Mongolia 2010 - Przeprawa przez góry niedźwiedzie

Tajga - całkowicie odizolowana od świata zewnętrznego. Nie prowadzi do niej żadna droga lądowa, za to wybiegają tam nasze serca jakby autostradą. Jedna z lepszych przygód minionych lat. Tam złowienie tajmienia z reguły zapowiada pohukiwanie sowy bądź ryk niedźwiedzia!

Mimo sporych trudności w końcu uruchomiliśmy transport helikopterowy w naszych wyprawach po Mongolii.

Pewnego dnia wraz z kumplem stwierdzili „co nam szkodzi zapytać czy kogoś potrzebują do składu?” Napisali, pojechali. Tu z baltonowską siateczką Krzyś rozpoczyna survivalową przygodę.

A to Andrzej, którego znacie już z kilku poprzednich wypraw – dobry druh

Oczywiście nikt z „inostrańców” na tej rzece nigdy nie był! Żadnych informacji w necie, choć Google Earth zdołał nam nieco przybliżyć okolicę już na lotnisku Szeremietiewo. Byliśmy pierwsi spoza Mongolii, którzy stanęli w dolinie rzeki niedźwiedzi.

Tymczasem tuż po wejściu na pokład MI-8 dostaliśmy słuchawki by nie torturować uszu decybelami

Góra z usypanym z kamieni popiersiem Chyngis-Chana patronuje nad panoramą Ułan Bator niczym napis Hollywood w stolicy filmów w USA

Pod nami wyglądało to tak

A na pokładzie śmigłowca tak


Bezkres terenu gdzie nie ma ani jednej jurty czy chaty obezwładniał naszą świadomość mierzoną metrami kwadratowymi

Pierwsze spojrzenie na rzekę niedźwiedzią

Mgły pośród górskich dolin

Skóra aż cierpnie od zapowiadającego się nieznanego

Andrzej z całą pewnością myślał o zbliżających się tajmieniach a być może i o oddalającej się z każdą chwilą małżonce;)

Widok z helikopterowego okna – to akurat pstryknąłem jeszcze blisko stolicy

A to już zastawa wojskowa, z którą współpracowaliśmy w organizacji całego wypadu

Helikopter usiadł jakby bezpośrednio na pastwisku



Zmierzamy do naszych chat…

a helikopter odlatuje zostawiając nas samych z żołnierzami i… jak się później miało okazać wieloma niedźwiedziami! Zwróćcie jeszcze uwagę na datownik z brzozowych pni na górze. Każdego poranka – żołnierze dla zaprawy dymali na górę zmienić datę!

Wiele nie zwlekaliśmy – Krzysiowi i Mietkowi też wiele nie trzeba było mówić. Godzinę po lądowaniu wszyscy byli gotowi do pierwszej rybałki

Rzeka okazała się być bardzo malownicza – nie za duża, nie za mała – taka „w sam raz”

Pierwszy mały tajmiszon pogonił gnoma ściąganego z prądem po czym opadł za granitowym blokiem. Kolejny rzut i napłynięcie blachy po łuku za głaz i… Siedzi!

Jaskrawe słońce pozwalało przejrzeć toń rzeki do samego dna

Rzeka lubiła się rozwidlać. W odnogach było różnie. Te z niemal stojącą wodą okazały się strzałem w dziesiątkę. Szybsze za to były chyba ładniejsze.

Po pierwszych skończonych rybach trzeba się napić… Coli

Kolejnego dnia ruszyliśmy w dół rzeki. Gdzieś tam pod tą pochyloną brzozą stał pierwszy metrowiec – najpierw niełowny, po kilku godzinach nim po wygranej walce zdążył odpłynąć skasował Grześkową przynętę kasując nieco psychikę niedoszłego łowcy. Bolało.

Miejscówki aż pachniały wielkim tajmieniem

Niestety okazało się, że blisko wojskowej bazy nie jest tak różowo z tajmieniami – nie każdy łowił.

Czasem trzeba się było przeprawiać na drugą stronę rzeki, co nie zawsze było proste. Baavgai goł okazała się szybką, rwącą rzeką.

Jedna z „naszych” chat, tam też dostawaliśmy posiłki robione przez naszą kucharkę, która wcześniej zaliczyła kurs kuchni europejskiej!

Nasz camp by night

Powitalne ognisko – Mongołowie się nie patyczkują – chrust nosili pół dnia

Impreza na całego – przyszły także małżonki wojskowych

Żołnierze śpiewali pieśni zarąbiście a nasz repertuar mimo że oklaskiwany jak na złość nie chciał wykroczyć poza „Sokoły” i „4 pancerni i pies” – jak zawsze.

A tu już poranna wizyta u chorążego Batara w chacie

Dojenie kobyły na potrzeby produkcji kumysu

Zastawa z „bocianiego gniazda”

Jeden z niecodziennych strojów wojskowych

„Między nami świrami” – dla niektórych wędkarstwo to nie tylko sposób na życie ale i na… tatuaż

Tam nawet chmury jakby ładniejsze

Ostatni obiadek w bazie przed konną podróżą

Tak – mimo, że pod bazą jakieś ryby brały i właściwie nie było tragicznie jednak postanowiliśmy zobaczyć co słychać w górze rzeki. Dalej od ludzi więc może ryb będzie więcej.

Przyprowadzono konie, które miały się okazać niesłychanie ułożone (jak to w wojsku), może dlatego iż były właściwie jeżdżone każdego dnia a nie wyłapane półdzikie ze stepu jak to zawsze miało miejsce.

Głównodowodzącym naszego „oddziału” był kapitan, który swego czasu służył z polskim kontyngentem w Iraku. Bardzo sobie chwalił współpracę z polskimi przywódcami.

To w takich laskach podrywające się spod kopyt cietrzewie mogły doprowadzić nas do zwału serca

Najbliższe dni miały okazać się całkowicie bezkomarowe i ze wspaniałą pogodą – duch tajmienia nam sprzyjał

Tuż przed wejściem na wąską półkę wiodącą po zboczu góry

Ładnie gęsiego podziwialiśmy widoki

Tu już zejście z góry


Pierwszy obóz w terenie

Zwróćcie uwagę na skórzane juki

Podczas gdy żołnierze szykowali strawę udaliśmy się na rybałkę – ja śladami wilka

Lenok w całej okazałości z rzeki niedźwiedziej

Ale nie tylko ja dobrałem się lenkom do ogona – Mietek nie był wcale gorszy


Gdy my cieszyliśmy się ciągłymi akcjami z lenokami, Grzesiek przerzucił się na większy kaliber. W końcu nie przyleciał tu dla lenoków!

Pierwszy lorbasek

Krzysiowi w tym czasie wieszały się mniejsze fikoty


Przez najbliższe dni nie tylko pogoda miała dopisywać ale też nieustanne towarzystwo niedźwiedzi! Było ich tyle co na Kamczatce – a łososi przecież brak. Jadły głównie jagody i czeremchę. Każdego dnia znajdowaliśmy świeże ślady ich bytności. M.in. dlatego ciągle towarzyszyło nam 4 uzbrojonych żołnierzy.

Wszystkie złowione przez nas tajmienie cało i zdrowo wróciły do wody

Góra z rybiej perspektywy

A lenoki za to między lipieniami były stałymi bywalcami naszego menu

Kuchnia w stylu mongolskim

Jasiu na nimfę uwielbiał przerzucać dziesiątki lipasków

Mietek tylko spinningował i to z doskonałymi rezultatami

Ależ lubię patrzeć na te zdjęcia – mało kto potrafi się tak cieszyć złowionymi rybami jak Zielińscy (dla niewtajemniczonych – Krzysiek Giza i Mietek Kochmański to po prostu Zielińscy… ich konie z resztą także – już nie pytajcie dlaczego – długa historia)

Miedziany chan z Baavgai goł

„Natural born killer”

Owszem, takie wyjazdy budują przyjaźnie na długie lata ale to chodzenie za rękę to wcale nie tak;) Łatwiej razem brodząc stawić się naporom nurtu. Choć nie powiem – tu wcale nie był taki silny;)

Paweł Mongolię zaliczał w tym roku już drugi raz zatem doskonale wiedział jak ustawić się w nurcie by zaprezentować przynętę właściwie

Ujście sporego dopływu do Baavgai

Doskonałe miejsce – wcześniej złowił tu pierwszego Grześ, tego wieczora Jacek z Pawłem a potem jeszcze kilka padło w drodze powrotnej

Metrowa ryba cieszy już nieprzeciętnie

Oczywiście o tej porze zażarł na mysza – tzn. salmowego Maas marauder’a

Choćby tylko z wdzięczności za podjętą walkę i dostarczone emocje ryba wraca do wody

Dosłownie w tym samym czasie podobnego holował Jacek tyle że z przeciwnego brzegu. W ciemności było słychać krzyki obu najpierw zdenerwowanych potem jakże szczęśliwych łowców. Czad!



I już uwolniony w wodzie – zaraz wróci na głębię

Rano znów na koń i ruszamy dalej

Pierwszy oczywiście Batar z kałachem

Nie można było zapominać o miśkach

Przeprawa przez dopływ Baavgai-goł

Ależ się ten wyjazd różnił od czerwcowego – tam konie szalały nękane przez setki gzów i miliardy komarów. Modliliśmy się by nie stawać a tu… proszę jak ładnie pozowaliśmy;)

Jak to mówił Paweł – „mój koń musi być silnyj i cichyj”

Mongolski melex z kijkami – nie do golfa a na ryby

Śladami niedźwiedzia…

… ruszyliśmy dalej…

… do kolejnej miejscówki

Tam na wyniki długo nie trzeba było czekać. Mi dwa odprowadzały ale tylko Paweł umiał je złowić


Na przeciwnym brzegu Grześ także dobrał się do tajmieni. Dobra kłoda!

Taki to już potrafi nieźle ubłocić swojego „oprawcę”

Potrafi także zadbać by wędkarz się w najbliższe dni nie nudził przekształcając jego wędkę w bierki;)

A to już następna miejscówka w dół rzeki – miałem tu metrowca, niestety po odhaczeniu sturlał się do wody i było po akcji.

Więcej szczęścia miał jeden Zieliński…

A ciutkę dalej drugi


Co za radość!

Oczywiście Jacek nie mógł być gorszy

Mina mówi sama za siebie;)

Maciek na muchę w końcu też dziabnął

W końcu dotarliśmy do samego serca mongolskiej tajgi z rzeką pełną taj mieni

Wiem, wiem – drastyczne zdjęcie. Chciałbym tylko opowiedzieć jak to lenoki świetnie brały na poppery imitujące płynące po powierzchni myszy. Każdej nocy łowiłem w ten sposób od 2 do 7 ryb! Tu na kamieniu powyżej ryby znajdziecie mysz wyciągniętą z rozciętego żołądka. Bywało, że lenok miał pożarte i dwie a i tak jeszcze wziął.

Wieczorne opowieści przy ogniskach były obłędne…

Podobnie podnoszące się mgły o poranku

A po porannej herbatce z dzikiej róży…

…która rosła tak…

… życie w obozie zamierało.

Wszyscy ruszali na ryby. Trzeba było jeszcze dobrać właściwą przynętę i…

„chodźcie rybki do tatusia”;)

A rzeka olśniewała z każdym kolejnym promieniem słońca

Chorąży też się dorwał do wędki…

… i co najważniejsze doskonale rozumiał ideę „Catch&release”

Nasza składana „travel-koza”

I radiostacja, przez którą każdego dnia łączyliśmy się z obozem, choćby z prośbą o kieliszek chleba;)

Grzesiu po utracie spinningu, nim pożyczył inny z równie dobrym skutkiem posługiwał się muchówką…

A Paweł kałachem! „Jeszcze jedno słowo a będzie uzdrowiona dusza twoja!” ;)

Nie ma co barłożyć dalej – ruszamy…


Ku męskiej przygodzie


4 x Zielińscy = komplet

Maciej z obstawą „antyniedźwiedziową”

Przez brzozowe zagajniki…

…łąki


…bagna


…rzeki



…krzaki


… na kolejne tajmieniowe miejscówki

Tam i wędka i kałach może się przydać

Na szczęście częściej wędka…

Mietek z kolejnym trofeum

Krzysiu długo nie zwlekał z odpowiedzią

Radość jednak taka sama u obu – ważne by złowił Zieliński;)

W końcu dotarliśmy do połączenia dwóch rzek – górnej Baavgai i Zah-goł. Tam nawet sam kapitan próbował swoich sił z tajmieniami

Ja zapuściłem się samotnie w Zah a tam w pierwszej miejscówce…

W krystalicznej wodzie widziałem wszystko od wyjścia spod krzaka, ataku, walki po wypuszczenie i ucieczkę ryby do domu

Za mną jesień zdążyła już pomalować liście drzew wszystkimi swymi kolorami. Lenok właściwie ubarwiony był podobnie

Z tego miejsca za mną wyciągnąłem chyba pięć ryb. Szybki nurt rozlewał się za cyplem brzegu, znacznie zwalniał a wszystkie spenty (martwe owady jętek) krążyły tam jak na stole bankietowym

A ten lipień wziął na obrotówkę z wody po kostki! 46cm.

Późnym popołudniem skoncentrowałem się na tajmieniowej jamce Zahu i tam też zostałem do nocy

Tajmienia co prawda nie złowiłem ale lenoki jak zwykle szalały za imitacją płynącej myszy

Wieczorna ucha z lenoka daleko poniosła swój wyborny zapach

A poranek jak zwykle rześki. Konie ciągle pasły się pod obozem przy krzakach czeremchy

Klubowa flaga wszędzie nam towarzyszyła a drzewo z nią upodobała sobie nawet…

… wiewiórka!

Tego dnia podzieliliśmy się na dwie grupy i połowa ruszyła konno na Zah, połowa na górną Baavgai

Pogoda ciągle dopisywała a jazda na koniu okazała się 100% przyjemnością

Jasiu – Prezes nie rozstawał się z bodyguard’em

Przeprawa przez strumień w taki gorący dzień to tylko przyjemność. A jeśli ktoś nie chce sobie pomoczyć butów wystarczy wyjąć stopy ze strzemion i wziąć kolana pod brodę

W końcu musiało się to stać! Chwilę po zgaszeniu tego papierosa na korze drzewa zaskoczony niedźwiedź ryknął i ruszył z zamiarem ataku. Odpalony kałasznikow uratował nam pewnie życie. Wystraszony niedźwiedź uciekł w krzaki podobnie jak nasze serca do gardeł.

Tak rozłamać zwarty krzak czeremchy potrafi tylko niedźwiedź.

Jagody czeremchy, a właściwie wiśnie - smak nieco podobny, pestka, tylko skórka mocno cierpka sprawia, że język robi się na krótko szorstki jak u cielaka a zęby…

… no właśnie – A ZĘBY!!! Dwa dni je szorowałem kilkukrotnie po kilkanaście minut. Na szczęście puściło;) Ale gęba przystojna niesłychanie. Dziewczyny – podaję numer telefonu: 501… … ;)

Tu zaczęliśmy łowy na górnej Baavgai goł. Potem już schodziliśmy tylko w dół, do połączenia z Zahem

Taki tajmień na obrotówkę podaną lenkom mimo, że nieduży potrafi zaskoczyć i dać jazzu


Tymczasem chłopaki niżej nie próżnowali – tu Grzegorz

I Maciej



Piękny portret lenoka migawki Maćka

Na plażyczkach górnej Baavgai też wszędzie ślady niedźwiedzi brunatnych

My jednak byliśmy zbyt zajęci by przejmować się takimi głupotami




Jeden z dwóch najładniejszych lenoków wyprawy…

Wraca do swego królestwa

Aż strach pomyśleć co by zrobił tajmień jakby zagryzł w takim miejscu. A aż tam pachniało miedzianym potworem. Chyba było za wcześnie

Zatem skupiliśmy się na obiedzie. Hariusy (lipienie) okazały się znacznie smaczniejsze od lenków więc biedaki skończyły na patyku bądź w folii (dzwonka zasolone i doprawione dużą ilością vegety po prostu pakuje się w folię aluminiową i rzuca na żar. Po 15 minutach… Voila)

Janek nie mógł zapomnieć o dokładce

Kolejny lenok…

… wraca do wody

Na tej miejscówce metrowiec odprowadzał mi chyba z trzy razy. Niestety nie wziął

Patrząc w górę wyglądała tak. Ot taka Nowa Zelandia.

Praktycznie wszędzie można się było spodziewać brania

Zachodzące słońce pięknie dekorowało skały plastycznymi cieniami

Młody sierżant nie spuszczał nas z oka – ciągle czuwał nad bezpieczeństwem grupy

Grzesiek udowodnił, że podobne ryby mogą stać wszędzie – nawet na wodzie do pół łydki

Duża ryba z małej rzeki

Mieszka sobie tam do dziś

A jak w tym czasie szło chłopakom na Zah-goł? Miejscówki zastali tam równie urocze co my na górnej Baavgai.

Na jednej z nich Mieciu zapiął coś fajnego



Fajna rybka


Oczywiście Jacek nie mógł być gorszy

Wiadomo – lenków było najwięcej






Oczywiście – były też lipienie


No ale o co w tym wszystkim biega musiał znów przypomnieć Jacek

I o to chodzi. Jacek mówi o sobie – „ryby to moja pasja”. Nad rzeką nie marnuje ani jednej chwili. Podoba mi się to – wie po co przyjeżdża taki szmat drogi.

Śniadanie w połączeniu rzek


Co znaczy kupić wodery inne niż Simms?!

Przygoda tak piękna, że dopiero jeden z kamyków przypomniał, że gdzieś tam czeka Ona… chyba czeka;)

Któregoś dnia namiot odwiedził dziwny przybysz – zielony jak ufok

Kuszony pytaniem jaki widok roztacza się z pewnej skały – ruszyłem kolejnego dnia pieszo

Po drodze cyknąłem jeszcze zdjęcie burunduka (Tamias sibiricus) na hubach (to ociera się o kicz)

Kogut jarząbka (Tetrastes Banasia)

Oto i odpowiedź

Górny Zah

Znów można chwilę przysiąść, przemyśleć kilka spraw. Czemuż tylko w Mongolii życie w Europie wydaje się takie proste i odpowiedzi tak łatwo przychodzą?

Zah wpadający do Baavgai

Kryształowa woda z tej wysokości odkrywała swoje wszystkie tajemnice

Zdjęcie nieco przekręcone ale zejście nie należało do łatwych

Na dole oczywiście prawie od razu natknąłem się na ślady miśka

W tym samym czasie Maciek z Pawłem ruszyli na górną Baavgai z muchówkami. Za przynętę posłużyć miały imitacje myszy

Rzeczka śliczna i w sam raz na muchę

Maciek sam się tu czuł jak ryba w wodzie

Na duże muchy chętnie łakomiły się duże lipienie…

I lenki

Miejsc do obrzucania była niemożliwa ilość

Kolejny Darius Pawła

I znowuż lenok – na myszkę oczywiście



Zielińscy zaś skrupulatnie obławiali miejscówki w dół obozu

Ze skutkiem wiadomym


Krzyś – znowu bez pudła

No – jakby tam sieknął to kąpiel niemal gwarantowana;)

Klasyczna miejscówka na taj mienia

Nie ma to jak herbatka po rybach

I obiad oczywiście!

Chorąży przedstawiający możliwości Makarowa – jak z krótkiego pistoletu można zmienić broń w automat dalekiego zasięgu

Kolejny poranek i jego spektakl unoszących się mgieł


Obcinarka do paznokci – szczególnie skuteczna do tych stłuczonych;)

Nasze przynęty

Cacuszko spod jubilerskiej ręki

W samym połączeniu Zah i Baavgai

Skała nad żmijowiskiem


Jedna z lepszych miejscówek na rzece

Podczas gdy my uganialiśmy się jeszcze za plemieniem „czerwonych ogonów” żołnierze szykowali już kolację

Jacek oczywiście dopiął swego

Kolejny dobry tajmień w rękach łowcy z Bayan-goł

Wraz z ogniem buchały…

… kolejne nowe historie pokonanych ryb i przegranych pojedynków. Magiczny wieczór.

Nieodżałowany Jan Paweł II niegdyś mówił „Za dobrych czasów liczyłem wakacje według ilości ognisk, liczyłem wakacje według ilości nocy przespanych pod namiotem” – my także!

Poranek na żmijowisku. „Żmijowisko” gdyż miejsce to upodobały sobie żmije, z których dwie znaleźliśmy pod naszymi ciuchami!

Mimo to, miejsce niezwykle malownicze

Już w pierwszych promieniach chorąży dorwał się do wędki i począł młócić wodę…

… lenoczym chwostem (naturalnym rybim ogonem uzbrojonym w kotwice)

Ja z Maćkiem prowadzeni przez kapitana ruszyliśmy w tym czasie na górę królującą nad żmijowiskiem – jak przystało na Mongołów całkowicie i non stop w siodle.

Biedne koniki dostały tego poranka niezły wycisk

Widok zapierał dech w piersi

Poza głazami i kłodami w korycie rzeki, z lewej strony na dole dojrzeć można nasz obóz

Chłopaki elegancko się obijali


Ale w sumie im się nie dziwię – komu by się chciało drałować na taką górę?


Tymczasem widok doliny Baavgai-goł kontemplował Maciek

No i ja długo też nie wytrzymałem przy aparacie

I co Wy na to?!:)

Od drugiej strony góry na szczęście był łagodniejszy stok, tylko kawałek tą granią po prawej trzeba było przejść już bez konia

Ale było warto!

Schodzimy

Po dotarciu do obozu, wszystkich natchnęło do kąpieli. Choć pomysł narodził się pewnie już w nocy w namiocie. Uff… Waniało, waniało…


W końcu ruszyliśmy dalej w dół rzeki

Słońce elegancko prażyło…

Więc była w tej północnej Mongolii większa szansa opalenia się pod koniec września niż u nas nad Bałtykiem

Ślady niedźwiedziego deptaka nie robiły już na nas wrażenia, choć biedny Grześ ciągle pewnie pamiętał jak na „posiedzeniu” spotkał miśka oko w oko! Do dziś się zastanawiam co bym w takiej sytuacji zrobił. Zakładać spodnie czy uciekać „na pingwina”?!;)

Zielińskich najwyraźniej nie nękały podobne problemy natury filozoficznej – po prostu łowili!


Miejsce pachniało a do tego sprawdziło się wcześniej

Niestety do zachodu nic się tu nie wydarzyło

Za to zachód sam w sobie był imponujący – dosłownie eksplodował feerią barw!

Ja w tym czasie natknąłem się na pewien dopływ gdzie znalazłem „swoją Nową Zelandię”. W krystalicznej wodzie powyżej kostek lenoki goniły przynętę jak głupie. Śmigały niczym torpedy smużąc powierzchnię grzbietami. Widziałem skąd i jak startowały do obrotówki. Wspaniałe łowienie! Do końca tej prostej łowiłem ryby tylko z przedziału 55cm-62cm. Było ich 13!:)

Kolejny poranek i promienie słońca szybko płoszące mgliste pierzyny


Zielińscy niczym zmiennocieplne stworzenia musieli rozgrzać się i to jak najszybciej przy wódeczkach

Bach! …

… bach! …

Ależ dobre miejsce

Bach!

Bach!

Baavgai-goł

Grzesiu w miejscu właściwym

Nie wszyscy mieli jednak wenę do rybałki – w końcu jesteśmy i na wczasach w tych mongolskich lasach

W tym czasie Jasiu z Maćkiem ruszyli na zarekomendowany przeze mnie dzień wcześniej dopływ. I to było to!



Największy lipień wyprawy

Jak przystało na prawdziwych pacyfistów urządziliśmy sobie konkurs strzelania niczym na obozie Al-Qaedy


Jeszcze chwila przy wodopoju…

I znów w drogę

Bywały momenty gdzie z uwagi na zawaliska na brzegu lepiej było iść wodą

Fotografowanie z takiej perspektywy to czasem niezłe wyzwanie

Aż do kolejnego obozu – znów plażowego w fantastycznych letnich warunkach.

Jasiu wybiera muchę właściwą a jak mówi Jacek „Są z tym wiecznie problemy – zupełnie jak z szafą żony… Wiecznie – nie mam co na siebie włożyć!”;)

Maciej z dubletem lenoków!

Jeden uwolniony, drugi do zdjęcia


Za to wieczorem łowię tajmieniowego przedszkolaka

Krzysiu nie bawi się w tak mały kaliber

A Jacek, jak to Jacek – o właściwej porze ustawił się we właściwym miejscu i z właściwą przynętą. Najpierw usłyszał pohukiwanie sowy…

… a chwilę później dupnął jednego z największych tajmieni Mongolii z ostatnich lat!

Uwaga!

Panie i Panowie – oto on! Chyngis Chan z Baavgai-goł!

Ależ piękny! I ja tam byłem – trzymałem go za ogon gdy dochodził do siebie po walce. Piękne zwierzę – bo już nie ryba.

Ale po coś takiego trzeba do Mongolii przyjechać 3 razy. Albo raz z Bayan-goł;)

W nagrodę czekał na nas gotowany jelonek ustrzelony przez kapitana na polowaniu w górze rzeki

Krzysiu jak przystało na weterynarza zbadał pierwszy mięso – oczywiście metodą smakową;) Chwilę później gdy nie dostał wielkich oczu i żadna piana się nie wytoczyła pałaszowali już wszyscy;)

Kolejnego poranka

Przy stelażu z wędkami można od razu zobaczyć na co łowi się wieczorem

Obóz widziany z góry


W dolinie Baavgai-goł


Krzysiu bez wędkowania długo nie wytrzymuje – wszyscy jeszcze żyją ogromnym rybskiem Jacka

JEŚLI KOLEJNE ZDJĘCIA SIĘ NIE WCZYTAŁY - ODŚWIEŻ STRONĘ


Choć oczywiście śniadania nikt nie przepuści

Chwilę później Jasiu jeszcze doławia kilka hariusów

Andrzej z drugim największym lenokiem wyprawy – tym razem z dolnej Baavgai

Co prawda pod koniec wyprawy konie chowały się jeden za drugiego a ich spojrzenie zdawało się mówić „Pier…ę, nie robię”…

Chwilę później byliśmy znów w siodle i przez jesienne pejzaże zmierzaliśmy ku zastawie

Z małymi przystankami;)

W końcu wróciliśmy do bazy, gdzie wieczorem…

… odbył się… bankiet!

Mąż kornik do żony kornikowej:
-Żono, co dzisiaj na obiad?!
-… stół szwedzki!

Małżonka drugiego chorążego z córeczką

Paweł nie mógł się odgonić od płci przeciwnej! Ale spoko Agnieszko – był grzeczny;)

Bożenka – o Jasia też możesz być spokojna;)

Mieciu z Panią Doktor – Tamirą

Impreza sprzęgła się z imprezą pożegnalną starego naboru i przywitaniem kotów!:)

Oczywiście znów ognisko

No i się zaczęło. Modern Talking pod gwiazdami!!!





A gdy nosy stawały się czerwone…

… i coś się zaczęło dziać ze wzrokiem, pora była iść spać

O poranku witając nowy dzień nawet koguty piały z fałszywą nutą i jakby bólem głowy.

Mietek w tym czasie młócił już dawno kolejne ryby

Ktoś znalazł poroże

A ja ruszyłem w górki na fotograficzny rekonesans

Przy „datowniku” z brzozowych kłód

Widok na jamkę pod sowią skałą – to tam padł i żyje do dziś największy tajmień z naszej wyprawy

Tam też na ławeczce znajdziecie wyryte inicjały trzech tajmieniowych łowców z Polski

Tajmieniowi łowcy wybierają przynętę pod księżycem

Ostatnią rybę wyprawy – jakże zacną złowił oczywiście Zieliński!:)

Zażarł z hukiem z powierzchni

Kolejnego dnia nie tylko my korzystaliśmy z sauny ale i nasze buty do brodzenia (najskuteczniejszy sposób na wysuszenie)

Oczywiście gdy przyszło korzystać z sauny należało się i chłodzić w strumyczku. Sorry dziewczyny za cenzurę ale nie wykupiłyście specjalnego pakietu Bayan-goł dla VIPów;)

Coś takiego jak oderwany filc dyskwalifikuje wędkarza na górskiej rzece niemal całkowicie – tańczy on na kamieniach niczym Fred Astaire

W końcu przylatuje nasz wiertaliot

Pilot śmigłowca, sałdat z Afryki, jednym słowem – Paweł

Od lewej stoją: Mieczysław Kochmański (Zieliński), Jacek Przybyłowski (Champion), Krzysztof Giza (Zieliński), Andrzej Biernacki, Grzegorz Wojtaszek, Paweł Korczyk, Rafał Słowikowski (Słowik);
Od lewej kucają: Maciej Sarnik, Janusz Przetacznik (Prezes)

Wagoniki cargo zaraz ruszą do ładowni naszego helikoptera… traktorem

Ostatnie pożegnania

Ostatnie fotki przy zastawie

Start helikoptera i machający przyjaciele

Ostatni look na rzekę niedźwiedzi

I wracamy z posępnymi minami

I już parszywa cywilizacja z Ułan Bator

Za przygodę! Za wyprawę!

Opijaliśmy browarem nie byle jakim

Krzysiu z Andrzejem wraz z najlepszym mongolskim przyjacielem;)

Jak każdego roku przez Mongolię jadą rajdowcy oldmobili

Dwóch druhów na placu pod Gandan

No i sam Gandan – najsłynniejszy zabytek Ułan Bator. Klasztor z ogromnym kilkukondygnacyjnym złotym buddą w środku.

Oto on – w pełnej okazałości

A to już dachy zabudowań zamieszkałych przez mnichów

Maciej chłonął atmosferę miejsca całym sobą

Jasiu oczywiście także;)

Wiadomo, że do kościoła chodzą najporządniejsze dziewczyny


Niezły klimat gdy wszyscy mnisi od najmłodszych do najstarszych odśpiewują święte teksty Sutry


Oczywiście nie przeszkadza to niektórym mnichom gadać sobie przez komórkę;)

Na dywaniku u księdza proboszcza;)

Widok ze świętej góry

Światło było obłędne

A energia miejsca nawet katolika potrafiła zadziwić


To był jeden z bardziej udanych wyjazdów. Plan mimo, że bardzo ambitny został całkowicie zrealizowany. Wszystko sprzyjało – pogoda, łagodność koni, brak moskitów, towarzystwo, także żołnierze z zastawy i sama jakże piękna rzeka! Wszyscy odpoczęli wspaniale a czy nałowili się ryb? Spójrzcie raz jeszcze na relację. Przygoda doskonała – w dużej mierze dzięki kompanom mego wyjazdu za co raz jeszcze wielkie dzięki Panowie.

Jeśli i Ty czytelniku jesteś zainteresowany podobnym wyjazdem do Mongolii czy gdziekolwiek indziej – nie bój się pisać. Znajdziesz nas w kontaktach lub namiary podaję niżej. Tak było z trzema uczestnikami tegoż wyjazdu – nie wierzyli, że mogą przeżyć coś podobnego mimo to napisali – dziś jak sami mówią, są innymi ludźmi. Nie my, nie Bayan-goł ale Mongolia zmienia człowieka.

Nasze adresy to:
r.slowikowski@bayangol.pl
rafalslowikowski@yahoo.com
m.aleksandrowicz@bayangol.pl
m.aleksandrowicz@wp.pl
Telefony komórkowe:
Rafał +48501762321
Mariusz +48664141277

Tekst i opracowanie: Rafał Słowikowski
Zdjęcia: Andrzej Biernacki, Krzysztof Giza, Mieczysław Kochmański, Paweł Korczyk, Janusz Przetacznik, Jacek Przybyłowski, Maciej Sarnik, Grzegorz Wojtaszek i Rafał Słowikowski

Członkowie | Wyprawy | Artykuły | Parada rekordów | Plany | Linki | Kontakt
Prawa autorskie do zdjęć i tekstów zamieszczonych na tej stronie są zastrzeżone i chronione polskim prawem.
Fotografie są własnością członków klubu i nie mogą być wykorzystywane bez ich zgody.