy pogrom. Za drugim razem tylko delikatnie słabiej. Świetne miejsce!

Oczywiście Adam niemal zawsze łowi na muchy własnego autorstwa. Podwójna satysfakcja.

Ja much nie wiążę, bo ani nie umiem ani czasu nie mam. Ja prosty chłop jestem! Ale rybkę potrafię sobie złowić;)

I love this game!

Pamiętacie te kadry z “326”?

Adam z kolejną świetną rybą.

Łosoś idealny!

Widać, stało tam całe stado takich samych – idealnych ryb.

I radość z ryby, która zaraz odpłynie ku swemu przeznaczeniu. Radość z tego, że tamtego dnia o określonej godzinie moja ścieżka przecięła się ze ścieżką tego pięknego stworzenia! Czyż to nie nadzwyczajne? Jechać taki szmat drogi, być w odpowiednim miejscu i o odpowiedniej chwili, przeprowadzić muchę w pobliżu i BOOM!

Widok z niedźwiedziego stoku na zakręt Warzugi i nasz obóz, gdzieś tam w dole.

Dom

Adam kroczący śladami niedźwiedzia.

Tak, tak. Był tu ;)

Spey –man.

I bliźniacy. Cóż za doskonały kręcioł!

Dalej w drogę.

Kaczka gągoła (Bucephala clangula) z młodymi. Naturalnym miejscem ich gniazdowania są nadwodne dziuple, w których jedyną wyściółką jest kilka fragmentów próchniejącego drewna i puch wyskubany z piersi samicy.
Najpierw zrobiłem im serię zdjęć a potem skupiłem się na łowieniu.

Adam z Markiem pewnie się zastanawiali co tak długo przytrzymało mój i Tomka ponton w jednym miejscu. Otóż 10 łososi, które musiałem wyciągnąć w godzinę! Totalny czad!

Warzudzka czerwcowa noc.

I kolejny obóz.

Zwier w „swoich” miejscach, na niepozornej prostej, która podczas pierwszego spływu była nafaszerowana srebrnymi łososiami.

Chmury gnały po niebie jak szalone. Wiaterek ciągle nie ułatwiał zadania. Aura i oświetlenie tła zmieniały się z minuty na minutę.

A gdy na swój ostatni tamtego dnia patrol wyleciał bielik…

… Rafał stwierdził, że chyba pora się położyć.

O poranku, gdy tylko wyszedłem z namiotu przetrzeć oczy i rozprostować kręgosłup znów go zobaczyłem. Krążył daleko w dole, nad kolejnym zakrętem rzeki.

Wkrótce miałem tam zapiąć kolejną rybę.

Halloween’owy łosoś. 17-ty tamtego dnia! Niestety rozwalił ostatniego Red Francisa Marcina Gregorka (www.flyformers.pl) i później nie miało być już tak różowo.

Ryba była już wyraźnie przydymiona. W rzece była już znacznie dłużej od swych braci zrzucających w wyskokach morskie wszy.

Shit happens! W końcu musiało się to stać. Klejenie poszło sprawniej niż bym podejrzewał.

I Marek z największym łososiem drugiej tury!

Cóż za królewska ryba!

Kolejny obóz z klejonym na pierwszym planie pontonem.

Wędzarka odpalona – zaraz będzie wkus.

„Matko! Panowie! Co ja dziś widziałem?!”

„Było ich naukładane! Od brzegu…”

„… do brzegu!”

„A wszystkie takie!”

Ileż Warzuga musiała słyszeć w swoim ciekłym życiu podobnych historii?

Tajga po przeciwnej stronie w promieniach zachodzącego słońca przybierała jakby jesienne barwy.

Ulubione miejsce Rafała. Ciekawe ileż tam stało ryb.

Noc

I nocny patrol.

Majestatycznie usiadł sto metrów powyżej obozu i przyglądał się nam z dystansu.

Potem przeleciał i swą obserwację kontynuował z nieco wyższego punktu.

Czekając na kolację.

Zaraz ostatnie promienie słońca przestaną lizać tajgę.

I znów środek nocy. Zaraz ruszymy na ryby.

Oblicze wędkarza po całonocnym wywijaniu dwuręczną muchówką.

„Kucharz! Szerokim gestem, szerokim gestem… Więcej. Więcej pary idioto! … I wyciągasz parówki. Parówki wyciągasz. Parówki!!!”

Uwaga frajerzy! Mam ważny komunikat:
„Zniknięcie tych parówek spowodowało niemały zamęt. To fakt!
Był to jednak zamęt grubymi nićmi szyty i wiemy lep jakiej propagandy kryje się za tymi nićmi!
Dlatego też te zniknięte parówki zewrą jeszcze bardziej nasze szeregi!”

Kwiaty tajgi

Pamiętacie „Balet boleni” Putramenta, albo „Tańczącego z wailkami” Blake’a? Jak widzę to zdjęcie to przypominają mi się oba tytuły. Tu w roli głównej – Adam Łuczak.

Znów skandynawski sposób holu.

Walka do końca.

Kolejny dublet. Tym razem łosoś z lipkiem.

Adam z łososiem w chmurze komarów.

Kolejnego dnia – Marek ciągnie ostatnią rybę wyprawy, powyżej ujścia Japomy.

Samica łososia atlantyckiego holowana w herbacianej wodzie Warzugi.

Polski najeźdźca i jego rosyjska zdobycz.

Mało łowiliśmy większych samic – ta chyba była największa!

Koniec rybałki! Płyniemy do Warzugi. Zaraz będziemy na wysokości Japomy.

Tak jak z pierwszą grupą mieliśmy cały czas wiatr w pysk a dopiero w Warzudze się uspokoiło, tak teraz płynęliśmy cały czas z wiatrem i to ostrym! Podnosiliśmy wiosła a te robiły za żagle. Spływ był krótszy przez to o 3 godziny! Za to w kanionie i samej Warzudze się odwrócił i wiosłowaliśmy w miejscu. A że nie jesteśmy miękkimi fajami… ;)

I znów na promie, w drodze powrotnej. Widać, że ciemnych ciągnie do ciemnych a jasnych do jasnych;)

Podczas gdy drugi samochód pruł jednym ciągiem do domu, my ze Zwierem robiliśmy sobie noclegi jak Pan Bóg przykazał.

Swiss – najgłośniejsza dyskoteka Suwałk! W tygodniu robi za pensjonat serwujący do tego niezłe żarcie i to za bardzo niewygórowaną cenę.

W wyprawie udział wzięli (od lewej):
Adam Łuczak, Rafał Czuba (Zwier), Tomek Mossoczy, Marek Wierzbicki i ja.

Drugi spływ Warzugą 2014 był również bardzo udany. Zmieniła się aura, przez co woda znacznie się ochłodziła, niestety nam też było zimno. Rzeka choć ciagle tak samo piękna, nie była już tak szczodra, choć wynik końcowy był całkiem niezły. Złowiliśmy łącznie 216 łososi
65szt. Ja
52szt. Zwier
45szt. Adam
33szt. Marek
23szt. Tomek, który łowił pierwszy raz w życiu na muchę!

Rosja – kraj w stanie wojny, spływ dziką rzeką w krainie niedźwiedzi, tony komarów, niewygody spania w namiotach, upały na przemian z przenikającymi na wskroś chłodami, biwakowe żarcie, haki much w policzkach… brzmi ostro. Kto będzie chciał patrzeć przez pryzmat takich rzeczy – przegra z demonami. Kto jednak faktycznie kiedyś poczuje to co my tam – prychnie w twarz takim przeszkódkom, drobnym niedogodnościom. A jeśli kiedyś zwątpię w to, mam nadzieję wiatr przyniesie me słowa wykrzyczane któregos dnia na nadwarzudzki wiatr: „Nie bądź miękka fajaaa!”

Tekst i opracowanie: Rafał Słowikowski
Autorzy zdjęć: Adam Łuczak, Tomasz Mossoczy, Marek Wierzbicki, Rafał Słowikowski
Członkowie | Wyprawy | Artykuły | Parada rekordów | Plany | Linki | Kontakt
Prawa autorskie do zdjęć i tekstów zamieszczonych na tej stronie są zastrzeżone i chronione polskim prawem.
Fotografie są własnością członków klubu i nie mogą być wykorzystywane bez ich zgody.